Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Styl życia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Styl życia. Pokaż wszystkie posty

Masz wiadomość

Znajomy, ledwo słyszalny sygnał telefonu wyrywa mnie z zamyślenia.
Nie ważne, czy kroję właśnie warzywa na sałatkę czy składam pranie... bez większego zastanowienia sięgam po komórkę bo wiem, że kiedy nie ma Go w domu, to ta wiadomość najpewniej jest od Niego.
Treściwa i bardzo konkretna w przekazie. Przecież nie potrzeba mi nic więcej.
Krótkie: jak tam?, albo niepozorne: tęsknię, mówią więcej niż tysiące słów.

Mówią, że o mnie myśli. Jest ze mną pomimo, że Jego miejsce przy stole akurat dziś jest puste.
Zastanawia się jak mija mi dzień, kiedy Jego nie ma obok.
Czy odebrałam już Milenkę z przedszkola, czy może właśnie kończymy jeść obiad... jak poszło nam u dentysty i czy odebrałam tę ważną paczkę. No i czy wieje u nas tak samo mocno, bo u Niego akurat zerwał się potężny wiatr.

Te wiadomości mówią mi, że kocha, że pamięta. I wiem na pewno, że modli się o mnie, kiedy dzień mam gorszy, a dzieci dają w kość.
Czuję się pewniej mając tę świadomość, że gdyby tylko coś się stało, mogę na Niego liczyć. Wsiądzie w samochód i jest.
Wystarczy jeden sms.

***

Moja codzienność pełna jest również innych krótkich wiadomości.
Moje dni wypełniają niepozorne smsy z samego nieba.
Krótkie przekazy przepełnione Ojcowską miłością.

Kiedy patrzę uważnie, bez zbędnego pośpiechu, kiedy szukam, żeby znaleźć i patrzę, żeby zobaczyć - wtedy są.
Zawsze są.


Zaraz po przebudzeniu otwieram okna sypialni. Rześkie powietrze opowiada mi o świeżości Bożego miłosierdzia. O Bogu drugiej szansy, którego łaska nigdy się nie kończy. Codziennie jest nowa, świeża... cudownie orzeźwiająca. (Treny 3;22- 23)
Podziwiam wschód słońca i jest. Znowu jest. Kolejna wiadomość.
Zadziwiające widowisko a zarazem przypomnienie o niezmienności mojego Pana. Niebiosa ogłaszają Jego chwałę i opowiadają historię Jego potęgi.
(Psalm 19;2 , Jakuba 1;17)
*
Schodzę na dół, a świeże kwiaty na kuchennym stole mówią jasno i wyraźnie, że mam się nie martwić. O najbliższe godziny, o to co zrobię, jeśli... O nic. Bo Ten, który tak pięknie ubiera kwiaty w moim wazonie, zapewni wszystko, co jest mi potrzebne do życia i otoczy opieką moich najbliższych.
(Ew. Łukasza 12;27-28)
*
Kiedy czesząc włosy w łazience kilka z nich wpada do umywalki, przypominam sobie o Bogu kochającym detale. Dbającym o szczegóły i drobiazgi. Żaden z tych włosów nie uszedł uwadze mojego Stwórcy. Wszystkie są dokładnie policzone, a bez Jego zgody żaden z nich by dzisiaj nie wypadł. Ani jeden. Wypadło pięć.
(Ew. Łukasza 12;7)
*
Przechodzę obok lodówki i patrzę przez chwilę na te kilka zapisanych kartek przyczepionych do niej kolorowymi magnesami.
Czytam: Wizyta u ortodonty. Pod spodem widnieje dokładna data i godzina. Na kolejnej widzę napis: Wycieczka - Jaś. I znowu. Data i godziny zbiórki oraz przyjazdu. Pediatra, dentysta, okulista... Plany lekcji. Od - do.
Słyszę szept: Wszystko ma swój czas Córeczko... nie staraj się niczego przyśpieszyć. Niczego nie dasz rady opóźnić. Żyj tu. Żyj teraz, w rytmie mojego spokojnego oddechu.
(Kaznodziei Salomona / Koheleta 3;1-8)
*
Otwieram jeszcze parującą zmywarkę i powoli zaczynam wyciągać z niej talerze. Układam gorące sztućce do szuflady i myślę, jak jeszcze całkiem niedawno zmywarka była pełna naczyń o zapachu wczorajszego obiadu i pasty rybnej. Brudne i śmierdzące talerze i miski, nie nadające się do niczego, teraz nadają się do użycia. Czyste. Gotowe. Przydatne.
Układam kubki w szafce skupiając się przez chwilę na własnym brudzie i Bożej łasce. O tym, że dzięki krwi Chrystusa mogę być czysta. Gotowa. Przydatna.
(Ew. Jana 3;16)
*
Jesienne liście, które moje dzieci tak chętnie zbierają na spacerze, niosą przesłanie o przemijaniu.
O tym, że wszystko mija. To, co trudne też prędzej czy później- minie. Spójrz, jak opadają już ostatnie liście zmagań.
Już niedługo... jeszcze chwila.
*
Zachodzę na chwilę do ogródka żeby sprawdzić, czy mój szpinak zacząć kiełkować. Tak! Jest! Na wiosnę zbiorę dokładnie to, co posiałam. Szpinak, idealny do koktajlu.
I choć ten dzień jest bardzo nerwowy i mam ochotę warczeć na wszystkich w około, to czytam Bożego smsa raz jeszcze i postanawiam, co chcę siać w umysłach i sercach moich dzieci. Bo cokolwiek zasieję, to i zbiorę. Świadomość tej prawdy stawia mnie kolejny raz do pionu...
Dziękuję Tato. 
(Galacjan 6;7)
*
Zaczyna kropić. Wracamy do domu, żeby nie przemoknąć. Nastawiam wodę na herbatę, a czekając na wrzątek obserwuję ciężkie krople deszczu rozbijające się o szyby. Deszcz.
Zaczynam nucić: 'Przyjdź jak deszcze, ożyw dziś, suchą ziemię naszych serc. Przyjdź jak deszcz, na spragniony świat...' 

***

Można iść przez kolejne dni i nie widzieć nic. Ale podobno jeśli nie widzisz, to znaczy, że nie patrzysz wystarczająco uważnie.
Ja nie widzę zawsze. Widzę tylko w te dni, w które patrze. Znajduję wtedy, kiedy szukam.

Dwie osoby mogą znaleźć miejsce parkingowe w środku zatłoczonego miasta, ale tylko jedna z nich odczyta wiadomość: Obchodzi mnie twoje życie. Zatroszczę się o ciebie w najdrobniejszym szczególe...

Można iść przez życie i pozwalać, żeby hałas tego świata zagłuszał cichutki sygnał niebiańskiego smsa w otaczającej nas rzeczywistości.
Można też wytężyć wzrok i wyostrzyć słuch.

Dni są przepełnione jak rzeka po ulewie, lecz pełna uwaga spowalnia jej prąd. 
                                                                                                   Ann Voskamp, Tysiąc darów

To nie diabeł tkwi w szczegółach. 
To Bóg. Bóg tkwi w szczegółach! 

***

Wiadomości przychodzą w uporze moich dzieci i spontanicznym uścisku mojej Córeczki.
W zapachu męskich perfum na moim wełnianym swetrze, w wypchanym po brzegi koszu na pranie, w gwiazdach na ciemnym niebie i lampie oświetlającej naszą ciemną ulicę... czytam.
Czytam je z uwagą i nieukrywanym entuzjazmem.
Celebruję każdą jedną z nich.
Stosuję wskazówki, przyjmuję napomnienia, przyswajam lekcje i rozkoszuję się prostotą głównego przekazu:
Kocham cię Córeczko. Jestem z Tobą zawsze. Aż do skończenia świata. 
(Ew. Mateusza 28;20)

***

Znajomy, ledwo słyszalny sygnał wyrywa mnie z zamyślenia.
Nie ważne, czy kroję właśnie warzywa na sałatkę czy składam pranie... bez większego zastanowienia odczytuję wiadomość bo wiem, że chociaż Go nie widzę, to On jest. A ta wiadomość jest jedną z tych niebiańskich, prosto z nieba.
Treściwa i bardzo konkretna w przekazie, przepełniona Ojcowską miłością.
Przecież nie potrzeba mi nic więcej.
Każda jedna mówi więcej, niż tysiące słów.



Przy kawie

Jeśli masz chwilę czasu, to usiądź ze mną przy kuchennym stole i napijmy się razem kawy.
Przy kawie tak dobrze się rozmawia... a ja chcę opowiedzieć ci o kilku ostatnich tygodniach mojego życia.

Chcąc odzyskać moje życie, pożegnałam wyobrażenia o tym, jak powinno ono wyglądać. 
Musiałam przestać polegać na własnych oczekiwaniach i poddać Bogu wszystkie niedoskonałości, na które w moich marzeniach zabrakło miejsca.
To rozstanie było bolesne, ale uwalniające.


Nie walczyłam w tym czasie o spełnienie marzeń, o lepszą siebie, ani nawet o lepsze jutro.
Walczyłam (i nadal walczę) o normalność. O jedną dobrą decyzję na raz. O dzisiaj. Tu i teraz.
Nie zmieniam świata, a moje wygrane nie są spektakularne. Walczę o podstawy.
Moja wygrana to uśmiech o poranku i niewymuszana radość z kolejnego dnia.
Moje zwycięstwo to wieczór z dziećmi bez krzyku. Cierpliwość nawet wtedy, kiedy piżama znowu nie taka, kiedy poduszka uwiera i nagle swędzieć zaczyna palec, noga, brzuch.... boli oko i ucho nawet.
Mój triumf to wyjście z domu, do ludzi.
Spacer.
Obiad.
Makijaż.
Nie zrobienie sobie kolejnej kawy...
Dla ciebie niewiele? Dla mnie na dzisiaj szczyt.

Nie rozkwitałam, ale wzrastałam.
Gdzieś tam, głęboko w ukryciu, zapuszczam coraz mocniejsze korzenie wiary. Rozwijam się, chociaż jeszcze nie ma czego podziwiać. Jednak oczami wiary widzę kwiaty rozkwitające całym swoim pięknem. Kwiaty rodzące się z tych dzisiejszych, maleńkich pączków wierności w małym.


Ostatnie kilka tygodni toczyłam nierówną walkę o jakość myśli. Częściej niż kiedykolwiek czułam się pogubiona, niezdolna i nieodpowiednia.
Macierzyństwo to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jaka kiedykolwiek mi się przytrafiła i zdecydowanie najtrudniejsza. Wymagająca ode mnie więcej niż mam i niż kiedykolwiek miałam.
Czy ty też czasami tak właśnie się czujesz?
W takim razie wiedz, że Bóg nigdy nie wymagał od nas perfekcji, tylko wierności. Pokornej postawy serca, zdolnej do przyznania: bez Ciebie nie dam rady.

Robiłam więc wszystko, żeby nie stracić z oczu Chrystusa. Jego moc doskonali się w mojej słabości, a każda 'próba' w jakiś sposób mnie kształtuje. Jego obecność wnosi pokój.
Oczy utkwione w Zbawicielu pomagają mi nie błądzić po tych zagmatwanych ścieżkach rzeczywistości.
Ojciec mówi, że nie jestem sumą moich wzlotów i upadków, a Jego ukochaną córeczką.
Jak dobrze.
Jaka ulga.
A to wszystko dzięki łasce.


Uczyłam się na nowo kochać życie i te wszystkie drobiazgi, które tworzą codzienność.
Znowu skupiałam się na tym, żeby je dostrzegać i doceniać, bo to umiejętność która zanika, jeśli się jej nie praktykuje każdego dnia.
Ja bardzo ją zaniedbałam.
Ożywiam stare, dobre nawyki.

Znowu zaczęłam biegać. Myślałam, że dla zdrowia fizycznego, ale tak bardzo się myliłam...
Biegam leśnymi ścieżkami i wdycham przecudnie czyste powietrze. Spotykam zające, sarny i w zachwycie słucham śpiewu ptaków.
Bóg dał mi ten las pod nosem i zafundował mi prawie darmową terapię. Prawie, bo ona tylko mój czas kosztuje i codzienną decyzję, żeby ruszyć się z domu. W zamian oferuje bogactwa nie z tego świata -wyciszenie, spokojną głowę, stare prawdy pokazane w nowym świetle.
Biegam dla zdrowia umysłu. 
Uwielbiam rozmowy z Ojcem w rytmie wolnego truchtu. 
To mnie dosłownie uzdrawia.

Spędzałam godziny grzebiąc w ziemi, siejąc nasionka, podlewając nasze własne grządki, w naszym własnym ogródku. Czas spędzony w ogrodzie budzącym się do życia działa zadziwiająco terapeutycznie i kojąco.




Zrobiłam też bardzo ważny krok w stronę zdrowia. Przestałam wierzyć, że to jak się czuję jest zupełnie normalne. Przestałam uczyć się z tym żyć. Teraz uczę się żyć inaczej, żeby móc żyć w pełni.
Tę prawdę: w zdrowym ciele zdrowy duch zrozumiałam tak do końca dopiero teraz, kiedy tego zdrowia mi zabrakło.
O tym chyba osobny tekst napiszę, bo to bardzo ważne. Rola ciała zbyt często w chrześcijańskim świecie jest pomijana i zaniedbywana, a dbanie o siebie postrzegane jest jako egoizm, samouwielbienie czy próżność. A takie stwierdzenia są krzywdzące.
Bo jeśli ciało nawala, to służyć naprawdę jest trudno. Bogu, rodzinie, innym... trudne to, a czasami nierealne. Tak fizycznie nie do przejścia.
Wiem coś o tym.

Żyłam w myśl zasady jeden dzień na raz.
Na więcej szkoda mi było energii. Na więcej tej energii nie miałam.
Przecież tylko dzisiaj należy do nas.
O dzisiaj należy się postarać.
Pomyśleć nad tym co zrobić, jeśli coś już się wydarzyło, a nie rozmyślać o tym, co może zdarzyć się jutro. Nie żyć w strachu o dzień, którego nie ma.
Bóg zna już każdą sekundę tego, czego jeszcze nie znamy. Już zadbał. Już przygotował wszystko, czego na jutro ci potrzeba...
Zaufaj i żyj jeden dzień na raz.

------------------------------------------------------------------------------------------

Tęskniłam.
Bardzo się cieszę, że w końcu mogłyśmy razem napić się kawy.
Dziękuję za twój czas.

Do zobaczenia wkrótce moja Droga.
Uściski,




Dzień dobry?

Wczorajszy dzień nazwałam dobrym.
Nie dlatego, że samo dobro mnie wczoraj spotkało.
Nie dlatego, że Syn dobre oceny przyniósł ze szkoły.
Nie dlatego, że dobrą kawą zaczęłam dzień.
Nie, wcale nie dlatego.

Wczorajszy dzień nazwałam udanym, chociaż nie wszystko wczoraj mi się udało.

Wczorajszy dzień nazwałam owocnym pomimo, że na owoce wczorajszych decyzji przyjdzie mi jeszcze poczekać nie jeden dzień, miesiąc, a może i całe lata... Bo ciągle jeszcze są zielone, ciągle małe. Potrzebują jeszcze czasu, ogromu mojej cierpliwości i pracy żeby dojrzeć i cieszyć moje oczy.

Wczorajszy dzień nazwałam pięknym, bo taki był.
Choć nie według popularnych standardów piękna.

Wczorajszy dzień nazwałam szczęśliwym.
Chociaż miałam na co narzekać. Miałam powody do smutku i zmartwień, jak każda z was.

Może ktoś patrząc na mnie z boku, wczorajszego dnia wcale nie nazwałby ani dobrym, ani udanym, ani owocnym.
Na pewno nie pięknym.
I zdecydowanie nie jednym z tych szczęśliwych.

Bo to był taki dzień jakich w życiu wiele. Najwięcej.
Przeciętny.
Nieprzewidywalny i pełen wyzwań, ale nie zawsze tych, na które się czeka.
Zupełnie niedoskonały w porównaniu do doskonałych chwil uwiecznionych na niejednym instagramowym koncie.
Męczący.

Czy zapytana o scenariusz twojego dobrego dnia, nie wspomniałabyś czasem o gorącej kawie wypitej przed wyjściem z domu w ulubionej filiżance? Czy nie byłoby w nim miejsca na spotkanie z Bogiem tuż po przebudzeniu i na długą wieczorną kąpiel?
Czy nie opowiedziałabyś mi o domu pachnącym czystością, posłusznych dzieciach, zapachu ulubionego ciasta i świeżo upranej pościeli?

Może dobry dzień dla ciebie to dzień bez przeszkód, bez zmagań, pytań, zmartwień, bałaganu i pośpiechu. Może to taki dzień, w którym dzieci nie marudzą, w którym nic nie boli, a zmęczenie nie odbiera ci radości ulotnych chwil?
Czy pozwolisz mi zakłócić ten bajkowy obraz? Dasz sobie powiedzieć, że tak wcale nie wygląda dobry dzień?
Tak wygląda dzień idealny, a takie dni są prawie nierealne.
Nie po tej stronie nieba.

Mierzymy nasze dni nieodpowiednią miarą i dlatego tak często jesteśmy nimi rozczarowane.
Zbyt wysokie wymagania wobec życia nie pozwalają nam cieszyć się nim w pełni.

Czasami przekreślamy niektóre dni tylko dlatego, że stawiamy je w sztucznym świetle, które zniekształca rzeczywistość.
A prawdziwe Światło jest jedno. Bez Niego życie jest często nijakie i szare, bo przeżywane w cieniu zmartwień, żalów i nierealnych oczekiwań.
Wiesz jaka moc tkwi w przynoszeniu nawet  najciemniejszych dni w obecność prawdziwego Światła?
Światło przepędza mrok.
Światło świeci w ciemności i ciemność go nie ogarnęła. (Jan 1;5)

Czytamy, że to DZISIAJ jest dzień, który PAN uczynił. 
Świętujmy go z wielkim weselem! (Psalm 118;24)

Dzisiaj.
Dzisiaj jest ten dobry, piękny, szczęśliwy dzień, w którym możemy znaleźć radość i spełnienie.

Niestety mamy zwyczaj budowania dobrych dni na fundamencie dobrych emocji, dobrego zachowania naszych dzieci, dobrych opinii na nasz temat, dobrej oceny efektów naszej pracy... a to zdradliwy fundament, uzależniony od czynników nie zawsze zależnych od nas, zmiennych i nieprzewidywalnych.
To budowla budowana na piasku, która prędzej czy później skończy się wielkim rozczarowaniem.

Ale kiedy tylko przyłożymy Bożą miarę do naszej codzienności to z łatwością odkryjemy, że dobry, udany, owocny, piękny i szczęśliwy dzień nie jest zarezerwowany tylko dla wybranych.
Taki dzień może być i mój i twój.
Jest na wyciągnięcie ręki.
Wystarczy inne Światło. Wystarczy odpowiednia perspektywa. Wystarczy celebracja małych sukcesów i nawet najdrobniejszych zwycięstw.

Nie wszystko musi pójść po twojej myśli. Wystarczy, że twoje myśli skierujesz w odpowiednim kierunku.
W kierunku Dawcy DOBRYCH dni.

Mogłam nazwać ten trudny dzień dobrym, bo mój BÓG jest dobry.
.
Mogłam nazwać ten dzień u-danym, bo był mi dany z JEGO ręki.
.
Mogłam nazwać ten dzień pięknym, bo JEGO piękno widzę w oczach moich dzieci, nawet kiedy się złoszczą. Widzę je w zachodzie słońca i w tych wszystkich wzruszających wiadomościach od was.
.
Mogłam nazwać ten dzień owocnym, bo wiem, że OJCIEC pomnoży moje wysiłki i już dzisiaj, oczami wiary, mogę podziwiać obfity plon zasianych słów, gestów, myśli, nawyków...
.
Mogłam nazwać ten dzień szczęśliwym, bo bez względu na wszystko ON znowu był blisko. Bliżej niż mój oddech.
A moim szczęściem jest być blisko mojego TATY. (Psalm 73;28)




W perspektywie wieczności

Gdzieś w całym tym zabieganiu zupełnie ją zatraciłam.
Zapomniałam, że powinna być nieodłączną częścią mojego życia. Takim filtrem, przez który przepuszczam każde odrzucenie, każde pragnienie, każdy problem, każde niepowodzenie, każdy komentarz na mój temat, każdą gorszą chwilę, każdy ból i trudność.

Odpowiednią perspektywę nietrudno jest zgubić gdzieś pomiędzy pracą, obiadem, a wizytą u dentysty. Nietrudno zatracić ją podczas niezliczonej liczby pytań przy kolacji i w porannej krzątaninie przed wyjściem z domu.
Wystarczy niewiele.
Czasami brak kawy w kuchennej szafce i ząbkowanie. Naprawdę.
Albo nocny kaszel... O tak! Kilkugodzinny nocny kaszel dziecka też pomaga zapomnieć, że jest coś więcej niż tu i teraz. Więcej niż to namacalne, realne i do bólu rzeczywiste.

Bez odpowiedniej perspektywy żyje się trudno.
Bo to mała rzecz, która potrafi naprawdę dużo zmienić.
Czasami dosłownie wszystko.
Właśnie dlatego perspektywa wieczności jest czymś, do czego powinnam i chcę wracać codziennie na nowo.
Chwila po chwili.
Trzeba o nią walczyć, bo światem zawładnęła idea życia tylko tu i teraz, a carpe diem w złym wydaniu może całkowicie przysłonić nam szerszy obraz rzeczywistości w której żyjemy, albo zupełnie ten obraz zniekształcić.

Chcę sięgać dalej niż za rok, za kilka lat, na starość.
Najważniejsze utożsamiać się w swoim życiu z tym, co niesie ze sobą wieczne korzyści. Nie z rzeczami, pieniędzmi czy wąsko pojętym powodzeniem. To wszystko przynosi radość, ale chwilową.
Ma swoją cenę, ale nie ma prawdziwej wartości.

Życie po tej stronie nieba jest ważne, ma swój cel i głęboki sens, ale to tylko most. A na moście nie buduje się domów... prawda?

Chcę uczyć się przeżywać moje dni wpatrzona w górę i z tej tęsknoty za niebem, przybliżać się do Boga.
Bo tylko Jego obecność może stać się naszym niebem już tutaj, na ziemi.
Właśnie dlatego kiedy nam źle, instynktownie szukamy Boga bardziej, bo ukojenie i przedsmak wieczności ukryty jest w Bożych ramionach.

Perspektywa wieczności wpływa na naszą codzienność i zmienia ją na lepsze. Wiem, bo sprawdziłam to setki razy.

Życie w perspektywie nieba w zadziwiający sposób ułatwia życie. Jest po prostu o niebo lepsze, pełniejsze!
Nabiera smaku, rozkochuje w Bogu jeszcze bardziej.. nie potrafię tego opisać.
No nie mam słów! A to nie zdarza się często.

Człowiek przestaje mieć tyle pretensji do wszystkiego i wszystkich, a swoje roszczeniowe podejście do życia wyrzuca do najbliższego śmietnika.
Przebacza szybciej
Uśmiecha się chętniej.
Dziękuje częściej.
Ocenia mniej.
Kocha dużo bardziej.

Taki czwartek na przykład.
Zwykły dzień. Te same wyzwania co wczoraj, te same nierozwiązane sprawy, nadzieje te same...
Tak samo jak wczoraj chłopcy kłócą się o bzdury. Tak samo Mili płacze podczas kąpieli i ucieka przy ubieraniu skarpetek.
Tylko że ja inna.
Patrzę sobie na to wszystko przez różowe okulary nieba i cieszę się znowu z pełnej lodówki i rosołu na obiad.
Z tego co jest, co mam i co mieć będę.
Wróciłam do perspektywy wieczności.
Jak mogłam w ogóle o niej zapomnieć?!

Niebo to nie bajka wymyślona przez naiwnych tylko nasza prawdziwa ojczyzna, w której każde Boże dziecko ma swoje miejsce.
Bóg włożył wieczność w nasze serca. (Kaznodziei Salomona 3;11)

Zastanów się na chwilę nad głębią tych słów.
Są przepiękne.


Człowiek, który naprawdę żyje w perspektywie wieczności nie zawraca sobie głowy bzdurami.
Nagle przestaje być ważne kto miał rację, kto zaczął, a kto wykrzyczał ostatnie słowo.
Łatwiej machnąć ręką i odpuścić. Nie wykłócać się i w nocy spać spokojnie.

Czy żyjąc w perspektywie wieczności nie zaczęlibyśmy patrzeć na nasze dzieci inaczej?
Rzadziej jak na kłopot, harówkę, przeszkodę.. a częściej jak na misję.
Te drobne niedogodności dnia codziennego ukryłyby się w cieniu wiecznej wartości tego, co jako rodzice robimy każdego dnia.
Bo naszym największym zadaniem jest rozpalić miłość do Jezusa w sercach naszych dzieci. Może żyjąc w perspektywie wieczności właśnie to znalazłoby się na pierwszym miejscu naszych priorytetów.

Perspektywa wieczności daje wolność.
Uwalnia od obsesji na punkcie swojego wyglądu.
Uzależnienie od opinii innych ludzi odchodzi w niepamięć.
Uwalnia od presji osiągania.
Od ubóstwiania zajętości, wiecznego zabiegania i kalendarza, który pęka w szwach.
Uwalnia od pielęgnowania w sobie urazy, żali i smutków.
Uwalnia od troski o rzeczy, na które i tak nie mamy wpływu.
Uwalnia od strachu przed śmiercią.
Uwalnia od dziesiątek wewnętrznych głosów po to, żeby zrobić miejsce dla Bożego szeptu...

Dzięki perspektywie wiecznego życia łatwiej jest powiedzieć sobie stop, jeśli trzeba. Z nią łatwiej jest przestać gonić, sięgać, pragnąć, osiągać.
Od zawsze za mało, płynnie przechodzimy w tryb wystarczająco.

W perspektywie wieczności mniej może przynieść satysfakcję i pełne zadowolenie, a więcej może zostać znalezione w Bogu.
Bo z Nim zawsze jest więcej.

Większość spraw, do których przykładamy tak wielką wagę tutaj na ziemi, o które tak bardzo się zamartwiamy i za którymi zabiegamy całymi latami, w odpowiedniej perspektywie zwyczajnie bledną.
Tracą swój dawny blask i swoje pierwsze miejsca w myślach i sercach.

Żyjąc w świadomości, że czeka na nas miejsce radości u boku Ojca, łatwiej jest przechodzić trudny czas. Cierpienia, rozczarowania i smutki znajdują swoje wyciszenie w nadziei wiecznego szczęścia, gdzie ani chorób nie będzie, ani łez, ani bólu, ani śmierci...

Skupiając wzrok na tym czego nie widzimy, mniej martwimy się o to, co widoczne dla oczu. (II List do Koryntian 4;18)

Z perspektywą wiecznego życia przychodzi taka pewność, że jedynym ważnym śladem, który człowiek może po sobie zostawić jest ten, który innych zaprowadzi do Chrystusa.
Żaden inny nie ma większego znaczenia.
I ta świadomość ukierunkowuje nasze życie i pomaga inwestować w to, co naprawdę jest tego warte i przynosi PONADczasowe korzyści.

Patrzę na swoje życie sprzed kilku tygodni i zadziwia mnie, jak szybko można zacząć budować cały swój świat na piasku.
Z jaką premedytacją trzeba ciągle kierować swój wzrok na Pana Jezusa, żeby nie zacząć żyć dla zaspokojenia swoich chorych ambicji, dla krótkich chwil satysfakcji czy czyjegoś podziwu.
Jak mocno można się trzymać swoich marzeń, celów i pragnień. Jak bardzo mogą nas one zaślepić, jeśli tylko tracimy czujność i perspektywę wieczności z Chrystusem.

Jaki ja mam teraz luz Kochani, no nieziemski! Dosłownie!
W każdej dużej i małej sprawie Bóg daje mi taki pokój, jakiego już dawno nie miałam.
Czeka na nas najlepsze z rąk Ojca!
Życie bez alergii, astmy, strachu i ciemnych, zimowych miesięcy.
Bez rozwodów, kłótni, samotności, depresji, bezustannej walki... i miliona innych rzeczy, z którymi zmagają się dzisiaj ludzie na całym świecie.

Czeka nas życie w wiecznej obecności samego Boga!
Najlepsze jeszcze przed nami!

Perspektywa  jutra  w niebie, może uratować każde nasze  dzisiaj  na ziemi.
Nie wypuść jej z rąk.

Naprawdę żyją tylko ci, 
którzy gotowi są umrzeć w każdej chwili. 
                                                                                                                Levi Lusko



Jeśli ktoś z was zna angielski i ma trochę wolnego czasu... albo po prostu postanowi zrezygnować z jakiegoś serialu żeby zainwestować w swój duchowy wzrost, to bardzo, ale to bardzo polecam to kazanie.
Cudowne.
Gwarantuję, że wszystko co właśnie teraz zaprząta wam głowę i nie daje spać w nocy, nie będzie miało większego znaczenia...
Ja posłucham sobie po raz kolejny.




Zdecyduj już dzisiaj

Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak inaczej mogłoby wyglądać twoje życie, gdyby Bóg zawsze był twoją pierwszą opcją, a nie ostatnią deską ratunku?
Jak wielu rozczarowań mogłabyś uniknąć, gdybyś z wyprzedzeniem zdecydowała, że zawsze będziesz szukać Jego woli?
Jak wiele mądrzejszych decyzji mogłabyś podjąć, gdybyś była zdeterminowana, żeby ufać Jemu, bez względu na wszystko..?
I nie raz, zamiast brać sprawy w swoje ręce, zaczekałabyś na Jego odpowiedni czas.
Zamiast ze wszystkich sił próbować ogarniać życie po swojemu, pozwoliłabyś Jemu działać.
Zamiast płakać w poduszkę.. mogłabyś spać spokojnie.

O ile więcej pokoju miałabyś w sobie dzisiaj.
O ile mniej problemów.
O ile mniej straconych dni, miesięcy, lat..

Ale jeszcze nie jest za późno.
Możesz zdecydować dzisiaj, co zrobisz jutro, za rok.. kiedy znowu będziesz musiała stawić czoła trudnościom, kiedy życie zacznie pukać do twoich drzwi wyciągając najcięższe działa.
Kiedy będziesz musiała podjąć kolejną, trudną decyzję.
Zdecyduj dzisiaj, że będziesz kobietą, która wybierze Boga ponad wszystko.
Która zawsze będzie ufać Mu we wszystkim i pomimo wszystko.
Już dzisiaj zdecyduj.
Przygotuj swoje serce już teraz, na to, co czeka cię jutro.


Tylko pomyśl, jak wyglądałyby nasze relacje, gdybyśmy już dzisiaj zdecydowali się być mniej.. delikatni. Mniej obraźliwi. Mniej urażeni każdym nieporadnie dobranym słowem, nie zawsze wypowiedzianym po to, żeby sprawić nam przykrość.
Wyobraź sobie jakby to było, gdybyśmy potrafiły śmiać się same z siebie i nie brać wszystkiego tak śmiertelnie poważnie. Gdybyśmy przestały wkładać w usta innych ludzi słowa, które nigdy nie zostały wypowiedziane. Może czas przestać bawić się w domysły?
Czy nie byłoby nam samym łatwiej, bardziej.. lekko, gdybyśmy pamiętali mniej tego co złe, a więcej tego co dobre? I gdybyśmy bardziej byli skorzy do błogiego zapomnienia i rzucenia za siebie tych kilku bolesnych zdań..?

Zastanów się przez chwilę, jak wyglądałyby nasze znajomości, gdybyśmy zdecydowali się widzieć przede wszystkim dobro w innych ludziach.
Gdybyśmy postanowili dostrzegać potencjał w każdym człowieku i naprawdę uwierzyć, że każdy to dobro w sobie ma, trzeba je tylko umiejętnie wyłuskać.. a potem zacząć wyolbrzymiać.

Pomyśl, jak mogłyby wyglądać nasze małżeństwa, gdybyśmy postanowili na samym początku, że nigdy nie położymy się spać pokłóceni.
Że zawsze, ale to zawsze, skończymy dzień w zgodzie. Z buzi i z czułym dobranoc. 
Nie.. nie zawsze z tym samym zdaniem. Raczej w poszanowaniu wzajemnej inności. W szacunku i miłości, pomimo różnic.
Po prostu w zgodzie, nawet jeśli zgoda ma oznaczać kompromis.

Zdecyduj dzisiaj.
Zdecyduj teraz.

Wyobrażam sobie czasami, jak mogłyby wyglądać nasze relacje, gdybyśmy postanowili nie słuchać plotek.
Gdybyśmy przestali nadstawiać ucha na to, co mówią inni o innych. Gdyby przestało nas tak bardzo interesować, co mówią o nas, bez nas. Bo po co? Mniej wiesz, lepiej śpisz..
Zastanów się, jakby to było, gdybyśmy zdecydowanie ucinali takie rozmowy, gasili je w samym zarodku?
Czy wiesz, ilu nieporozumień moglibyśmy uniknąć?
Ilu kłótni, bólu, niepotrzebnych łez.. ile noszonych latami żalów moglibyśmy sobie nawzajem oszczędzić?
Zdecyduj teraz.
Nie słucham. Nie chcę wiedzieć. Nie obchodzi  mnie.
Nie muszę znać szczegółów.

Myślę też o tym, jakie byłoby nasze społeczeństwo, gdybyśmy byli bardziej życzliwi dla siebie nawzajem. Bardziej cierpliwi i wyrozumiali względem naszych dzieci.
O ile łatwiej by nam się żyło, gdyby złość, brak szacunku i wszechobecny egoizm, zastąpiła łagodność, miłość i gotowość do bezinteresownej pomocy. A wszystko to w pokorze względem siebie.
W myśleniu o innych lepiej.
Czy nie byłoby przyjemniej, gdyby ponura mina zrobiła miejsce dla szczerego uśmiechu? Takiego bez powodu -  na chodniku, przy kasie, w okienku pocztowym..w zwykły dzień.
Gdybyśmy byli bardziej wdzięczni, zamiast narzekać.
Gdybyśmy bardziej podnosili się na duchu, a nie ciągnęli w dół.
Gdybyśmy potrafili cieszyć się z sukcesów innych ludzi - bez zazdrości.
Gdybyśmy z chamstwem walczyli miłością, a nie jeszcze większym chamstwem.


Dlatego zdecyduj już dzisiaj, jak zareagujesz jutro.. na hejt, na niesprawiedliwą ocenę, na przykre słowa, na rozlane przez dziecko kakao.
Wiesz jakie to ważne? Już dzisiaj nastawić swoje serce na odpowiednie tory?
W obliczu wyzwania, będzie dużo trudniej.

Czasami zastanawiam się jakby to było, gdyby Biblia była przez nas wszystkich nie tylko czytana.
Jak mogłoby być, gdyby przekładała się na realne życie.
Gdybyśmy nie tylko inspirowali się pięknymi wersetami, ale wprowadzali je w czyn.
Gdybyśmy nie omijali tych, które są dla nas wyzwaniem..

Jak wielki wpływ moglibyśmy mieć my, chrześcijanie, na otaczający nas świat, gdybyśmy w końcu zaczęli naśladować Mistrza.
Być Jego odbiciem.
Jak bardzo inny ten nasz świat mógłby być..

Tylko pomyśl,
Rozmarz się na chwilę i.. zdecyduj.

Zdecyduj już dzisiaj.










Zdjęcia: Agnieszka Olechowska

Kocham Lubię Szanuję

Kocham, kiedy wcześnie rano zaczynają się schodzić do naszego łóżka. Cała trójka.
Kocham nasze wieczory. Te tylko nasze, spokojne, we dwoje. Kiedy w końcu nic nie musimy, nikt nie woła, nie krzyczy, nie płacze. Ale kocham też gwar przy kuchennym stole w sobotę rano. Rozmowy, ich śmiech i jaglankę z owocami.
Kocham radość Jasia. Tą, z najmniejszych rzeczy. Z głupot..


Kocham, kiedy pyta Kawka?, przed południem, bo pracujemy w domu. Ten fakt też kocham..
Kocham, kiedy zaczynam zdanie, a On je kończy. Dobrze wiem, co chce powiedzieć. Albo kiedy nie mówię nic, a On rozumie mnie bez słów.
Kocham roześmiane oczy Benia.
Kocham wracać do domu.
Kocham z Nią zasypiać. Kiedy wtula się tak mocno i mogę czuć jej zapach. I kiedy szepcze mi do ucha jeśteś ciudowna mamusiu. 
Kocham śniadania na tarasie i fakt, że jemy je tam prawie codziennie.
Kocham wczesne poranki w ogrodzie z Tatą. Kocham nasze rozmowy i to, że wszystkie swoje zmartwienia tam, w tym ogrodzie, mogę u Niego zostawić, a potem przekroczyć próg domu lżejsza. Z mokrymi od rosy stopami, lekko zacząć kolejny dzień.
Te i wiele innych rzeczy.. kocham.



Lubię, kiedy pranie schnie w ogrodzie. A wieczorem, kiedy składam już wysuszone, pachnie wiosną, latem, początkiem jesieni..
Lubię, kiedy w naszym domu jest czysto, a na podłodze w łazience leżą białe dywaniki. Lubię, kiedy nic nie przykleja mi się do bosych stóp, nie potykam się o zabawki, a rano wita mnie wysprzątana kuchnia.
Lubię świeże kwiaty na stole. Nie tylko od święta. Lubię zerkać na nie w ciągu zabieganego dnia.
Lubię latte z pianką. Delikatne w smaku, nie za gorące. Jesienią i zimą z cynamonem.


Lubię, kiedy pracuje pralka, a w piekarniku piecze się ciasto.
Lubię ten moment, w którym po kilku godzinach pracy klikam Opublikuj.
Lubię dobrze wyglądać dla siebie samej. Nad zlewem, przy obiedzie, przy wieszaniu prania. I kiedy niespodziewanie wpadnie koleżanka.
Lubię obejrzeć mądry film. Dający do myślenia, inteligentny. Taki, żeby podczas końcowych napisów móc pomyśleć: było warto.
Lubię czytać w łóżku przed snem. Chociaż kilka zdań..
Lubię spacery.


Lubię świeżo wypraną pościel starannie ułożoną na łóżku i zapach wiatru w naszej sypialni.
Lubię trzaskający ogień w kominku wieczorami.
Lubię ten moment, kiedy po dłuższej rozłące wchodzi do domu.
Te i dziesiątki innych drobiazgów.. lubię.

Szanuję każdy nowy dzień.
Szanuję życie, które mam, bo mam je tylko jedno. Tak jak każdy.
Czasami nie wychodzi.. ale staram się bardzo.
Szanować.
Doceniać fakt, że dostałam kolejny wschód słońca w prezencie.

Z całych sił staram się szanować te dni spokojne i te, w których nie wiem jak się nazywam.
Doceniać te trudne dni i te, przez które przechodzę tanecznym krokiem.
Te z chorymi dziećmi i te w zupełnym zdrowiu.
Te wyjątkowe i te zwykłe. Poniedziałki, środy, piątki..
Panie, pomóż mi jeszcze bardziej doceniać.
...


Gdyby ktoś nas zapytał, co lubimy w swoim życiu, każdy z nas zacząłby wymieniać małe rzeczy.
Drobne przyjemności, bez których nasza codzienność byłaby po prostu uboższa.
Jestem pewna, że zadowolone mruczenie kota, albo polne kwiaty od Syna, znajdą się na liście niektórych z was..

To, co buduje nasze życie, to drobiazgi. Niepozorne rzeczy, które składają się w piękną całość.
Szczegóły, które doceniamy najbardziej wtedy, kiedy ich zabraknie.


A teraz weź kartkę papieru, długopis i pisz.
Pomyśl przez chwilę i napisz, co kochasz w swoim życiu, co w nim lubisz, co doceniasz, a co musisz zacząć bardziej szanować.
Jakie chwile sprawiają, że się uśmiechasz i że na samą myśl o nich, szybciej bije ci serce.
Nie wybiegaj myślami za daleko - nie musisz. Nie szukaj gdzieś tam, gdzie nigdy cię nie było, albo gdzie bywasz rzadko.
Szukaj tu i teraz.
Drobiazgów.
Szczegółów.
Detali.
Bo to właśnie małe rzeczy, znaczą w naszym życiu najwięcej.

Życie to seria małych, niepozornych cudów.
Zauważ je teraz, doceń i spisz.


Kiedy już napiszesz, to powieś na lodówce, na ścianie, połóż na stoliku nocnym, albo schowaj do torebki.
Czytaj wtedy, kiedy dzień będzie wydawał ci się stracony. Kiedy wszystko pójdzie nie tak, spojrzysz wtedy na tę listę i przypomnisz sobie ile dobrych rzeczy jednak ci się przydarzyło.

Świeża pościel i latte z pianką.. choć wypita w biegu, była przecież pyszna.
Zapach powietrza po burzy, uśmiech Syna..
No i Tata.
Najwyższy. Książę Pokoju. Wszechmogący.
Dobry Ojciec, który jest zawsze, bez względu na to, jaki miałaś dzień.
Doceń to.

Otaczaj się ulubionymi zapachami, spędzaj czas z ukochanymi ludźmi.
Spróbuj częściej robić to, co sprawia ci radość.

Delektuj się swoim życiem.
Wracaj często do swojej listy małych przyjemności i żyj zwracając uwagę na drobiazgi.
Ci, którzy to potrafią, codziennie mają święto.







Wszędzie dobrze

Kiedy u nas środek zimy - tam pełnia lata.
U nas Wesołych Świąt - u nich Merry Christmas.
Tutaj złotówki - tam dolary.
U nas psy i koty - tam kangury i misie koala.
Tutaj smog - tam błękit nieba i zapach oceanu.

Dużo naczytałam się w internecie, naoglądałam się zdjęć i uśmiechniętych twarzy.
Jedyne co mnie łączy z tamtym światem to kilka bliskich mi osób.
Sama nigdy tam nie byłam i nie widziałam na własne oczy tego obłędnie błękitnego nieba.
Czasami jednak wydawało mi się, że tam byłoby nam lepiej, łatwiej, spokojniej..
Ludzie bardziej radośni się wydają. W urzędach podobno uśmiech można spotkać i życzliwość, a nikt za karę nie pracuje.
W przychodniach nie ma kolejek od piątej rano, a kiedy w listopadzie potrzebujesz specjalisty, to jest dla ciebie miejsce. Nie trzeba czekać do stycznia.
Tam rodzi się po ludzku.. i żadna akcja społeczna nie jest do tego potrzebna. Bez względu na szpital - czy prywatna klinika czy państwowa placówka, wszędzie poród może stać się najpiękniejszym wspomnieniem matki.
Tam owoce bardziej są soczyste, piękne plaże można mieć na wyciągnięcie ręki i palmy rosną w ogrodzie zamiast brzózek.


Ja miałam swoją Australię, ktoś inny może marzyć o Ameryce, Irlandii, Hiszpanii, albo o wsi na Mazurach.. różnie to z nami jest. Ale czasami wszystkim nam się wydaje, że gdzieś tam można być bardziej szczęśliwym.
Gdzieś tam, czas biegnie inaczej.
Gdzieś tam, moglibyśmy zwolnić i nie pracować tak dużo.
Gdzieś tam, wakacje z rodziną byłyby w końcu możliwe.
Gdzieś tam...

Obok zdjęć piaszczystych plaż i krystalicznie czystej wody, obok uśmiechniętych twarzy zadowolonych z życia ludzi, jakiś czas temu na FB pojawiły się też zdjęcie naszego przyjaciela, który walczył z rakiem.
Podłączony do chemii, z opaską na ręce: Wszystko mogę w Tym, który mnie wzmacnia, walczył w bardzo nierównej walce.

Lubimy idealizować, ale prawda jest taka, że i tutaj i tam są problemy.
I tutaj i tam czasami brakuje do dziesiątego.
I tutaj i tam są lepsze i gorsze dni.
I tutaj i tam trzeba zrobić zakupy i chodzić do pracy.
I tutaj i tam dzieci płaczą i nie chcą wstawać rano do szkoły.
I tutaj i tam są choroby i czasami na skrzyżowaniu psuje się samochód.
Tylko kierownica w tym samochodzie, po prawej jest stronie..

Możemy być szczęśliwi, w Polsce, w małym mieszkaniu na czwartym piętrze. Mieszkając kątem u teściów, w kawalerce, i wtedy, kiedy dach w domu ze starości się sypie.
Tutaj też mogę zasypiać bez strachu o jutro, bo znam Tego, który już tam jest.

Jeśli teraz nie potrafisz się uśmiechać doceniając to, co masz - żadne miejsce na ziemi tego nie zmieni.
Jeśli dzisiaj nie znajdujesz chwili na rozmowę z mężem i spacer z dziećmi, to dlaczego myślisz, że gdzieś tam byłoby inaczej
?
W nowym domu, dzieci nie będą kłócić się mniej.
Zwykłe dni nie zaczną cię nagle cieszyć, kiedy wyprowadzisz się nad morze.
Spokojny sen nie przyjdzie tylko dlatego, że położysz się wieczorem w wygodnym łóżku, na drugim końcu świata.

Czytałam wiele historii ludzi, którzy wyjechali z naszego kraju szukając szczęścia, a jedyne co znaleźli, to rozczarowanie.
Pierwsza ekscytacja minęła. Przyszła rzeczywistość z górą prania na środku pięknej łazienki i płaczącym niemowlakiem na rękach.
Mąż nie bywał w domu częściej, a zarobione pieniądze wcale nie przyniosły szczęścia, a tylko nowy samochód.
Gonili za szczęściem, ale nie mieli go w sobie, dlatego żadna Ameryka, żadna Anglia, żadna Irlandia, Paryż ani Bieszczady, nie były w stanie im go dać.

Nasi przyjaciele wyjechali do Australii kilka lat temu. Ożenili się, dzisiaj mają tam rodziny i swoje życie. Zawsze będę ich pamiętać jako najbardziej uśmiechniętych, szczęśliwych i zadowolonych z życia ludzi, których kiedykolwiek spotkałam.
Byli szczęśliwi tutaj, w Polsce.
W małym mieszkaniu, niedaleko kopalni.
Jedna pensja, pięcioro dzieci i Bóg w centrum wszystkiego, co robili.

Nigdy nie narzekali.
Nigdy nie mieli za mało.
Wszechmocny w ich życiu był zawsze na pierwszym miejscu i wiem, że stąd ta radość.
Taka niezależna od miejsca, pogody i grubości portfela.

Mówią, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.
A gdyby tak, wszędzie było nam dobrze?
Tak po prostu.
Dzisiaj, tutaj i teraz.

W tych dwóch ciasnych pokojach.
W tym mieście.
Na tej ulicy.
W tym kraju, ze smogiem i długą zimą.
Przy starym, odrapanym, kuchennym stole.

Jeśli nie masz pokoju w sobie, nie znajdziesz go nigdzie indziej.
Jeśli szczęścia szukasz w tym co tymczasowe, to ono minie prędzej niż myślisz.
Szczęścia nie znajdziesz nawet w najpiękniejszym zakątku świata, bo szczęście to nie miejsce, nie posiadanie, nie widok za oknem, ani Merry Christmas w środku lata.

Łatwiej w życiu będzie tylko temu, który zadba o jakość swoich myśli. Uważniej przyjrzy się czym głowę napełnia, jak myśli o innych i o sobie.
Bogaty będzie ten, który zrozumie, co ma prawdziwą wartość i z tą świadomością coś w swoim życiu zrobi.
Szczęśliwy będzie każdy, kto swoje szczęście przestanie uzależniać od miejsc, rzeczy i okoliczności, a zacznie szukać go w Bogu.

Jedyne miejsce, które może dać szczęście, to te, blisko Bożego serca.
Wtuleni w Niego, zawsze i wszędzie znajdziemy spełnienie.
Bo wszędzie dobrze, ale z Bogiem najlepiej..



Postęp

Zamiast trzech kaw, wypiłam jedną i pół.
Nie słodziłam herbaty, a wieczorem poszłam pobiegać.

Opanowałam emocje.
Nie powiedziałam za dużo, chociaż milczenie kosztowało mnie wiele.

Mówię o Niej dobrze. Staram się myśleć o Niej dobrze.
Modlę się o Nią, bo wiem, że to dobrze.. chociaż między nami dobrze wcale nie jest.

Zamiast bajki, wspólne oglądanie książek.
Zamiast krzyku, liczenie do dziesięciu.
Zamiast drożdżówki, rukola z fetą i suszonymi pomidorami.
Zamiast Facebooka - Bóg. I Biblia. I modlitwa.

Widzę postęp. Ogromny krok w dobrą stronę - dokładnie tam, gdzie chcę być i gdzie widzę siebie za jakiś czas.
Celebruję moje małe zwycięstwa nad wielkimi słabościami.
Cieszę się jak dziecko, kiedy myślę o minionym dniu, bo wczoraj.. wczoraj było inaczej.


Wczoraj nie opanowałam emocji i podniosłam na Niego głos.

Wczoraj zastanawiałam się, czy czwarta kawa to już przesada, czy jeszcze nie..

Wczoraj nie dałam Jej mojej uwagi i spadła z krzesła.

Zamiast Boga - serial.
Zamiast sałatki - ciasto.
Zamiast bliskości - foch.

Nie wiem co będzie jutro. Zrobię wszystko, żeby jutro było lepsze niż wczoraj, i jeszcze lepsze niż dziś.
Ale wiem, że zmiana to proces.
Nieperfekcyjny, daleki od perfekcjonizmu, żmudny proces.
Z gorszymi i lepszymi dniami, pełen wzlotów i upadków, chwil słabości i triumfu.

Nie mogę spodziewać się, że już zawsze wszystko będzie takie jak dziś, bo na pewno nie raz zdarzą się takie dni, jak wczoraj.
I to jest normalne, ale.. wszystko mogę w Tym, który mnie wzmacnia. Pamiętasz?
Pamiętasz, że wszystko możesz w Chrystusie? ( List do Filipan 4;13)


Możesz opanować emocje, bo w Nim masz cierpliwość.
Możesz przytulić nieposłuszne dziecko, bo w Nim masz miłość.
Możesz nie podnosić głosu, bo w Nim masz łagodność.
Możesz nie bać się jutra, bo w Nim masz pokój.
Możesz z uśmiechem patrzeć w przyszłość, bo w Nim masz radość.
Możesz kupić jabłka zamiast drożdżówki, bo w Nim masz samokontrolę.
Możesz wrócić do sklepu i kupić temu Panu bułkę i sok, bo w Nim masz dobroć.
( List do Galacjan 5; 22-23 )

Możesz i ja też mogę.
Nie zawsze to robię, ale to wcale nie znaczy, że nie potrafię.
Że nie mam wystarczająco silnej woli, odpowiedniego charakteru, możliwości, środków.. tego wszystkiego, co same sobie wmawiamy, że nie mamy, kiedy tylko powinie się nam noga.
Mogę WSZYSTKO w Nim i przez Niego.

Jednego dnia robię kilka kroków w stronę celu, a drugiego, kiedy czuję się słabsza, odpoczywam popijając czwartą kawę i.. nabieram sił.
Przypominam sobie, że w Nim mogę wszystko, muszę tylko chwycić Go mocno za rękę.

A potem wstaję i znowu idę, nie oglądając się za siebie.
Czasami idę najdłuższą z możliwych dróg, ale stale.. do przodu.
Po prostu idę do przodu.
Robię sałatkę. Zaparzam zieloną herbatę. Przytulam moje dzieci. Mówię przepraszam. Uśmiecham się szeroko. Milczę..
I znowu zaczynam wierzyć, że jednak mogę.
Że Boży Duch jest we mnie, a Jego owoc może być widoczny w moim życiu.

Nie daj się wciągnąć w żaden wyścig, bo z nikim nie rywalizujesz!
Przestań szukać sposobów, żeby zadowalać innych ludzi.
Żyj dla Boga na swój sposób.
Jesteś unikalna, wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju..


Świętuj najmniejsze sukcesy. Najmniejsze postępy w tej nieidealnej drodze.
Zapisuj je i czytaj, kiedy poczujesz się słabsza.
I pamiętaj, że możesz.

Nie, nie sama. Nie bez wysiłku.
W Bogu możesz wszystko.
Nie wystarczy, że wierzysz w siebie - musisz wierzyć Bogu, a wtedy dostaniesz wsparcie, którego potrzebujesz i siłę niezbędną do tego, żeby zrobić kolejny krok.
Musisz uwierzyć w to, że mając Jego, masz wszystko czego potrzebujesz, by być najlepszą wersją siebie, na Jego chwałę.

Na pewno nie jestem jeszcze tam, gdzie chciałabym być, ale już nie jestem tam, gdzie byłam kiedyś.
I cieszę się każdym najmniejszym krokiem w dobrym kierunku.

Może jednak warto czasami obejrzeć się za siebie i zobaczyć, jak daleką drogę mamy już za sobą?
A potem uśmiechnąć się na myśl o postępie, który zrobiliśmy.
Postępie tak przecież dalekim od perfekcyjnego.. a jednak.








Równowaga

O jedzeniu mogłabym pisać bez końca, bo kocham jeść.
Jem dużo, nawet bardzo dużo.
Kocham gotować, piec, próbować nowych smaków i eksperymentować w kuchni.
Zawsze lubiłam czytać o jedzeniu i przeglądać książki kucharskie. Niezmiennie od lat, świętowanie w moich oczach, łączy się zawsze z dobrym jedzeniem i wspólnym biesiadowaniem przy zastawionym stole.
Lubię też wiedzieć, co jem i jak to jedzenie wpływa na moje samopoczucie i codzienne funkcjonowanie.

Wierzę w detoks.
Wierzę w leczenie jedzeniem.
Wierzę, że powiedzenie jesteś tym, co jesz, nie jest tylko jakimś tam hasłem.
Nie raz doświadczyłam na własnej skórze niesamowitej mocy tego, co wkładamy do naszych ust, a raczej mocy tego, czego sobie odmawiamy. Uwolniłam się na przykład od męczącej mnie od dziecka alergii.
Dzięki jedzeniu warzyw przez tydzień ( tzw. post warzywny dr Dąbrowskiej ), nie mam nawet kataru siennego.
Jestem zdrowa. Ale o tym może innym razem..

Jestem przekonana o tym, jak ogromne znaczenie ma codzienna dieta i naprawdę lubię dobrze i zdrowo jeść, ale mimo to uważam, że zdrowe odżywianie staje się ostatnio nową religią.
Widzę ludzi, którym trudno znaleźć w tym wszystkim równowagę, którzy grzeszą jedząc tort na własnych urodzinach i kupując lody z dziećmi na wakacjach.
...

Wydaje mi się, że świat zwariował na punkcie jedzenia.
Piszę o tym, bo sama jakiś czas temu dałam się wciągnąć w zupełnie chory sposób patrzenia na jedzenie.
Doszłam do momentu, w którym informacje na ten temat, spływające do mnie z każdej możliwej strony, stały się dla mnie ciężarem trudnym do udźwignięcia.
Ta prawda o jedzeniu, zamiast mnie uwolnić, zniewoliła mnie wtedy zupełnie.
A teraz, tylko prześladuje.


Czasami trochę tęsknię za  normalnością  sprzed kilku lat.
Tęsknię za niewiedzą.
Niby dobrze jest wiedzieć.. ja jednak tak bardzo bym chciała znowu trochę pożyć w błogiej nieświadomości. Na chwilę uwolnić się od ciężaru, który w sobie noszę, od kiedy więcej wiem.
Mieć wolną głowę od miliona myśli na każdych zakupach spożywczych, w przerwie na kawę i kiedy zamawiam moją ulubioną pizzę z kurczakiem i brokułami.

Tęsknię za kupowaniem chleba bez wyrzutów sumienia.
Bez żałowania, że znowu nie upiekłam swojego, bo chociaż był w planach, to nie wyszło.. a w kupnych tyle chemii, dodatków, spulchniaczy.
Chciałabym iść do piekarni w poniedziałek i poprosić o chałkę i trzy bułki do tego. W środę kupić żytni na zakwasie, ale w czwartek najzwyklejszy. Biały. Ten niezdrowy. Z oczyszczonej pszennej mąki, bo akurat mam ochotę.
Chciałabym znowu w spokoju sumienia móc go zjeść w domu na śniadanie jeszcze ciepły, chrupiący, grubo krojony, z masłem i świeżym pomidorem ze szczypiorkiem. Popijać tą koślawą pajdę ciepłym mlekiem od krowy i.. mleka też się nie bać.
A to wszystko zrobić z przyjemnością. Bez rozważań o pszenicy genetycznie modyfikowanej, zupełnie nie takiej jak dawniej.
Bez myślenia o tym, jak mi to żołądek zakleiło i jelita, jak niewartościowe to pieczywo, i że jak tak dalej sobie będę  pozwalać  to skończy się chemią i rakiem gdzieś w jelicie.. Skończę, jak te biedne szczury, na których testowali wpływ strasznej pszenicy.
Przecież czytałam, to wiem.

Tęsknię, za domowym ciastem do kawy.
Za przerwą w ciągu dnia, w której nastawiam sobie ekspress, spieniam mleko - krowie niestety, bo roślinnych w kawie nie znoszę -  i kroję kawałek dla siebie i męża. Bez poczucia winy.
Tak bym chciała nie musieć kombinować, czym zastąpić białą śmierć.. tyle ciast już zrobiłam bez cukru, glutenu, bez jajek nawet..takich pysznych  pewniaków polecanych na blogach. Bo takie modne teraz są ciasta BEZ.
Każde jedno było.. zjadliwe. Nic więcej.
A ja nie chcę zjadliwych ciast!
Nie chcę miękkich ciasteczek owsianych, niesłodkich zakalcowatych babeczek.. tęsknię za smakiem, który da mi przyjemność z jedzenia.
Za smakiem sernika z twarogu na przykład.. nie z kaszy jaglanej, z tofu, dyni i innych takich. Po prostu z twarogu. Bo taki znam. Taki pamiętam z dzieciństwa i taki lubię zjeść do kawy z krowim mlekiem i płaską łyżeczką trzcinowego cukru.

Po latach wielkiej miłości do sernika już wiem, że kochać go wcale nie powinnam. Że wszystko w nim jest nie tak i nie zdrowe. I w sumie nie wiem, czy chciałam o tym wiedzieć.
Od czasu do czasu mogę sobie na takie grzechy  pozwolić, ale nie za często.

Naprawdę tęsknię za tym, żeby móc jeść ze smakiem i przyjemnością.
Żeby jedzenie było mierzone nie tylko miarą wartości odżywczych.
Chcę, żeby znowu mogło przynosić nieskomplikowaną radość w ciemne, zimowe popołudnie.
Bez tej całej ciążącej mi świadomości niszczenia sobie zdrowia kawałkiem domowego ciasta, zjedzonym do ulubionej latte.

Tęsknię, za zakupami.
Takimi na luzie, na których jak chcę- to kupuję, zachęcona reklamą, smakiem czy ładnym opakowaniem.
Teraz idę jak do biblioteki.
Świadoma zagrożeń czyhających na mnie w każdej puszce czy słoiku, czytam na potęgę. I choć nie do końca ogarniam te wszystkie E- ulepszczacze, to wiem, że nas powoli zabijają. Niszczą zdrowie mojej rodziny. Trują.
Więc zanim wybiorę majonez, to stoję i czytam.. w końcu i tak z bólem serca wkładam do koszyka mniejsze zło, bo tego idealnego nie ma. Do tego wściekła jestem na siebie, że nie zdążyłam swojego majonezu zrobić i jakiś syf będę miała w sałatce.

Tęsknię za czasami, w których nic nie musiało być tytułowane bio, ani żadne takie, bo wszystko było zdrowe.
Z ogródka, bez nawozów, bez chemii i z dobrych nasion. Rolnik był rolnikiem, a nie bawił się w małego chemika.
Można było rwać truskawki w krzaczka, jabłek nie trzeba było obierać.
Nie trzeba było szukać na targu starusieńkiej Pani z kilkoma marchewkami i jedną cukinią, żeby mieć pewność, co się będzie jadło.
Wtedy marchewka pachniała marchewką, czosnek nie przypływał z Chin, pomidor miał smak pomidora, a borówek nie było w grudniu na sklepowych półkach, ani truskawek w styczniu.

Tęsknię za tym, żeby po prostu cieszyć się jedzeniem.
Delektować się smakiem potraw, które znam i poznawać takie, których nigdy nie miałam okazji próbować. Bez pytań i dociekania, co mam na talerzu. I czy aby na pewno nie ma w tym daniu białego cukru, mąki, niezdrowych tłuszczy, albo jajek z chowu klatkowego.
A ostatnio słyszałam, że nawet te jajka od sąsiadki zza płotu, mają w sobie tyle złego, że lepiej z jajkami to na odległość..
No horror.

Chciałabym móc podać wam przepis na najlepsze ciasto czekoladowe, które kiedykolwiek jadłam - z cukinią.
Bez obawy czy wpasuje się w najnowsze trendy clean food, slow food, eko, bio, zdrowego stylu życia, fit, healthy & happy. Bez wątpliwości, czy nadal jestem odpowiedzialną mamą, która dba o zdrowie swoich dzieci.
Bo to ciasto czekoladowe, pierwotnie ma w składzie cukier i białą mąkę, proszek do pieczenia, kakao.. a z kakao też niby coś jest nie tak.
Już się trochę gubię.

Unikam czytania artykułów, które mówią mi, że wszystko jedno jak bardzo się staram - i tak nie dam rady uchronić moich dzieci przed rakiem. Bo i z powietrza, i z kostki do ubikacji, a nawet z białego papieru toaletowego- można go dostać.
W takich tekstach uświadamiane jesteśmy jak bardzo jest źle i że będzie tylko gorzej.
Żadnej praktycznej wskazówki, żadnej iskierki nadziei, żadnej pomocy, tylko fakty, które mnie akurat, bardzo psychicznie męczą.
Niestety dopiero po tym jak coś przeczytam to wiem, że to taki właśnie tekst..
Nie twierdzę, że takie artykuły kłamią. Najgorsze jest to, że wiem, że to najczęściej prawda najprawdziwsza.. ale momentami zazdroszczę temu zwykłemu Kowalskiemu, co o tych zagrożeniach pojęcia nie ma żadnego.

Wiem, jaka odpowiedzialność na mnie ciąży i źle mi z tym. Wiem, ile ode mnie zależy - zdrowie mojej rodziny, nawyki żywieniowe moich dzieci, ich umiłowanie do sportu i ruchu. Przecież wiem, jakie to wszystko ważne, jak na nas wpływa, ale.. nie chcę dać się zwariować.
Nie mogę!

Wystarczy mi równowaga. Taki mój własny  złoty środek w tym wszystkim.
Życiowy balans i dystans do ciągle zmieniającej się żywieniowej mody, a nie radykalne podejście do tematu. Nie wpadam w skrajności.

Nie wybrzydzam, kiedy jestem u kogoś w gości, nie noszę swoich pudełek na rodzinne imprezy.
Nie odmawiam sobie loda, kiedy idę z dziećmi do parku.
Jednego dnia piekę własny chleb, robię do niego pastę z cieciorki i domową wędlinę, innego dnia jemy bułki z Biedronki z serem i ketchupem o dobrym składzie.
W poniedziałek mam zawsze tyle na głowie, że mamy pomidorówkę z makaronem na obiad, ale we wtorek przygotowuję pełnowartościowy posiłek z odpowiednią ilością warzyw, grillowanym indykiem i niepaloną kaszą gryczaną.
Smażę na oleju kokosowym, solę solą morską bez antyzbrylaczy, kupuję ksylitol, pijemy wodę i świeżo wyciskane soki.
Lubię zrobić sobie zielone smoothie, a w sezonie szukam niepryskanych warzyw i hoduję swoje pomidory.
Ale lubię też zamówić sobie pizzę. Lubię zjeść białe pieczywo - chałkę z masłem i chrupiące bułki. Lubię pić gorącą czekoladę i czarną herbatę z cytryną.
A do filmu wcinam najczęściej domowy popcorn, chociaż prażony słonecznik i chipsy z jarmużu też są spoko.

Przyszedł dzień, w którym musiałam wybrać i trochę przystopować.
Bo kiedy jednym rzeczom mówiłam radykalne tak, innym mówiłam nie, też zazwyczaj bardzo radykalne.
Najczęściej, w trakcie tego żywieniowego szału, mówiłam nie mojej rodzinie. Bo chociaż wszystko to było też dla nich, to jednak bez nich.
Mąż mi świadkiem.
A potem w nocy nie spałam, układając w głowie zdrowe menu, co by każdemu z rodziny podpasowało.
Wieczorami szukałam nowych przepisów. W ciągu dnia godzinami siedziałam w kuchni.
To wszystko mijało się z celem.

Moje ciało to świątynia Bożego Ducha i dbam o nie najlepiej jak potrafię, ale nie.. nie dam się już więcej wciągnąć w pułapkę podporządkowania każdego aspektu mojego życia w imię zdrowia i długowieczności, choć kocham cieciorkę, fasolowe burgery i szpinak!
Wierzę, że nie tędy droga. Przynajmniej nie dla mnie.

W życiu jest czas na kuchenne eksperymenty, jaglane babeczki bez cukru i poranny jogging, a jest też czas na kupne ciasto i leniwy spacer po parku w niedzielne popołudnie.
Jeśli tylko mogę, używam zdrowszych zamienników. Jeśli jednak  zdrowszy zamiennik oznacza nieudane próby, większą ilość czasu spędzoną w kuchni, smak, którego nie akceptują moi domownicy.. odpuszczam.
Nie teraz.
I nie wariuję. Nie biczuję się za to w myślach.
Wrzucam na luz i szukam... równowagi żywieniowej, dla własnej równowagi psychicznej.

Znajdź swoją równowagę. Znajdź swój sposób na zdrowie i smak w jednym. To naprawdę się nie wyklucza!
Znajdź swój złoty środek. Coś, co wpasuje się w twój aktualny rytm dnia i tryb życia.
Coś, co będzie dla ciebie i twojej rodziny najbardziej odpowiednie na teraz.
Znajdź przyjemność w jedzeniu i nie bój się tej przyjemności! Myślę, że bez niej, nasze życie byłoby po prostu znacznie uboższe..
Działaj z mądrością i troską o własne zdrowie.
Kiedy trzeba, powiedz nie.
Kiedy uznasz, że to dla ciebie dobre, że warto - jedz z radością i bez wyrzutów sumienia!
Słuchaj siebie.

I pisze to kobieta, która właśnie skończyła produkować kolejny litr mleka kokosowego do puddingu z chia.
Bo na dzisiaj, to właśnie jest moja równowaga.
A co!










Dla wytrwałych, spisałam kilka cytatów Nigelli, którą lubię i szanuję, między innymi za ten jej luz we wszystkim.
I w podejściu do jedzenia też.. :)

Nigdy nie usłyszycie ode mnie ani słowa o 'zdrowej' żywności. Nie cierpię tego określenia, ale jeszcze większe obrzydzenie wzbudza we mnie współczesna mantra tzw. 'czystego jedzenia' (clean food). Nienawidzę tego newage'owego bełkotu dotyczącego jedzenia, tej wizji, że żywność albo szkodzi, albo cię leczy, że dobra dieta czyni cię dobrym człowiekiem i że ten człowiek oczywiście jest szczupły, gibki, silny i sprawny... Taki pogląd, zdaje mi się, jest niebezpiecznie blisko połączenia nazizmu (z jego ideologicznym kultem fizycznej doskonałości) i purytanizmu (z jego pogardą ciała i wiarą w zbawienie przez umartwianie.
(...)
Zawsze wierzyłam, że jedzenie przyrządzane dla siebie już z zasady jest dla nas dobre. I to nie tylko dlatego, że dobre, naturalne składniki są lepsze niż sztuczne wypełniacze, ale także dlatego, że gotowanie dla siebie jest samo w sobie nadzwyczaj pozytywnym działaniem, aktem dobroci. 
(...)
Osiągnięcie równowagi życiowej po części zależy od tego, czy zrozumiemy, że każdy dzień jest inny, więc i jedzenie powinno być urozmaicone. Bez słodyczy brakuje tej równowagi, a takie ograniczanie się, to początek obsesji, która jest mi z gruntu obca. Zauważam, że osoby, które zawsze mają w domu dużo czekolady i lodów, pieką ciasta i ciasteczka, nie mają z tym żadnych problemów, zaś znajomi, którzy na co dzień odmawiają sobie 'grzesznej przyjemności', w czasie wizyty wyjadają ciasto do ostatniego okrucha i wyskrobują lody do dna.
(...)
Wszystko co ma słodki smak, zawiera cukier. Ciasto z syropem z agawy nie jest ciastem bez cukru, choć ostatnio to modne przekonanie. Wiele osób prosi mnie i przepis na dietetyczny deser. Odpowiadam: nie jedz deseru. Nie czuję się winna - jedzenie słodkości do ważna część życia towarzyskiego i świętowania, a ja z przyjemnością włączę się w te obrzędy. Jeśli komuś się nie podoba, niech tego nie robi.







Jutro

Jutro odwiedzę Babcię.
Jutro utulę Milenkę do snu bez pośpiechu.
Jutro powiem Mu, że mi przykro. Że żałuję każdego wypowiedzianego słowa.
Jutro wypijemy kawę na spokojnie.
Jutro porozmawiamy, Syneczku.
Jutro.. obiecuję.
Jutro.


Tacy jesteśmy oświeceni, tacy oczytani, inteligentni i do przodu ze wszystkim. Taką mamy wiedzę o świecie, pojęcie o wszystkim i zdanie na każdy temat.. a nie potrafimy tego, do czego niepotrzebne są żadne szkoły. Ani stosy przeczytanych książek.
Ani nadzwyczajna inteligencja.
Potrzebna jest  jedynie  pokora.
Dużo pokory.

Myślę, że nie potrafimy doceniać życia.
Samego faktu, że jest. Po prostu.
Że wstajesz na zdrowe nogi, myjesz zęby i myjesz twarz ciepłą wodą. Że śniadanie, obiad i kolacja. Że śpiew ptaków i kwitnące drzewa. Dzieci, rodzice i jeszcze ciągle dziadek z babcią.
Czasami trudno przychodzi nam cieszyć się z tego, że to życie jest właśnie takie, a nie inne. Szczególnie, kiedy nie jest dokładnie takie, jakie sobie wymarzyliśmy.

Zachowujemy się, jakby liczyło się tylko to, co ma być.
Nie każdy potrafi być tu i teraz.
Jesteśmy jutro.


Czasami, kiedy słucham ludzi - kiedy słucham samej siebie najczęściej - to nie potrafię się nadziwić, jak bardzo jesteśmy pewni siebie.
I wcale nie chodzi o to, że nie możemy planować, marzyć i pewnych rzeczy odkładać w czasie.. chodzi o to, że zazwyczaj najważniejsze odkładamy na później.
Zawsze na później. Bo przecież zdążymy. Bo jeszcze mamy czas. Bo młodzi jesteśmy, zdrowi.
Tak jakby ktoś był w stanie dać nam gwarancję, że to, co najcenniejsze, będziemy mieli jeszcze szansę przeżyć.
To czego żałujemy - naprawić.
To za czym tęsknimy - spełnić.

Mam wrażenie, że bardziej niż wiedzy o świecie potrzebujemy świadomości, że kiedyś nas zabraknie.
Takiej prawdziwej i pełnej świadomości.
Bo żyjemy z niezwykłą pewnością jutra.
Żyjemy z pychą, którą trudno nawet wytłumaczyć, bo przecież wiemy, że jutro nie jest nasze.. a jednak nie przyjmujemy do świadomości że nieszczęścia, o których słyszymy w wiadomościach, równie dobrze mogłyby stać się naszą rzeczywistością.
Nie Marii P.
Nie Artura W. .. tylko moją i twoją.


Bo gdybyśmy nie byli tak odważni nikt z nas, nie przegapiłby wiosną kwitnącej magnolii w ogrodzie.
Znaleźlibyśmy chwilę, żeby przystanąć i się zachwycić. Chociaż przez okno popatrzeć.
Nikt z nas nie kłóciłby się z bratem, ciocią czy kuzynem przy każdej okazji. Nie mielibyśmy odwagi nie odzywać się do siebie latami. Częściej wyciągalibyśmy rękę na zgodę. Mniej obchodziłoby nas, kto zaczął, kto pierwszy powiedział to czy tamto.. szybciej potrafilibyśmy zapomnieć.
Bez pychy życia, nie chodzilibyśmy z kąta w kąt zadąsani o byle co. Nie robilibyśmy problemów z niczego. Nie krzyczelibyśmy na dziecko, za błoto przyniesione do domu.
Mniej przejmowalibyśmy się rzeczami, bardziej ludźmi.
Bez tej niemądrej pewności jutra, czas by się znalazł na obiecaną kawę z koleżanką i wolny wieczór dla męża.
Wolne serce dla Boga.
Życie biegłoby wolniej, rozważniej, w bliskości, na którą teraz tak często szkoda nam chwil.
Byłoby nam za to szkoda życia na bylejakość.
Na te wszystkie nieciekawe książki, filmy z oczywistym zakończeniem, toksyczne znajomości i herbatę malinową bez malin w składzie.


Niestety jestem odważna.
Mam odwagę nie żyć tym, co mam do przeżycia dzisiaj.
Nie rozglądam się dookoła, nie patrzę głęboko w oczy wystarczająco często, widzę problemy tam, gdzie ich nie ma.
Czuję pewność jutrzejszej kawy o siódmej rano, chociaż wcale mieć tej pewności nie mogę.
I że Malutką znowu przytulę przed snem, a ona powie mi do ucha, że wcale nie kocha mnie trochę, a najbardziej na świecie..

Tak się gniewamy, jakbyśmy mieli jeszcze całe życie na to, żeby powiedzieć przepraszam.
Tak pracujemy, jakbyśmy mieli całą starość na odpoczynek.
Tak wychowujemy dzieci, jakbyśmy mieli jeszcze wiele lat na nauczenie ich tego, co naprawdę ważne
To nic innego, jak pycha życia. (1 List Jana 2;16)


Często słyszę, że jestem jeszcze młoda i całe życie przede mną.
Mówią, że przyjdą spokojniejsze dni, ten lepszy czas.
Czas, żeby pożyć naprawdę.. i wtedy nie wiem co powiedzieć.
Nie mam nawet trzydziestki, a jednak czasami przychodzą do mnie myśli, o których głośno się nie mówi.
Ja o nich nie mówię.
Bo przecież dzieci mam jeszcze malutkie. Potrzebują mamy, opieki, czytania na dobranoc..
Tyle jeszcze muszę im powiedzieć, tyle im pokazać.
Marzenia mam, cele i plany.
Gości w niedzielę i apartament nad morzem opłacony na czerwiec.
Tyle jeszcze chciałabym zobaczyć i przeżyć. Tyle jeszcze zdążyć, zanim mnie zabraknie.

Nie chcę myśleć o śmierci. Nie chcę mówić o śmierci. Nie chcę o niej słuchać.
Dwudziesto-kilku-latki nie myślą o śmierci. Nie mówią o śmierci i absolutnie nie chcą o niej słuchać.


Ale te myśli przychodzą, kiedy sąsiadka umiera na raka, zostawiając trójkę malutkich dzieci i zrozpaczonego męża.
Przychodzą, kiedy słyszę o wypadku, w którym ginie pięcioosobowa rodzina.
Czasami przychodzi otrzeźwienie i tak bardzo się cieszę, że przychodzi..

Bo człowiek to by chciał wtedy odejść, kiedy najbliżej jest Boga.
Kiedy ze wszystkimi jest pogodzony, sprawy ma pozałatwiane, dzieci wychowane i wnuki doskonale dają sobie radę.
Kiedy to i kiedy tamto.. każdy ma jakieś swoje na ten temat myśli.
Wtedy inaczej się odchodzi. Wtedy już można.

Ale to nie w naszych rękach leży.
Nie my decydujemy kiedy - czy jutro, czy za miesiąc, czy za lat trzydzieści.
Czy we śnie, na spokojnie, czy w ogromnym bólu.. czy zimą, czy latem, czy może wczesną jesienią?

Niejeden wiele by zrobił, żeby tę datę znać.
Wtedy człowiek by wiedział, kiedy się wreszcie zatrzymać. Pod koniec priorytety by poprzestawiał, wybaczył, spełnił marzenia, a pewne rzeczy odpuścił, nie tracąc cennych dni.
Z większą pokorą do każdego dnia by podchodził.
Z celebracją.


Dzień po dniu jakoś leci, a mi też tej pokory tak bardzo brakuje.
Pewności, że ze wszystkim jeszcze zdążę, mam w sobie za dużo.
Chciałabym tej odwagi do myślenia w ten sposób mieć mniej..

Więc może jednak zamiast jutro, to dzisiaj Babcię odwiedzę.
Dzisiaj utulę Mili do snu bez pośpiechu.
Porozmawiam z Synem.. dzisiaj.



Muszę przyznać, że ani z urodzin, ani ze ślubów, ani z uroczyście obchodzonych rocznic zakochanych w sobie małżeństw nie wychodzę tak odmieniona, jak z pogrzebów.

I nigdy bym nie pomyślała, że śmierć tak mnie będzie motywować do życia..