W perspektywie wieczności

Gdzieś w całym tym zabieganiu zupełnie ją zatraciłam.
Zapomniałam, że powinna być nieodłączną częścią mojego życia. Takim filtrem, przez który przepuszczam każde odrzucenie, każde pragnienie, każdy problem, każde niepowodzenie, każdy komentarz na mój temat, każdą gorszą chwilę, każdy ból i trudność.

Odpowiednią perspektywę nietrudno jest zgubić gdzieś pomiędzy pracą, obiadem, a wizytą u dentysty. Nietrudno zatracić ją podczas niezliczonej liczby pytań przy kolacji i w porannej krzątaninie przed wyjściem z domu.
Wystarczy niewiele.
Czasami brak kawy w kuchennej szafce i ząbkowanie. Naprawdę.
Albo nocny kaszel... O tak! Kilkugodzinny nocny kaszel dziecka też pomaga zapomnieć, że jest coś więcej niż tu i teraz. Więcej niż to namacalne, realne i do bólu rzeczywiste.

Bez odpowiedniej perspektywy żyje się trudno.
Bo to mała rzecz, która potrafi naprawdę dużo zmienić.
Czasami dosłownie wszystko.
Właśnie dlatego perspektywa wieczności jest czymś, do czego powinnam i chcę wracać codziennie na nowo.
Chwila po chwili.
Trzeba o nią walczyć, bo światem zawładnęła idea życia tylko tu i teraz, a carpe diem w złym wydaniu może całkowicie przysłonić nam szerszy obraz rzeczywistości w której żyjemy, albo zupełnie ten obraz zniekształcić.

Chcę sięgać dalej niż za rok, za kilka lat, na starość.
Najważniejsze utożsamiać się w swoim życiu z tym, co niesie ze sobą wieczne korzyści. Nie z rzeczami, pieniędzmi czy wąsko pojętym powodzeniem. To wszystko przynosi radość, ale chwilową.
Ma swoją cenę, ale nie ma prawdziwej wartości.

Życie po tej stronie nieba jest ważne, ma swój cel i głęboki sens, ale to tylko most. A na moście nie buduje się domów... prawda?

Chcę uczyć się przeżywać moje dni wpatrzona w górę i z tej tęsknoty za niebem, przybliżać się do Boga.
Bo tylko Jego obecność może stać się naszym niebem już tutaj, na ziemi.
Właśnie dlatego kiedy nam źle, instynktownie szukamy Boga bardziej, bo ukojenie i przedsmak wieczności ukryty jest w Bożych ramionach.

Perspektywa wieczności wpływa na naszą codzienność i zmienia ją na lepsze. Wiem, bo sprawdziłam to setki razy.

Życie w perspektywie nieba w zadziwiający sposób ułatwia życie. Jest po prostu o niebo lepsze, pełniejsze!
Nabiera smaku, rozkochuje w Bogu jeszcze bardziej.. nie potrafię tego opisać.
No nie mam słów! A to nie zdarza się często.

Człowiek przestaje mieć tyle pretensji do wszystkiego i wszystkich, a swoje roszczeniowe podejście do życia wyrzuca do najbliższego śmietnika.
Przebacza szybciej
Uśmiecha się chętniej.
Dziękuje częściej.
Ocenia mniej.
Kocha dużo bardziej.

Taki czwartek na przykład.
Zwykły dzień. Te same wyzwania co wczoraj, te same nierozwiązane sprawy, nadzieje te same...
Tak samo jak wczoraj chłopcy kłócą się o bzdury. Tak samo Mili płacze podczas kąpieli i ucieka przy ubieraniu skarpetek.
Tylko że ja inna.
Patrzę sobie na to wszystko przez różowe okulary nieba i cieszę się znowu z pełnej lodówki i rosołu na obiad.
Z tego co jest, co mam i co mieć będę.
Wróciłam do perspektywy wieczności.
Jak mogłam w ogóle o niej zapomnieć?!

Niebo to nie bajka wymyślona przez naiwnych tylko nasza prawdziwa ojczyzna, w której każde Boże dziecko ma swoje miejsce.
Bóg włożył wieczność w nasze serca. (Kaznodziei Salomona 3;11)

Zastanów się na chwilę nad głębią tych słów.
Są przepiękne.


Człowiek, który naprawdę żyje w perspektywie wieczności nie zawraca sobie głowy bzdurami.
Nagle przestaje być ważne kto miał rację, kto zaczął, a kto wykrzyczał ostatnie słowo.
Łatwiej machnąć ręką i odpuścić. Nie wykłócać się i w nocy spać spokojnie.

Czy żyjąc w perspektywie wieczności nie zaczęlibyśmy patrzeć na nasze dzieci inaczej?
Rzadziej jak na kłopot, harówkę, przeszkodę.. a częściej jak na misję.
Te drobne niedogodności dnia codziennego ukryłyby się w cieniu wiecznej wartości tego, co jako rodzice robimy każdego dnia.
Bo naszym największym zadaniem jest rozpalić miłość do Jezusa w sercach naszych dzieci. Może żyjąc w perspektywie wieczności właśnie to znalazłoby się na pierwszym miejscu naszych priorytetów.

Perspektywa wieczności daje wolność.
Uwalnia od obsesji na punkcie swojego wyglądu.
Uzależnienie od opinii innych ludzi odchodzi w niepamięć.
Uwalnia od presji osiągania.
Od ubóstwiania zajętości, wiecznego zabiegania i kalendarza, który pęka w szwach.
Uwalnia od pielęgnowania w sobie urazy, żali i smutków.
Uwalnia od troski o rzeczy, na które i tak nie mamy wpływu.
Uwalnia od strachu przed śmiercią.
Uwalnia od dziesiątek wewnętrznych głosów po to, żeby zrobić miejsce dla Bożego szeptu...

Dzięki perspektywie wiecznego życia łatwiej jest powiedzieć sobie stop, jeśli trzeba. Z nią łatwiej jest przestać gonić, sięgać, pragnąć, osiągać.
Od zawsze za mało, płynnie przechodzimy w tryb wystarczająco.

W perspektywie wieczności mniej może przynieść satysfakcję i pełne zadowolenie, a więcej może zostać znalezione w Bogu.
Bo z Nim zawsze jest więcej.

Większość spraw, do których przykładamy tak wielką wagę tutaj na ziemi, o które tak bardzo się zamartwiamy i za którymi zabiegamy całymi latami, w odpowiedniej perspektywie zwyczajnie bledną.
Tracą swój dawny blask i swoje pierwsze miejsca w myślach i sercach.

Żyjąc w świadomości, że czeka na nas miejsce radości u boku Ojca, łatwiej jest przechodzić trudny czas. Cierpienia, rozczarowania i smutki znajdują swoje wyciszenie w nadziei wiecznego szczęścia, gdzie ani chorób nie będzie, ani łez, ani bólu, ani śmierci...

Skupiając wzrok na tym czego nie widzimy, mniej martwimy się o to, co widoczne dla oczu. (II List do Koryntian 4;18)

Z perspektywą wiecznego życia przychodzi taka pewność, że jedynym ważnym śladem, który człowiek może po sobie zostawić jest ten, który innych zaprowadzi do Chrystusa.
Żaden inny nie ma większego znaczenia.
I ta świadomość ukierunkowuje nasze życie i pomaga inwestować w to, co naprawdę jest tego warte i przynosi PONADczasowe korzyści.

Patrzę na swoje życie sprzed kilku tygodni i zadziwia mnie, jak szybko można zacząć budować cały swój świat na piasku.
Z jaką premedytacją trzeba ciągle kierować swój wzrok na Pana Jezusa, żeby nie zacząć żyć dla zaspokojenia swoich chorych ambicji, dla krótkich chwil satysfakcji czy czyjegoś podziwu.
Jak mocno można się trzymać swoich marzeń, celów i pragnień. Jak bardzo mogą nas one zaślepić, jeśli tylko tracimy czujność i perspektywę wieczności z Chrystusem.

Jaki ja mam teraz luz Kochani, no nieziemski! Dosłownie!
W każdej dużej i małej sprawie Bóg daje mi taki pokój, jakiego już dawno nie miałam.
Czeka na nas najlepsze z rąk Ojca!
Życie bez alergii, astmy, strachu i ciemnych, zimowych miesięcy.
Bez rozwodów, kłótni, samotności, depresji, bezustannej walki... i miliona innych rzeczy, z którymi zmagają się dzisiaj ludzie na całym świecie.

Czeka nas życie w wiecznej obecności samego Boga!
Najlepsze jeszcze przed nami!

Perspektywa  jutra  w niebie, może uratować każde nasze  dzisiaj  na ziemi.
Nie wypuść jej z rąk.

Naprawdę żyją tylko ci, 
którzy gotowi są umrzeć w każdej chwili. 
                                                                                                                Levi Lusko



Jeśli ktoś z was zna angielski i ma trochę wolnego czasu... albo po prostu postanowi zrezygnować z jakiegoś serialu żeby zainwestować w swój duchowy wzrost, to bardzo, ale to bardzo polecam to kazanie.
Cudowne.
Gwarantuję, że wszystko co właśnie teraz zaprząta wam głowę i nie daje spać w nocy, nie będzie miało większego znaczenia...
Ja posłucham sobie po raz kolejny.




Z uśmiechem

Potrafisz?
Uśmiechać się do swojego jutra?
Cieszyć się na samą myśl o przyszłości, którą przygotował dla ciebie Bóg?
Ona jest pełna nadziei!
Pełna DOBRYCH rzeczy z samego nieba!

A może nie jest ci do (u)śmiechu?

Spróbuj Kochana!
Tak szczerze, bez strachu.
Możesz to zrobić, bo ON już tam jest.


Zna każde twoje jutro i nic, zupełnie nic GO nie zaskoczy!
Nasz MISTRZ toruje nam drogę.
Wyrównuje nasze ścieżki.
Trzyma twoją przyszłość w swoim ręku.
Jesteś bezpieczna.

Takie krótkie słowa zachęcenia i nadziei, słowa, które inspirują i pozytywnie nie dają spokoju przez cały dzień oraz grafiki gotowe do udostępniania, znajdziesz na mojej stronie FB   TUTAJ  
Dołącz do nas!

Uśmiechniętego dnia  :*






KTak


Plan B

Miałam naprawdę świetny pomysł na siebie w tym nowym roku szkolnym.
No jaki ja miałam plan!
Po raz pierwszy od ponad dziewięciu lat miałam zostać w domu sama na kilka godzin.
Zupełnie sama.
Cieszyłam się na samą myśl o tej ciszy, o pisaniu, o chwili na zebranie myśli i usłyszenie w końcu moich własnych potrzeb.

Miałam nie tylko mieć pasję, ale w końcu zacząć krok po kroku przekuwać ją w sposób na życie.
Miałam dostać czas. Taki na oddech od spraw związanych z moimi dziećmi i na pracę, która w tym momencie mojego życia wydawała się być dosłownie zbawienna.

Nie byłam jednak świadoma tego, że Bóg miał dla mnie zupełnie inny plan.
Taki plan B.
Nie miałam pojęcia o jego istnieniu, ale nauczyłam się nim cieszyć.
Od kiedy dowiedziałam się, że w tym roku nie ma miejsca dla Milenki w przedszkolu, uczę się patrzeć na ten dodatkowy czas w domu z moją Córeczką jak na prezent od Ojca.
To nie przeszkoda. To możliwość.
Cała góra możliwości.


Nieplanowana i nieoczekiwana zmiana planów nie jest przyjemna.
Ale Jego myśli zawsze są lepsze od naszych.
Pełne spełnienie i satysfakcja kryją się w poddaniu i oddaniu Bogu.
Teraz to wiem i nie chcę niczego innego dla siebie i mojej rodziny.

Zostałam zmuszona nie tylko do zmiany planów, ale przede wszystkim do zmiany perspektywy.
Oczywiście mogłabym z miną męczennicy całe dnie układać klocki i lepić ciastolinowe ciastka. Nie było mi łatwo odłożyć własne oczekiwania na półkę, świadomie wybieram radosne spacery w jesiennym słońcu.
Stawiam na czytanie książek i poranne wygłupy w łóżku.
Cieszę się na wspólne gotowanie obiadów i zakupy w warzywniaku w towarzystwie mojej Królewny.
W tych drobiazgach ukryta jest bardzo szczególna misja, dlatego to na pewno nie będzie stracony rok.

Myślałam że potrzebuję pracy, a Bóg pokazał mi, że Milenka potrzebuje mojego czasu bardziej niż ja pracy.
Myślałam, że to Ona rozprasza mnie i przeszkadza w wypełnianiu powołania, a Bóg przypomniał mi, że to Ona i jej Bracia są moim głównym powołaniem na dzisiaj.
Myślałam, że jestem gotowa na nowe wyzwania, ale mój Tata widzi to inaczej.
On widzi więcej i nigdy, ale to nigdy się nie myli.


Jeszcze niedawno trudno było mi uwierzyć, że kolejny ważny krok w moim życiu to przygotowanie kąpieli dla trzyletniej Córeczki, ubranie jej w piżamkę i utulenie do snu.
Nie myślałam, że krótka rozmowa z mamą kolegi mojego Syna może być ważniejsza, niż docieranie do setek innych mam przez mojego bloga.
Nie miałam pojęcia, że napisanie sms-a do znajomej w trudnej sytuacji może być ważniejsze, od napisania kolejnych stron wymarzonej książki.

Przez te lata spędzone w domu z dziećmi często zastanawiałam się: czy to już wszystko?
Zaczęłam chcieć czegoś więcej. Czegoś ważniejszego. Czegoś bardziej spektakularnego.
Chciałam wyjść do ludzi, być dla ludzi, służyć tym Bogu - bo to wydawało mi się ważne.
Czekałam na fajerwerki, a tymczasem Bóg przychodził w subtelnym powiewie i delikatnie popychał mnie w stronę zwykłych zajęć, codziennych rozmówi i sytuacji.

Zrozumiałam, że muszę być wierna w tym codziennym. 
Żmudnym.
Nudnym.
Często trudnym.
Bez oklasków i lajków.
A fajerwerki? Na nie też przyjdzie odpowiedni czas.

Jeśli dzisiaj nie nauczę się szanować i wykorzystywać małych możliwości stojących tuż przede mną, nie będę w stanie utrzymać w rękach rzeczy wielkich.



Te do bólu zwyczajne dni są dla Boga ważne.
Każde dzisiaj liczy się w Bożym Królestwie.
I ty masz swoją rolę w planach Stwórcy.
Wyjątkową!

Niezwykły Bóg wkracza w naszą zwykłą codzienność i chce użyć nas do realizacji swoich planów, do dotykania czyjegoś życia i do zmieniania rzeczywistości.
Za nic w świecie nie chcę tego przegapić.

On chce nauczyć nas dostrzegania misji tam, gdzie inni widzą rutynę i wykorzystywać możliwości dostępne na wyciągnięcie ręki.
Tych najczęściej nie zauważamy. Są tak niepozorne, tak nieważne na większą skalę i w niczym nie przypominają życiowego celu, a jednak nim są.
życiowymi celami na dzisiaj.

Wydaje mi się, że czasami zadajemy Bogu za dużo pytań.
Szukamy Bożej woli, a tak naprawdę notorycznie tracimy z oczu okazje do jej wypełniania.
A wystarczy tylko spokojnie rozglądać się wokoło. Nie iść przez życie ze wzrokiem wlepionym w ziemię, ale wypatrywać okazji do służby.
Choćby nawet tą służbą miała być pomoc w umyciu małych rączek.


Nie doceniamy wystarczająco znaczenia małych rzeczy w budowaniu Bożego Królestwa.
Zapominamy o wartości dobrego słowa, pomocnej dłoni, kilku minut uwagi, komplementu, szczerego uśmiechu...
Wielu z nas chciałoby stać na wielkich scenach, podpisywać własne książki i docierać do tysięcy, ale nie wszyscy jesteśmy gotowi poświęcić czas na drobiazgi.

Boża wola to nie tylko rzeczy po ludzku wielkie.
U Boga wielką rzeczą jest twoje nocne czuwanie nad łóżeczkiem chorego dziecka.
Pamiętaj.

Możesz nawet nie wiedzieć jak wielki wpływ ma twoja postawa na czyjeś życie.
Możesz nawet nie być świadoma, jak wyraźnie twoje słowa i reakcje zapisują się w sercach obserwujących cię ludzi.
Może dopiero w wieczności Bóg pokaże ci, jak ogromne znaczenie dla życia drugiego człowieka miało świadectwo twojej codzienności i wierne wykorzystanie dzisiejszych, nawet najmniejszych możliwości.
Możesz być odpowiedzią na czyjąś modlitwę!
Nie zaprzepaść tej szansy ciągle szukając czegoś więcej i płacząc nad pogrzebanymi marzeniami.



Nie dostałaś tej pracy?
Nie dali ci kredytu?
Nie zadzwonił?
Nie dostałaś się na wymarzony kierunek?
Niezależnie od tego jak bardzo twoje plany zawiodły to wiedz, że twoje miejsce wpływu nie jest dziełem przypadku.
Bóg zawsze ma plan B, a on nigdy nie jest przypadkowy.

Moje plany runęły ale wiem, że Bóg buduje z tych ruin zupełnie inną rzeczywistość, lepszą niż wszystko to, co wymyśliłam sobie jeszcze kilka miesięcy temu.



Plan B to nie przeszkoda.
To możliwość.
To cała góra wspaniałych możliwości.

A tak naprawdę to plan A, o którym nic nie wiedziałam...













Te dni

W te dni, w których wszystko leci z rąk.
W których wchodzisz do sklepu po mleko i mleka nie kupujesz.
W których ciasto nie wyrosło, a goście już w drodze.
W których w pośpiechu mylisz mąkę z cukrem.
W których rozbijasz swoją ukochaną filiżankę i wylewasz malinowy sok.
W których tyle spraw masz na głowie, a dzieci od świtu nie odstępują cię na krok.

W dni spóźnionych kurierów, zapomnianych urodzin, mandatów, telefonów ze szkoły, rozdrażnienia i zasypiania na stojąco.

W dni niepomyślnych wiadomości.
W dni wielkich rozczarowań i małych katastrof.
W dni przekreślonych marzeń i ledwo żarzących się nadziei.

W te dni zupełnie szare, nijakie. W te, w które trudno podnieść się z łóżka.
W te niespektakularne, wymagające i niewygodne.

W te dni, w których doskwiera samotność o której wstydzisz się mówić.
W których wraca depresja i zniechęcenie wydaje się zjadać Cię od środka.

Właśnie w TE dni zagłusz emocje uwielbieniem.
Niech twój problem stanie się mikrofonem, przez który inni jeszcze wyraźniej usłyszą o Bożej wierności.

Nie daj się uciszyć.
Nie daj się pognębić.
Nie daj się pokonać.
Nawet w TE dni.

Chwal Pana pośrodku nieudanych prób i życiowych niepewności i dziękuj Mu za to co niezmienne i zawsze pewne.
Bo Jego miłość pewniejsza jest niż kolejny wschód słońca.
Nic nas od niej nie odłączy.

W TE dni módl się jeszcze żarliwiej.
Bądź jeszcze bliżej.
Wtul się jeszcze mocniej.
Szukaj Boga jeszcze gorliwiej.
Wsłuchuj się w Jego spokojny głos jeszcze uważniej...


Jeśli chcesz wzrostu - spodziewaj się deszczu.
Ale pamiętaj, że każdą niepogodę życia Bóg może wykorzystać dla twojego dobra.

Może w TE dni wcale nie rozkwitasz całym swoim pięknem. Może przygasasz przytłoczona ciężarem codzienności.
Może twój wzrost nie jest spektakularny ani godny podziwu.
Możliwe nawet, że nikt go nie zauważa, nawet ty sama... ale to właśnie przez TE dni Bóg kształtuje twój charakter i daje ci szansę duchowego rozwoju. Jeśli tylko Mu pozwolisz, możesz stawać się kobietą według Bożego serca.
Dzień po dniu, chwila po chwili.

Musisz tylko w TE dni zobaczyć potencjał.
Przecież nie musisz rozkwitać, żeby rosnąć, prawda?


Każda, nawet najmniejsza wygrana w TE dni, po pewnym czasie przyniesie spektakularny efekt w postaci duchowo dojrzałej  kobiety.
Ciebie.

To właśnie w TE dni masz szansę nauczyć się najwięcej.
Możesz zadbać o ziarno owocu Ducha zasiane w tobie od tak dawna.

Samodyscyplina.
Cierpliwość.
Dobroć.
Łagodność.
Radość.
Potrzebujesz ich?
Czas  podlać  je drobnymi aktami wierności, nawieźć  zaufaniem i okopać  wdzięcznością.
Czas wykorzystać możliwości, które dają ci TE dni.
Czas wprowadzić w życie to, o czym w dni dobre tylko czytasz na kartach swojej Biblii.
Czas na wzrost.

W TE dni stajesz się silna, chociaż czujesz się słaba.
Dojrzewasz.
Rozwijasz skrzydła wiary.

Dlatego nie bój się tak bardzo TYCH dni.
Nie gardź nimi.
Nie unikaj wyzwań, które przynoszą i nie uciekaj od dyskomfortu.
Przekraczaj własne ograniczenia  i pokonuj słabości mocno ściskając Ojca za rękę. Sama nie jesteś w stanie tego zrobić.

Kiedy tylko zorientujesz się, że to TEN dzień, na przekór wszystkiemu uśmiechnij się do siebie i... rośnij moja Droga, rośnij!
Przyjdzie czas, kiedy rozkwitniesz danym ci przez Boga pięknem w całej pełni.


Dlaczego rozpaczasz, ma duszo,
I dlaczego drżysz we mnie?
Ufaj Bogu, jeszcze będę Go wielbił,
On moim wybawieniem i On moim Bogiem!
                                                                   Psalm 42;12





Trwać w zachwycie

Czasami to, co jeszcze niedawno było największym marzeniem, zaczyna przeszkadzać.
Uwiera, denerwuje, staje się źródłem naszej troski, czasami nieprzespanych nocy.

Tak. Dokładnie te same rzeczy, o które modlimy się z największą gorliwością, po jakimś czasie z kategorii cudu zostają zdegradowane do trudu.

Rzeczy powszednieją.
Zaczyna dochodzić do nas, że dobra materialne łączą się nie tylko z wygodą, ale i z odpowiedzialnością.

Czasami obecność drugiej osoby staje się normalnością. Cechy, które całkiem niedawno tak bardzo nam imponowały, zaczynają drażnić.
Uświadamiamy sobie, że udane małżeństwo to nie tylko wspólne śniadania i bezpieczne ramiona drugiej osoby, ale wysiłek i ciężka praca każdego dnia.

Wydaje nam się, że kiedy tylko wyniki będą dobre, kiedy tylko staniemy na nogi, kiedy tylko będziemy w pełni sił - to zawojujemy świat. W czasie choroby składamy sobie mnóstwo obietnic, z których rzadko wywiązujemy się tak do końca.
Z odzyskanym zdrowiem często wraca też stare nastawienie i dawne przyzwyczajenia.
A w planach był przecież nowy start i Bóg zawsze na pierwszym miejscu. Nie tylko kiedy trwoga...


O tak wiele rzeczy modlimy się miesiącami, nawet całymi latami, a potem zaczynamy nazywać je normalnością.
Przestajemy za nie dziękować. Przestajemy je nawet zauważać.

Nabieramy niezrozumiałej odwagi do tego, żeby narzekać na wysłuchane modlitwy. Robimy to bez cienia zażenowania.
Narzekamy na męża, choć żona brzmiało tak dumnie.
Na duży dom i te metry do sprzątania.
Na pracę, która była pracą marzeń jeszcze niedawno.
Na dzieci, chociaż pragnieniem największym było móc w ramionach trzymać to drobne ciałko. Przewijać, karmić, wychowywać..

Wkrada się taka pewność siebie - że mam i mieć będę. Że tak już zostanie na zawsze, że tak być musi... a musi?
Niekoniecznie.

Kiedy przestanie się nam chcieć, kiedy przestaniemy się starać, to życie do bólu znormalnieje. Wystarczy na chwilę odpuścić i zaprosić do naszego życia niezadowolenie, a codzienność zwyczajnie zacznie nam brzydnąć.
Nie będzie cudów - będą przypadki.
Nie będzie błogosławieństw, ale same odpowiedzialności.
Nie będzie radości z możliwości pracy, zostaną nam tylko bolące mięśnie i zmęczenie.
Nie będzie szczęścia ukrytego w drobiazgach. Będzie za to rutyna, znój i trud codzienności.

Czasami wystarczy przypomnieć sobie siebie samego sprzed kilku lat. Jak bardzo wtedy pragnęłaś tego, co dzisiaj już masz.
Warto sięgnąć pamięcią do tego czasu oczekiwania na cud i przypomnieć sobie własne myśli- jakie marzenia się wtedy snuło, jakie się miało wizje przyszłości.

Dobrze jest odzyskać ten zapał do wychowania nowego pokolenia, do kochania ponad wszystko i bez względu na wszystko.
Energię do działania i setki pomysłów
I do radości warto wrócić. Do tej, która sięgała zenitu, kiedy Bóg do prośby się przychylił i spełnił pragnienia naszego serca.

A ty? Pamiętasz siebie proszącą Boga o to, co dzisiaj już masz?
Czy nadal mówisz dziękuję? Czy nadal doceniasz? Czy jeszcze potrafisz trwać w spokojnym zachwycie nad swoją niezwykłą normalnością?

Obudź w sobie zapał i pracuj nad sposobem, w jaki patrzysz na swój świat, swoją rodzinę, codzienne obowiązki.
To jest praca! Jeśli chcesz trwać w zachwycie, musisz to pragnienie odnawiać w sobie każdego dnia.
Ja muszę na pewno. Muszę, bo pierwsza jestem ta winna zapominania.
Kiedy tylko w rękach ściskam wysłuchaną modlitwę, bardzo szybko się przyzwyczajam. Cuda mi normalnieją, a potem znowu zaczynam marzyć o czymś innym, pragnąć następnej rzeczy mając nadzieję, że właśnie to coś przyniesie mi chwilę zachwytu i szczęścia, z którym tak mi dobrze.
I wiem, że uśmiechasz się teraz pod nosem, bo masz podobnie. Wiem, że nie jestem w tym sama.

Dlatego tak się modlę gorąco do Ojca, żebym nie zapomniała od Kogo mam to wszystko co mam i że to wszystko tak naprawdę JEST wszystkim.
Wszystkim, czego potrzebuję do życia i do trwania przy Bogu.

Proszę też, żebym potrafiła trwać w zachwycie. Nie zachwycić się od czasu do czasu, ale trwać z nim codziennie.
Codziennie nie wierzyć, że na wyciągnięcie ręki mam raj, o którym po cichu marzyłam tyle lat. Że na randkę z Mężem mogę pojechać nad morze i jego brzegiem spacerować godzinami.
Żebym tylko nie zapomniała jak bardzo to wszystko było niemożliwe, jak bardzo za trudne, jak bardzo poza naszym zasięgiem.. a jednak jest. Bo Bóg jest dobry.
Żebym tylko nigdy nie marudziła że wiocha, że daleko od miasta, a do kina i sklepu kilometry niezliczone..
Żeby tylko nie zaczęły mnie denerwować te krowy, które rano i wieczorem blokują nam drogę.
Żeby tylko kurz z wiejskiej drogi nie zaczął mi przeszkadzać. Żebym tylko nie zapomniała o uśmiechu ścierając go z parapetów kilkanaście razy w tygodniu.



Żeby tylko trwać w zachwycie nad Panem i Bogiem mojego życia.
Nad Jego pięknem i nieskończoną miłością.
Nad łaską, która jest tak niepojęta.
Nad ochroną, której do końca nie rozumiem.
Nad dobrocią doświadczaną każdego dnia.

Żeby tylko trwać w zachwycie nad cudem zbawienia, nad modlitwami wysłuchanymi, nad marzeniami, które stały się rzeczywistością.

Żeby tylko trwać w zachwycie nad życiem. Z jego wyzwaniami, trudami i troskami... bo to przecież nieodłączna część życia po tej stronie wieczności.

Tego zachwytu i trwania w nim codziennie życzę sobie i Wam, moi Drodzy, też go życzę.






Kochana Mamo...

Kochana Mamo,

Jest takie jedno zdanie, które słyszałam od Ciebie niezliczoną ilość razy.
Odbija się echem w mojej głowie kiedy odbieram telefon ze szkoły.
Słyszę je gdzieś z tyłu głowy podczas tych wszystkich codziennych i zwykłych do bólu obowiązków.
Przypominam je sobie wtedy, kiedy nie mam siły pójść pod prysznic po wyczerpującym dniu.
Kiedy nie potrafię zasnąć, jeśli któreś z moich dzieci nocuje poza domem.
Kiedy kontrolowanie własnych emocji nie przychodzi mi łatwo.
Kiedy tak trudno jest mi być mamą mojej trójki..

Zrozumiesz, kiedy będziesz miała swoje dzieci.



Chcę Ci napisać, że miałaś rację.
Już rozumiem.
Tak wiele niezrozumiałych spraw widzę dzisiaj w zupełnie innym świetle.
Dzisiaj widzę wyraźniej.

Teraz już wiem, jak wiele wysiłku włożyłaś w moje wychowanie. W wychowanie całej naszej piątki..
Ile łez musiałaś otrzeć, ile nocy nie przespać, ilu wyjść i przyjemności sobie odmówić, ile razy powtarzać te same zdania. Do znudzenia.

Rozumiem, jak wiele kosztowało Cię karanie mojego zachowania. Jak trudno było Ci czegoś mi zabronić, coś nakazać, coś odebrać..
Dzisiaj wiem, że za bardzo mnie kochałaś, żeby pozwolić mi na wszystko i dać każdą rzecz, o którą prosiłam.

Zaczynam rozumieć, jak trudno jest wychować człowieka.
Widzę więcej odcieni szarości niż kiedykolwiek przedtem.
Bo w macierzyństwie nic nie jest czarno białe. Nic nie jest proste i oczywiste.
Dopiero teraz to wiem.

Teraz już wiem, ile wysiłku wkładałaś każdego dnia w dbanie o dom, ogród i o nas.
Teraz już wiem, ile Twojej ciężkiej pracy kryło się za naszymi rodzinnymi wakacjami, za szafą pełną czystych i wyprasowanych ubrań, tak hucznie odprawianymi urodzinami, za domowymi obiadami..
Teraz rozumiem Twoje zmęczenie.

Teraz mogę sobie wyobrazić, jak wielki ból przeszywał twoje serce po stracie Dziecka i jak wielką Bóg darował Ci siłę, kiedy stałaś nad Jej grobem w ten ciepły, marcowy dzień.
Tak często musiałaś ukrywać przed nami swoje łzy, które z pewnością nie raz płynęły w tym niewypowiedzianie trudnym okresie twojego życia.
Dzisiaj wiem, że byłaś tak silna dla nas.

Mogę sobie tylko wyobrazić, jak trudno było Ci oddać swoją jedyną córkę obcemu Mężczyźnie tak wcześnie.
Jak trudno Ci było zaufać, że ta miłość nie skończy się tylko na słowach i niespełnionych obietnicach.
Dziękuję za to zaufanie.

Dzisiaj już wiem, że nie wszystko zależy ode mnie. Że moje wszystko nie zawsze jest wystarczające.
Dziękuję, że pokazałaś mi Kto uzupełnia nasze braki i do Kogo mogę zwrócić się z każdym jednym rozczarowaniem.
Dziękuję, że skierowałaś mój wzrok na Boga doskonałej miłości.
Dziękuję, że nauczyłaś mnie ufać Mu we wszystkim.

Dziękuję, że pokazałaś mi jak wybaczać.
Mogłabym usłyszeć setki kazań na temat miłości do drugiego człowieka, na temat kochania tych, którzy nas krzywdzą.. ale to, co Ty pokazałaś mi swoim życiem jest dla mnie cenniejsze, niż jakiekolwiek słowa.
Jesteś moją Bohaterką.

Chciałabym cofnąć czas.
Przekreślić każde przykre słowo wypowiedziane w Twoją stronę.
Żałuję tupania, trzaskania drzwiami, podniesionego głosu, braku wdzięczności.
Przepraszam.. chociaż wiem, że Ty już dawno wszystko rzuciłaś w niepamięć.


Dzisiaj mam swoje Dzieci.
Dopiero dzisiaj wiem.
Dopiero teraz naprawdę rozumiem i mogę docenić.

Dzięki temu jeszcze bardziej Cię podziwiam, jeszcze bardziej szanuję.
Teraz jeszcze bardziej Cię kocham, Mamo.




Peace Be Still

Jest taka piosenka, która wzbudza we mnie emocje nie do opisania.
To taka moja perełka, której Bóg używa do przeprowadzenia mnie przez te wszystkie zmiany.
Zdecydowanie już na zawsze będzie kojarzyć mi się z przeprowadzką na Kaszuby i z Bożą wiernością w naszym życiu.


Lauren uwielbiam i kiedyś o tym pisałam TUTAJ, ale to nie jej głos mnie porywa (chociaż cuuuudowny), ale prawda zawarta w każdym słowie.
Boża, nieprzemijająca prawda.

Jestem urodzoną panikarą i pesymistką. Potrafię w minutę zrobić z igły widły. W mojej głowie drobnostka staje się problemem nie do przejścia w mgnieniu oka.
Czasami nakręcam się tak bardzo, że z zamartwiania i stresu zaczynam chorować. Tak autentycznie chorować.

Dlatego jak powietrza pragnę Bożej obecności. To On jest moim Lekarzem i Lekarstwem.
Każdy z nas potrzebuje pokoju, który przekracza wszelkie ludzkie pojęcie i zrozumienie. W codzienności i w trakcie życiowych burz.
Taki pokój może dać TYLKO Bóg. Inne rzeczy to tylko tymczasowe zamienniki, które są w stanie dać nam tylko mylne wrażenie ukojenia. Podróbki prawdziwego wyciszenia.

Na jedno słowo naszego Ojca wszystko się uspokaja.
Każda wzburzona myśl i wiatr niepewności musi uspokoić się na Jego rozkaz.
On jest w łodzi.




Nie musisz bać się kolejnego rozdziału rozdziału twojego życia, jeśli znasz Autora całej historii.