Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Codzienność. Pokaż wszystkie posty

Masz wiadomość

Znajomy, ledwo słyszalny sygnał telefonu wyrywa mnie z zamyślenia.
Nie ważne, czy kroję właśnie warzywa na sałatkę czy składam pranie... bez większego zastanowienia sięgam po komórkę bo wiem, że kiedy nie ma Go w domu, to ta wiadomość najpewniej jest od Niego.
Treściwa i bardzo konkretna w przekazie. Przecież nie potrzeba mi nic więcej.
Krótkie: jak tam?, albo niepozorne: tęsknię, mówią więcej niż tysiące słów.

Mówią, że o mnie myśli. Jest ze mną pomimo, że Jego miejsce przy stole akurat dziś jest puste.
Zastanawia się jak mija mi dzień, kiedy Jego nie ma obok.
Czy odebrałam już Milenkę z przedszkola, czy może właśnie kończymy jeść obiad... jak poszło nam u dentysty i czy odebrałam tę ważną paczkę. No i czy wieje u nas tak samo mocno, bo u Niego akurat zerwał się potężny wiatr.

Te wiadomości mówią mi, że kocha, że pamięta. I wiem na pewno, że modli się o mnie, kiedy dzień mam gorszy, a dzieci dają w kość.
Czuję się pewniej mając tę świadomość, że gdyby tylko coś się stało, mogę na Niego liczyć. Wsiądzie w samochód i jest.
Wystarczy jeden sms.

***

Moja codzienność pełna jest również innych krótkich wiadomości.
Moje dni wypełniają niepozorne smsy z samego nieba.
Krótkie przekazy przepełnione Ojcowską miłością.

Kiedy patrzę uważnie, bez zbędnego pośpiechu, kiedy szukam, żeby znaleźć i patrzę, żeby zobaczyć - wtedy są.
Zawsze są.


Zaraz po przebudzeniu otwieram okna sypialni. Rześkie powietrze opowiada mi o świeżości Bożego miłosierdzia. O Bogu drugiej szansy, którego łaska nigdy się nie kończy. Codziennie jest nowa, świeża... cudownie orzeźwiająca. (Treny 3;22- 23)
Podziwiam wschód słońca i jest. Znowu jest. Kolejna wiadomość.
Zadziwiające widowisko a zarazem przypomnienie o niezmienności mojego Pana. Niebiosa ogłaszają Jego chwałę i opowiadają historię Jego potęgi.
(Psalm 19;2 , Jakuba 1;17)
*
Schodzę na dół, a świeże kwiaty na kuchennym stole mówią jasno i wyraźnie, że mam się nie martwić. O najbliższe godziny, o to co zrobię, jeśli... O nic. Bo Ten, który tak pięknie ubiera kwiaty w moim wazonie, zapewni wszystko, co jest mi potrzebne do życia i otoczy opieką moich najbliższych.
(Ew. Łukasza 12;27-28)
*
Kiedy czesząc włosy w łazience kilka z nich wpada do umywalki, przypominam sobie o Bogu kochającym detale. Dbającym o szczegóły i drobiazgi. Żaden z tych włosów nie uszedł uwadze mojego Stwórcy. Wszystkie są dokładnie policzone, a bez Jego zgody żaden z nich by dzisiaj nie wypadł. Ani jeden. Wypadło pięć.
(Ew. Łukasza 12;7)
*
Przechodzę obok lodówki i patrzę przez chwilę na te kilka zapisanych kartek przyczepionych do niej kolorowymi magnesami.
Czytam: Wizyta u ortodonty. Pod spodem widnieje dokładna data i godzina. Na kolejnej widzę napis: Wycieczka - Jaś. I znowu. Data i godziny zbiórki oraz przyjazdu. Pediatra, dentysta, okulista... Plany lekcji. Od - do.
Słyszę szept: Wszystko ma swój czas Córeczko... nie staraj się niczego przyśpieszyć. Niczego nie dasz rady opóźnić. Żyj tu. Żyj teraz, w rytmie mojego spokojnego oddechu.
(Kaznodziei Salomona / Koheleta 3;1-8)
*
Otwieram jeszcze parującą zmywarkę i powoli zaczynam wyciągać z niej talerze. Układam gorące sztućce do szuflady i myślę, jak jeszcze całkiem niedawno zmywarka była pełna naczyń o zapachu wczorajszego obiadu i pasty rybnej. Brudne i śmierdzące talerze i miski, nie nadające się do niczego, teraz nadają się do użycia. Czyste. Gotowe. Przydatne.
Układam kubki w szafce skupiając się przez chwilę na własnym brudzie i Bożej łasce. O tym, że dzięki krwi Chrystusa mogę być czysta. Gotowa. Przydatna.
(Ew. Jana 3;16)
*
Jesienne liście, które moje dzieci tak chętnie zbierają na spacerze, niosą przesłanie o przemijaniu.
O tym, że wszystko mija. To, co trudne też prędzej czy później- minie. Spójrz, jak opadają już ostatnie liście zmagań.
Już niedługo... jeszcze chwila.
*
Zachodzę na chwilę do ogródka żeby sprawdzić, czy mój szpinak zacząć kiełkować. Tak! Jest! Na wiosnę zbiorę dokładnie to, co posiałam. Szpinak, idealny do koktajlu.
I choć ten dzień jest bardzo nerwowy i mam ochotę warczeć na wszystkich w około, to czytam Bożego smsa raz jeszcze i postanawiam, co chcę siać w umysłach i sercach moich dzieci. Bo cokolwiek zasieję, to i zbiorę. Świadomość tej prawdy stawia mnie kolejny raz do pionu...
Dziękuję Tato. 
(Galacjan 6;7)
*
Zaczyna kropić. Wracamy do domu, żeby nie przemoknąć. Nastawiam wodę na herbatę, a czekając na wrzątek obserwuję ciężkie krople deszczu rozbijające się o szyby. Deszcz.
Zaczynam nucić: 'Przyjdź jak deszcze, ożyw dziś, suchą ziemię naszych serc. Przyjdź jak deszcz, na spragniony świat...' 

***

Można iść przez kolejne dni i nie widzieć nic. Ale podobno jeśli nie widzisz, to znaczy, że nie patrzysz wystarczająco uważnie.
Ja nie widzę zawsze. Widzę tylko w te dni, w które patrze. Znajduję wtedy, kiedy szukam.

Dwie osoby mogą znaleźć miejsce parkingowe w środku zatłoczonego miasta, ale tylko jedna z nich odczyta wiadomość: Obchodzi mnie twoje życie. Zatroszczę się o ciebie w najdrobniejszym szczególe...

Można iść przez życie i pozwalać, żeby hałas tego świata zagłuszał cichutki sygnał niebiańskiego smsa w otaczającej nas rzeczywistości.
Można też wytężyć wzrok i wyostrzyć słuch.

Dni są przepełnione jak rzeka po ulewie, lecz pełna uwaga spowalnia jej prąd. 
                                                                                                   Ann Voskamp, Tysiąc darów

To nie diabeł tkwi w szczegółach. 
To Bóg. Bóg tkwi w szczegółach! 

***

Wiadomości przychodzą w uporze moich dzieci i spontanicznym uścisku mojej Córeczki.
W zapachu męskich perfum na moim wełnianym swetrze, w wypchanym po brzegi koszu na pranie, w gwiazdach na ciemnym niebie i lampie oświetlającej naszą ciemną ulicę... czytam.
Czytam je z uwagą i nieukrywanym entuzjazmem.
Celebruję każdą jedną z nich.
Stosuję wskazówki, przyjmuję napomnienia, przyswajam lekcje i rozkoszuję się prostotą głównego przekazu:
Kocham cię Córeczko. Jestem z Tobą zawsze. Aż do skończenia świata. 
(Ew. Mateusza 28;20)

***

Znajomy, ledwo słyszalny sygnał wyrywa mnie z zamyślenia.
Nie ważne, czy kroję właśnie warzywa na sałatkę czy składam pranie... bez większego zastanowienia odczytuję wiadomość bo wiem, że chociaż Go nie widzę, to On jest. A ta wiadomość jest jedną z tych niebiańskich, prosto z nieba.
Treściwa i bardzo konkretna w przekazie, przepełniona Ojcowską miłością.
Przecież nie potrzeba mi nic więcej.
Każda jedna mówi więcej, niż tysiące słów.



W niebiańskim rytmie

Przyznaję, że mam kompleks. Od wielu lat.
Kompleks kobiety-siedzącej-w-domu, a co gorsza kobiety, której Mąż jeszcze do niedawna pracował tylko w domu.
Tej, która ma się lepiej niż pozostałe kobiety-pracujące, a nawet niż te, które zostają w domu, z dziećmi.
Mam kompleks kobiety, która na wszystko ma czas - na dobry obiad, i na domowe ciasto, maseczkę, paznokcie i sielskie życie w rytmie slow. 
Mam kompleks kobiety, której pieniądze sypią się z nieba, bo ona przecież może siedzieć w domu.
Mam kompleks i bo czuję presję codziennego udowadniania światu, że nie leżę całe dnie na kanapie. Że też pracuję, że mam pasje, że potrafię i robię coś więcej niż tylko dobry rosół.


Tak. Zdarza się, że widzę swoją wartość w miejscach, w których nie powinnam.
Nie w Bogu. Nie w Jego ramionach. Nie w tym, co On mówi o mnie, a w tym, co mówią o mnie inni.
W pośpiechu.
W zajętości.
W kolejnym odhaczonym zadaniu.

Ostatnio pomyślałam sobie, że może inna kobieta też ma kompleks. Zupełnie tak jak ja.
Tyle że dla odmiany kompleks kobiety-pracującej.
Tej, która robi karierę, zamiast opiekować się dzieckiem.
Tej, której niektórzy zarzucą, że zostawia maluszka w obcych rękach jedynie dla wygody.
Tej, która czuje presję udowadniania całemu światu, że jej na dziecku naprawdę zależy. Że je kocha ponad wszystko i praca wcale nie jest najważniejsza, a najzwyczajniej w świecie potrzebna.
I biega, z pracy do domu, z domu do pracy. Z nikim nigdy nie spotyka się po godzinach, bo co by inni powiedzieli... że cały dzień w biurze, a potem z koleżankami na kawce. No wstyd!
Po nocach piecze domowe ciasta na szkolne kiermasze, żeby tylko dorównać tym kobietom-siedzącym-w-domu. Nie chce być gorsza, przynosząc kupne ciasteczka z E-wypełniaczami i utwardzanym tłuszczem.

Uczę się ten mój kompleks w sobie wyciszać.
Po prawie dziesięciu latach bycia w domu z dziećmi, bycia dla nich i przy nich praktycznie bez przerwy, uczę się nie mieć wyrzutów sumienia z powodu życia, które świadomie wybrałam i które dla mojej rodziny jest na dzisiaj najlepsze, choć nie pozbawione wyrzeczeń i niedogodności.
Uczę się nie patrzeć na siebie jak na kobietę drugiej kategorii z powodu nie wstawania bladym świtem do pracy w korporacji, bo wiem, że rytm w którym idę teraz przez życie, to mój osobisty, idealnie dopasowany niebiański rytm.
I nikomu, absolutnie nikomu nie muszę się z niego tłumaczyć.
Odpowiedzialna jestem tylko przed Bogiem.
...........................................................................

W życiu jest czas na bieg, a innym razem na spokojny spacer, beztroski trucht, czy radosny marsz... czasem przychodzi idealny moment na długą, mozolną wspinaczkę. Taką na sam szczyt.
Różnie.
Każda z nas ma inne trasy do pokonania, inne cele do zdobycia, inne zadania do wykonania po drodze...
Bóg wie co i kiedy.

Wszystko ma u Niego swój czas. Taki najbardziej odpowiedni.

Niektórzy całe życie biegną, a inni spokojnym truchcikiem przemierzają kolejne kilometry życia.
I jeśli biegniesz, bo wiesz, że powinnaś - to biegnij!
Niech sprawia ci to radość.
Poczuj wiatr we włosach, uśmiechaj się przy tym szeroko i machaj przyjaźnie do innych, których mijasz po drodze.

Ale przy tym nie oceniaj tych, którzy wyszli jedynie na spacer w lekkich sandałkach, nie mając najmniejszej ochoty na jogging.
Nie narzekaj przy każdym spotkaniu, jak bardzo ci źle. Jak bardzo jesteś wykończona i nieszczęśliwa.
Nie udawaj, że najchętniej zostałabyś w domu z dwulatką, układała cały dzień puzzle i rysowała, jeśli wcale tak nie jest.
Bądź szczera.
Przed Bogiem. Przed sobą. Przed innymi.
Nie rzucaj bezmyślnych komentarzy. No wiesz jakich... tych które powodują w drugiej kobiecie poczucie, że jest gorsza, może mniej warta czy mało zaradna.

Jeśli jednak powinnaś spacerować, a biegniesz tylko dlatego żeby na siłę dorównać innym i udowodnić coś całemu światu - to lepiej zwolnij.
Obierz odpowiednie dla ciebie tempo. Takie, które Bogu przyniesie chwałę, a tobie sprawi radość. No i doprowadzi do celu - prędzej czy później.
Może nie dobiegniesz tak daleko jak inni, może nie każdy szczyt będzie twój... ale czy musi?
Wiesz... nie chodzi o to jak szybko się poruszasz. Chodzi o to, żeby kierunek był odpowiedni. Wtedy szybkość nie ma większego znaczenia. Nie zawsze musi być zawrotna.

Jeśli możesz spokojnie maszerować, rób to pewnym krokiem i podziwiaj świat dookoła. Dziękuj Bogu za widoki, których nie przegapisz.
Przystań na chwilę żeby podnieść kogoś, kto na tej wyboistej drodze po prostu się potknął. Albo po prostu zawiąż sznurówkę...

Nie narażaj się na kontuzję. Nie wymagaj od siebie więcej, niż możesz dać i niż wymaga od ciebie Bóg. Idź spokojnie, bez wypieków na twarzy, bez przyspieszonego bicia serca.
Idź w niebiańskim rytmie, czyli tym dostosowanym do twoich możliwości. Bo nie ma nikogo innego, kto zna je tak dobrze jak twój Stwórca.

Nie oceniaj jednak tych, którzy lubią się zmęczyć. Tych którzy biegną, nie dając sobie chwili wytchnienia.
Nie narzekaj jak bardzo ci źle. Nie udawaj, że kochasz szybkość, a tylko z przymusu tak wolno snujesz się przez życie.
Przestań wstydzić się tego, że żyjesz w rytmie, z którym jest ci dobrze.
Nie tłumacz się. Nie musisz!
Wolno ci wolno. Naprawdę.

Każda z nas jest inna. Nasza wartość nigdy nie miała być mierzona w ilości pokonanych kilometrów, ani w szybkości z jaką je przemierzamy. W ilości zdobytych tytułów czy przepracowanych godzin.
To nie tak, że im szybciej tym lepiej. Im więcej robisz, tym jesteś więcej warta, bardziej zasługujesz na pochwały, oklaski i podziw.
Nie tędy droga.


Myślę, że zawsze najważniejsze jest to, co mówi do ciebie Bóg. To, czego On chce od twojej codzienności na teraz.
Dlatego właśnie warto wsłuchiwać się w Jego głos każdego dnia.

Jeśli chce żebyś zwolniła, a ty uparcie przesz do przodu to wiedz, że każda góra zdobyta bez Niego to tylko kolejny papierek, kolejny tytuł, kolejny awans, podwyżka... nic ponad to.
A kiedy postanowisz zwolnić - nie stracisz, choć może tak ci się dzisiaj wydaje. Pan Bóg zatroszczy się o wszystko, co powstrzymuje cię dzisiaj przed powolnym spacerem przez życie.

Jeśli Bóg chce od Ciebie wyjścia ze strefy komfortu i nieco szybszych ruchów, bardziej raźnego kroku - to nie bój się zadyszki. Nie przejmuj się nieodpowiednim strojem czy brakiem profesjonalnych butów. Zdejmij szpilki i zacznij z tym, co masz. Choćby były to trampki zapomniane na dnie szafy.
On Cię wyposaży. A w czasie niełatwej trasy poniesie na rękach... 

Może warto zatrzymać tę niezrozumiałą gloryfikację zajętości i zawrotnego tempa?
Przestać swoją wartość łączyć z szybkością życia, a sukces utożsamiać z ilością odhaczonych zadań w opasłym kalendarzu.
Przestać oceniać i patrzeć z góry na siebie nawzajem tylko dlatego, że różni nas tempo naszej codzienności.

Warto za to zacząć patrzeć do góry, szukając Boga i dostosowując tempo życia do Jego woli, a nie narzucanych nam sztucznie standardów.
Chrystus nie jest naszym poganiaczem.
On jest naszym Pasterzem.

Dlatego nie trać Go z oczu.
Tylko wtedy będziesz stawiać kroki w niebiańskim rytmie.
Tym najlepszym, przeznaczonym z miłością Ojca specjalnie dla ciebie.













Przy kawie

Jeśli masz chwilę czasu, to usiądź ze mną przy kuchennym stole i napijmy się razem kawy.
Przy kawie tak dobrze się rozmawia... a ja chcę opowiedzieć ci o kilku ostatnich tygodniach mojego życia.

Chcąc odzyskać moje życie, pożegnałam wyobrażenia o tym, jak powinno ono wyglądać. 
Musiałam przestać polegać na własnych oczekiwaniach i poddać Bogu wszystkie niedoskonałości, na które w moich marzeniach zabrakło miejsca.
To rozstanie było bolesne, ale uwalniające.


Nie walczyłam w tym czasie o spełnienie marzeń, o lepszą siebie, ani nawet o lepsze jutro.
Walczyłam (i nadal walczę) o normalność. O jedną dobrą decyzję na raz. O dzisiaj. Tu i teraz.
Nie zmieniam świata, a moje wygrane nie są spektakularne. Walczę o podstawy.
Moja wygrana to uśmiech o poranku i niewymuszana radość z kolejnego dnia.
Moje zwycięstwo to wieczór z dziećmi bez krzyku. Cierpliwość nawet wtedy, kiedy piżama znowu nie taka, kiedy poduszka uwiera i nagle swędzieć zaczyna palec, noga, brzuch.... boli oko i ucho nawet.
Mój triumf to wyjście z domu, do ludzi.
Spacer.
Obiad.
Makijaż.
Nie zrobienie sobie kolejnej kawy...
Dla ciebie niewiele? Dla mnie na dzisiaj szczyt.

Nie rozkwitałam, ale wzrastałam.
Gdzieś tam, głęboko w ukryciu, zapuszczam coraz mocniejsze korzenie wiary. Rozwijam się, chociaż jeszcze nie ma czego podziwiać. Jednak oczami wiary widzę kwiaty rozkwitające całym swoim pięknem. Kwiaty rodzące się z tych dzisiejszych, maleńkich pączków wierności w małym.


Ostatnie kilka tygodni toczyłam nierówną walkę o jakość myśli. Częściej niż kiedykolwiek czułam się pogubiona, niezdolna i nieodpowiednia.
Macierzyństwo to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jaka kiedykolwiek mi się przytrafiła i zdecydowanie najtrudniejsza. Wymagająca ode mnie więcej niż mam i niż kiedykolwiek miałam.
Czy ty też czasami tak właśnie się czujesz?
W takim razie wiedz, że Bóg nigdy nie wymagał od nas perfekcji, tylko wierności. Pokornej postawy serca, zdolnej do przyznania: bez Ciebie nie dam rady.

Robiłam więc wszystko, żeby nie stracić z oczu Chrystusa. Jego moc doskonali się w mojej słabości, a każda 'próba' w jakiś sposób mnie kształtuje. Jego obecność wnosi pokój.
Oczy utkwione w Zbawicielu pomagają mi nie błądzić po tych zagmatwanych ścieżkach rzeczywistości.
Ojciec mówi, że nie jestem sumą moich wzlotów i upadków, a Jego ukochaną córeczką.
Jak dobrze.
Jaka ulga.
A to wszystko dzięki łasce.


Uczyłam się na nowo kochać życie i te wszystkie drobiazgi, które tworzą codzienność.
Znowu skupiałam się na tym, żeby je dostrzegać i doceniać, bo to umiejętność która zanika, jeśli się jej nie praktykuje każdego dnia.
Ja bardzo ją zaniedbałam.
Ożywiam stare, dobre nawyki.

Znowu zaczęłam biegać. Myślałam, że dla zdrowia fizycznego, ale tak bardzo się myliłam...
Biegam leśnymi ścieżkami i wdycham przecudnie czyste powietrze. Spotykam zające, sarny i w zachwycie słucham śpiewu ptaków.
Bóg dał mi ten las pod nosem i zafundował mi prawie darmową terapię. Prawie, bo ona tylko mój czas kosztuje i codzienną decyzję, żeby ruszyć się z domu. W zamian oferuje bogactwa nie z tego świata -wyciszenie, spokojną głowę, stare prawdy pokazane w nowym świetle.
Biegam dla zdrowia umysłu. 
Uwielbiam rozmowy z Ojcem w rytmie wolnego truchtu. 
To mnie dosłownie uzdrawia.

Spędzałam godziny grzebiąc w ziemi, siejąc nasionka, podlewając nasze własne grządki, w naszym własnym ogródku. Czas spędzony w ogrodzie budzącym się do życia działa zadziwiająco terapeutycznie i kojąco.




Zrobiłam też bardzo ważny krok w stronę zdrowia. Przestałam wierzyć, że to jak się czuję jest zupełnie normalne. Przestałam uczyć się z tym żyć. Teraz uczę się żyć inaczej, żeby móc żyć w pełni.
Tę prawdę: w zdrowym ciele zdrowy duch zrozumiałam tak do końca dopiero teraz, kiedy tego zdrowia mi zabrakło.
O tym chyba osobny tekst napiszę, bo to bardzo ważne. Rola ciała zbyt często w chrześcijańskim świecie jest pomijana i zaniedbywana, a dbanie o siebie postrzegane jest jako egoizm, samouwielbienie czy próżność. A takie stwierdzenia są krzywdzące.
Bo jeśli ciało nawala, to służyć naprawdę jest trudno. Bogu, rodzinie, innym... trudne to, a czasami nierealne. Tak fizycznie nie do przejścia.
Wiem coś o tym.

Żyłam w myśl zasady jeden dzień na raz.
Na więcej szkoda mi było energii. Na więcej tej energii nie miałam.
Przecież tylko dzisiaj należy do nas.
O dzisiaj należy się postarać.
Pomyśleć nad tym co zrobić, jeśli coś już się wydarzyło, a nie rozmyślać o tym, co może zdarzyć się jutro. Nie żyć w strachu o dzień, którego nie ma.
Bóg zna już każdą sekundę tego, czego jeszcze nie znamy. Już zadbał. Już przygotował wszystko, czego na jutro ci potrzeba...
Zaufaj i żyj jeden dzień na raz.

------------------------------------------------------------------------------------------

Tęskniłam.
Bardzo się cieszę, że w końcu mogłyśmy razem napić się kawy.
Dziękuję za twój czas.

Do zobaczenia wkrótce moja Droga.
Uściski,




Pogoda idealna

Dzisiaj było zimno i pochmurno.
Ale chmury i mróz to idealna pogoda na prasowanie. Na stanie przy desce i dopieszczanie pachnących świeżością ubrań przy ulubionej playliście. I na to, żeby tym ciepłem w domu tak wyjątkowo się nacieszyć.

Za to wczoraj pięknie świeciło słońce. Cudowna aura na spacer w ciepłym, zimowym płaszczu i robienie zdjęć do rodzinnego albumu.
A jutro? Jutro znowu zapowiadają wiatr i opady śniegu, więc pobawimy się z dziećmi w domu. Zaparzymy herbatę, dolejemy malinowego soku od Babci Anusi, odkurzymy leżące gdzieś na najniższej półce książki... wytężymy wyobraźnię.


Obserwuję internetowy świat i widzę, jak bardzo uzależnieni jesteśmy od pogody. A może: jak bardzo sami się od niej uzależniamy.
Niższe temperatury, brak słońca i przeszywający zimnem wiatr mogą niejednemu kompletnie zepsuć... dzień, miesiąc, a nawet pół roku.
Kiedy przychodzi styczeń, a dzień staje się dłuższy, zaczynamy rytualne oczekiwanie na wiosnę.
Bo po świątecznym zamieszaniu, po noworocznych postanowieniach i hucznym sylwestrze od razu powinna przyjść wiosna, prawda? Zaraz po pierwszym dniu stycznia, na własne życzenie przechodzimy w tryb przetrwanie.
A naszym przeznaczeniem jest  życie w całej pełni. Pamiętasz? (Ew. Jana 10;10)
Nawet w najbardziej paskudną pogodę.

Robię wszystko żeby nie oczekiwać. Żeby nie przegapić stycznia, lutego i marca.
Nie chcę obudzić się w kwietniu i nie pamiętać, jak nasz las wyglądał przykryty białym puchem.
Nie chcę przegapić okazji na gotowanie tego, co tylko zimą smakuje tak dobrze.
Nie chcę zorientować się nagle, że dzieci całe dnie spędzają na zewnątrz i znowu jakoś mniej nas potrzebują. To teraz jest najlepszy czas na zacieśnianie naszych relacji.
Nie chcę dać sobie wmówić, że teraz przyszedł kalendarzowy czas na chandrę i ogromny dół, bo tak mało teraz słońca, bo zimno, bo deszcz...


Byle do kwietnia?
Nie w tym roku.
I mam nadzieję, że nigdy więcej.

Byle do...brze wykorzystać dzisiejszy, jeszcze styczniowy dzień.
Byle najlepiej zaopiekować się dzisiejszymi możliwościami.
Byle nie zaprzepaścić szans, które nawet w lutym Bóg kładzie w nasze zmarznięte dłonie.

Byle zdążyć najeść się gorących owsianek z cynamonem i prażonym jabłkiem. Wypić tyle herbaty z cytryną i miodem, żeby dopiero jesienią za nimi zatęsknić.
Byle kochać i tę miłość w czyn przekształcać chwila po chwili.
Byle zebrać się razem przy kominku rodzinnie. Wygrzać się za wszystkie czasy, rozmawiając przy tym o wszystkim i o niczym.
Byle położyć się spać z lekkimi myślami i uśmiechem na ustach. Ze spokojem pomimo śniegu z deszczem stukającego w szyby.
Byle ta zima była warta naszych wspomnień i wiosną, i latem...
Byle pogoda nie przeszkodziła nam być szczęśliwymi.
Byle nie stała się wymówką.

A jednak nie potrafimy oprzeć się myśli, że gdyby nie ten mróz, to moglibyśmy zrobić to czy tamto.
Gdyby nie ten zimny wiatr, to spacer byłby możliwy.
Gdyby nie brak słońca, to może humor byłby lepszy.
Gdyby nie fakt, że tak ciemno tak szybko, to z dziećmi po szkole człowiek mógłby na sankach jeszcze pojeździć.
Gdyby w końcu przyszła wiosna to...

To tylko pogoda.
Dodatek do życia, a nie jego sens.
To tylko kolejna pora roku. Część roku, którą Stwórca stworzył w konkretnym celu.
I kto wie, czy ta zima, którą czasami tak pogardzamy, nie jest naszą ostatnią...?


Kiedy następnym razem zabraknie ci światła to pamiętaj, że prawdziwe Światło świeci w tobie przez okrągły rok. Nie tylko w maju. Nie tylko przy dwudziestu stopniach na plusie. I to Chrystus jest źródłem naszej radości, nawet w czasie najbardziej ponurej zimy.

Kiedy znowu zabraknie ci ciepła to pomyśl, że możesz swoim życiem roztaczać ciepło miłości Chrystusa wokół siebie i dzielić się nią z innymi ludźmi. W styczniu też.

Dzisiaj pogoda jest idealna do... życia.
I to zupełnie wystarczy.

Więc żyj, ciesz się tym życiem, a niech pogoda zostanie tylko pogodą.







Nie życzę sobie...

Kilka dni temu przeczytałam, że analizy pod koniec roku, to strata czasu. Nic nie możemy już zrobić, bo to co było - minęło bezpowrotnie, więc lepiej patrzeć w przyszłość i nowe dni zacząć planować.
A ja tylko w połowie mogę się z tym zgodzić.

To co było, nie wróci i to fakt niezaprzeczalny.
Ale to co było, może nam pomóc w przyszłości żyć lepiej, bardziej, odważniej. W pełni potencjału danego nam przez Stwórcę.
Bo bardziej niż czyjeś mądrości, bardziej niż słowa drugiego człowieka i niż błędy, które popełnił, przemawiają do nas nasze własne niepowodzenia.
Nieraz wolimy na własnych błędach się uczyć.
Niestety.

Analiza przeszłości to strata czasu dla tych, którzy uczyć się nie chcą. Którzy nie lubią wyciągać wniosków, a potem wychodzić ze strefy komfortu i rozwijać się na nie najlepiej rozwiniętych płaszczyznach codzienności.
Dobrze jest jednak pamiętać, że nigdy nie jest tak dobrze, żeby lepiej być nie mogło.


A ja chcę. Chcę uczyć się na błędach dnia wczorajszego, żeby jutro już ich nie powielać.
Dlatego analizuję. Podsumowuję. Wspominam w myślach ostatnie dwanaście miesięcy. Powoli, bez pośpiechu. Zmywając naczynia i sprzątając zabawki w pokoju Córeczki. Bez presji pierwszego stycznia. Najbardziej intensywnie robiłam to wczoraj. Trzeciego.
Robiąc to doszłam do niejednego odkrywczego wniosku. Takiego, który może zmienić życie, jeśli pod jego wpływem zacznie się działać.

I tak przypomniałam sobie, że nie muszę wszystkiego i wszystkich zmieniać, żeby być szczęśliwą.
Wystarczy, że ja się zmienię.
Wtedy wszystko inne też się zmieni. 

Doszłam do wniosku, że materiał do zmiany to ja. I to chyba wniosek najważniejszy.
Nikt inny, tylko ja sama.
I zacząć muszę od siebie, choć tak jest właśnie najtrudniej.

Doszłam do wniosku, że ciągle uzależniam szczęście od ludzi i okoliczności. Od zupełnie ulotnych i przemijających rzeczy, dlatego właśnie moje szczęście dokładnie takie jest.
Ulotne i przemijające.

Wiem też, że mylę moje chcę  z  potrzebuję.
Często myślałam, że potrzebuję, ale tylko chciałam i często nie chciałam tego, czego potrzebowałam tak naprawdę.

Na ten rok życzę sobie wiele, ale inaczej. Zupełnie inaczej niż dotychczas.
Bardzo dużo czasu zajęło mi dojście do tego, że pewne rzeczy w moim życiu Bóg pozostawia ciągle takie same tylko po to, żebym ja mogła być inna.
Moim pragnieniem była zmiana, ale Bóg wiedział, że moją potrzebą był jej brak.

To będzie rok, w którym zacznę wymagać od siebie. Od siebie przede wszystkim.
Zdana na Bożą łaskę, z Jego pomocą, siłą i zaopatrzeniem, zaczynam wymagać od siebie, a nie od innych.



Dlatego nie życzę sobie bardziej posłusznych dzieci, ale więcej cierpliwości, łagodności i łaski w moim macierzyństwie. Więcej zrozumienia dla ich dziecięcych zachowań, więcej słów przepełnionych miłością i wsparciem.
Życzę sobie lepszej siebie dla nich.

Nie życzę sobie lepszych relacji, ale determinacji i chęci do pielęgnowania każdej jednej z nich.

Nie życzę sobie więcej godzin w ciągu doby, ale lepszego wykorzystywania tych dwudziestu czterech, które codziennie dostaję od Stwórcy.

Nie życzę sobie lepszych statystyk na blogu, ale więcej samodyscypliny i systematycznej pracy.

Nie życzę sobie oklasków, zachwytów i komplementów. Życzę sobie być w miejscu, w którym nie będę ich potrzebować, żeby posuwać się naprzód.
Chcę być wierna bez oczekiwań.

Nie życzę sobie więcej powodów do radości. Chcę na nowo rozwijać umiejętność dostrzegania szczęścia w małych rzeczach i radości w drobiazgach codzienności.

Nie życzę sobie nowej pracy, ale pasji do wykonywania tej, którą dzisiaj stawia przede mną Bóg.
Nie życzę sobie wielkich rzeczy, ale wierności w małych.

Nie życzę sobie nowych widoków, ale odnowionego wzroku. Chcę w pełni docenić potencjał tych, które dzisiaj jest mi dane podziwiać.

Nie życzę sobie nowych okoliczności, ale nowej perspektywy.



Dotychczas marzyłam o zmianach obok mnie. Dzisiaj marzę o zmianach we mnie.
Wierzę, że to właśnie z tą myślą Bóg wprowadza mnie w nowy rok.
Rok zmian. Już teraz wiem, że niełatwych.

Bo czy wiecie jak trudno jest zacząć marzyć inaczej? O inne rzeczy prosić i innych rzeczy pragnąć?
Wiecie jak trudno jest przestać oskarżać drugiego człowieka i zrzucać winę za własne słowa na złe zachowanie własnego dziecka na przykład...?

Czy wiecie jak trudno jest wziąć odpowiedzialność na siebie, po miesiącach zrzucania jej na innych?
Jak trudno jest szukać w sobie winy, widzieć w sobie potrzeby zmian i wymagać ich w pierwszej kolejności od siebie?
To trudne, ale z Bogiem możliwe.

Jestem przekonana, że Ten, który zapoczątkował we mnie dobre dzieło, będzie je też doskonalił aż do dnia powrotu Chrystusa Jezusa. (Filipian 1;6)

Jestem przekonana, że zrobi to samo również dla Ciebie.



Dzień dobry?

Wczorajszy dzień nazwałam dobrym.
Nie dlatego, że samo dobro mnie wczoraj spotkało.
Nie dlatego, że Syn dobre oceny przyniósł ze szkoły.
Nie dlatego, że dobrą kawą zaczęłam dzień.
Nie, wcale nie dlatego.

Wczorajszy dzień nazwałam udanym, chociaż nie wszystko wczoraj mi się udało.

Wczorajszy dzień nazwałam owocnym pomimo, że na owoce wczorajszych decyzji przyjdzie mi jeszcze poczekać nie jeden dzień, miesiąc, a może i całe lata... Bo ciągle jeszcze są zielone, ciągle małe. Potrzebują jeszcze czasu, ogromu mojej cierpliwości i pracy żeby dojrzeć i cieszyć moje oczy.

Wczorajszy dzień nazwałam pięknym, bo taki był.
Choć nie według popularnych standardów piękna.

Wczorajszy dzień nazwałam szczęśliwym.
Chociaż miałam na co narzekać. Miałam powody do smutku i zmartwień, jak każda z was.

Może ktoś patrząc na mnie z boku, wczorajszego dnia wcale nie nazwałby ani dobrym, ani udanym, ani owocnym.
Na pewno nie pięknym.
I zdecydowanie nie jednym z tych szczęśliwych.

Bo to był taki dzień jakich w życiu wiele. Najwięcej.
Przeciętny.
Nieprzewidywalny i pełen wyzwań, ale nie zawsze tych, na które się czeka.
Zupełnie niedoskonały w porównaniu do doskonałych chwil uwiecznionych na niejednym instagramowym koncie.
Męczący.

Czy zapytana o scenariusz twojego dobrego dnia, nie wspomniałabyś czasem o gorącej kawie wypitej przed wyjściem z domu w ulubionej filiżance? Czy nie byłoby w nim miejsca na spotkanie z Bogiem tuż po przebudzeniu i na długą wieczorną kąpiel?
Czy nie opowiedziałabyś mi o domu pachnącym czystością, posłusznych dzieciach, zapachu ulubionego ciasta i świeżo upranej pościeli?

Może dobry dzień dla ciebie to dzień bez przeszkód, bez zmagań, pytań, zmartwień, bałaganu i pośpiechu. Może to taki dzień, w którym dzieci nie marudzą, w którym nic nie boli, a zmęczenie nie odbiera ci radości ulotnych chwil?
Czy pozwolisz mi zakłócić ten bajkowy obraz? Dasz sobie powiedzieć, że tak wcale nie wygląda dobry dzień?
Tak wygląda dzień idealny, a takie dni są prawie nierealne.
Nie po tej stronie nieba.

Mierzymy nasze dni nieodpowiednią miarą i dlatego tak często jesteśmy nimi rozczarowane.
Zbyt wysokie wymagania wobec życia nie pozwalają nam cieszyć się nim w pełni.

Czasami przekreślamy niektóre dni tylko dlatego, że stawiamy je w sztucznym świetle, które zniekształca rzeczywistość.
A prawdziwe Światło jest jedno. Bez Niego życie jest często nijakie i szare, bo przeżywane w cieniu zmartwień, żalów i nierealnych oczekiwań.
Wiesz jaka moc tkwi w przynoszeniu nawet  najciemniejszych dni w obecność prawdziwego Światła?
Światło przepędza mrok.
Światło świeci w ciemności i ciemność go nie ogarnęła. (Jan 1;5)

Czytamy, że to DZISIAJ jest dzień, który PAN uczynił. 
Świętujmy go z wielkim weselem! (Psalm 118;24)

Dzisiaj.
Dzisiaj jest ten dobry, piękny, szczęśliwy dzień, w którym możemy znaleźć radość i spełnienie.

Niestety mamy zwyczaj budowania dobrych dni na fundamencie dobrych emocji, dobrego zachowania naszych dzieci, dobrych opinii na nasz temat, dobrej oceny efektów naszej pracy... a to zdradliwy fundament, uzależniony od czynników nie zawsze zależnych od nas, zmiennych i nieprzewidywalnych.
To budowla budowana na piasku, która prędzej czy później skończy się wielkim rozczarowaniem.

Ale kiedy tylko przyłożymy Bożą miarę do naszej codzienności to z łatwością odkryjemy, że dobry, udany, owocny, piękny i szczęśliwy dzień nie jest zarezerwowany tylko dla wybranych.
Taki dzień może być i mój i twój.
Jest na wyciągnięcie ręki.
Wystarczy inne Światło. Wystarczy odpowiednia perspektywa. Wystarczy celebracja małych sukcesów i nawet najdrobniejszych zwycięstw.

Nie wszystko musi pójść po twojej myśli. Wystarczy, że twoje myśli skierujesz w odpowiednim kierunku.
W kierunku Dawcy DOBRYCH dni.

Mogłam nazwać ten trudny dzień dobrym, bo mój BÓG jest dobry.
.
Mogłam nazwać ten dzień u-danym, bo był mi dany z JEGO ręki.
.
Mogłam nazwać ten dzień pięknym, bo JEGO piękno widzę w oczach moich dzieci, nawet kiedy się złoszczą. Widzę je w zachodzie słońca i w tych wszystkich wzruszających wiadomościach od was.
.
Mogłam nazwać ten dzień owocnym, bo wiem, że OJCIEC pomnoży moje wysiłki i już dzisiaj, oczami wiary, mogę podziwiać obfity plon zasianych słów, gestów, myśli, nawyków...
.
Mogłam nazwać ten dzień szczęśliwym, bo bez względu na wszystko ON znowu był blisko. Bliżej niż mój oddech.
A moim szczęściem jest być blisko mojego TATY. (Psalm 73;28)