Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trudne Tematy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trudne Tematy. Pokaż wszystkie posty

Depresja śmieje się z żartów

Powoli otwieram oczy.
Kolejny dzień przywitał mnie mgłą. Mgłą gęstą jak mleko.
Za oknem pełnia lata i cudowne słońce. 
A mgła? A mgła istnieje tylko w mojej głowie.
I chociaż często mówię o tym, że stan naszego umysłu zależy w dużej mierze od nas, dzisiaj nie potrafię się jej pozbyć.
Nie wiem gdzie iść.
Nie wiem nawet jak wstać z łóżka.
Od miesięcy czuję się zupełnie zagubiona.

Ogarnia mnie dobrze znany strach przed najprostszymi czynnościami.
Nie chcę. Całą sobą nie chcę tego poranka ani najbliższych godzin. 
Wcale nie jestem ciekawa co przyniosą. 
Nie cieszę się słysząc tupot malutkich stópek.
'Mamooo!' co minutę, krzyki, głośne rozmowy przy stole, piasek w przedpokoju...zamiast cieszyć - wywołują agresję.
Dzisiejsza lista obowiązków wydaje się być szczytem nie do zdobycia, a przecież jest na niej tylko jeden punkt:
Przetrwać.

Nie potrafiłam wytłumaczyć sobie mojego smutku. Brzydziłam się sobą, swoim niezadowoleniem i płaczem po kątach. 
I dobrze wiedziałam, że miliony kobiet na świecie oddałoby wszystko za moje życie... i to właśnie dobijało mnie jeszcze bardziej. 
Niezrozumienie własnego stanu.
Przecież mam wszystko! No mam!
Czego ty chcesz kobieto?! 
Ze łzami w oczach zadawałam sobie to pytanie prawie codziennie.

Chciałam być sama, ale nie samotna.
Chciałam uciec ale wiedziałam, że nawet dwa tygodnie poza domem nic nie zmienią.
Wstydziłam się o tym mówić.
Wstydziłam się prosić o pomoc.
Wstydziłam się siebie i swojego niezrozumiałego smutku.

Tak, to o mnie.
O tej co pisze na temat radości, wdzięczności i małych cudów w zwykłej codzienności.
Słowo depresja tutaj nie pasuje.
Nie te klimaty.
Nijak ma się do tytułu bloga i do tych wszystkich tekstów o radości w Bogu.
Depresja to nie cud codzienności.
To koszmar codzienności, z którym wielu z nas przyszło się zmierzyć.

Czasami chciałam wrócić do tych pierwszych dni po porodzie. Chociaż rana zmuszała mnie do jedzenia na stojąco, a karmienie Synka bolało za każdym razem mocniej,  to wszyscy byli wtedy gotowi pomóc. Pytali jak się mam, czy daję sobie radę.
A teraz jest inaczej. To naturalne.
Teraz już przecież świetnie daję sobie radę, prawda? Przynajmniej powinnam.
Często słyszałam, jaka to ja jestem cierpliwa. Jaki dom mam czysty, z gustem urządzony i ciepły obiad na stole o piętnastej.
Ktoś wspomniał, że podziwia mnie za te wszystkie lata spędzone w domu z dziećmi. Że jeszcze nie zwariowałam...

Macierzyństwo może być najbardziej samotnym doświadczeniem w życiu kobiety.
Te lata inwestowania w przyszłe pokolenie i zupełnie niezauważanej, niedocenianej pracy mogą zacząć ciążyć za bardzo. 
Pomimo, że mama tak rzadko jest naprawdę sama, często czuje się po prostu samotna.

Prawie dwa lata temu poznałam Dziewczynę. Piękną, mądrą, uśmiechniętą. Spełnioną mamę dwójki malutkich dzieci.
Po jakimś czasie okazało się jednak, że ta piękna, mądra, uśmiechnięta i spełniona Dziewczyna walczy o każdy dzień. 
O każdy uśmiech. 
O każdy poranek bez płaczu i tej nieznośnej, gęstej mgły. 
O każdy gest miłości w stronę swoich dzieci. 
Walczy o życie, którego pragnie - pełne i obfite życie w Bogu.
Nie czuje się piękna.
Nie myśli o sobie: mądra.
Uśmiecha się szeroko robiąc wrażenie szczęśliwej. Ale uśmiech to nie radość.

Ta Boża Kobieta stacza codziennie wiele bitew, tak jak każda z nas. Ale ona czuje, że już przegrała. Że tak już będzie zawsze.
Zapomniała, że walczymy z pozycji zwycięzców, dzięki zwycięstwu Chrystusa.
Była przekonana, że tylko ona tak ma.
A potem spotkała mnie.
I zaczęłyśmy rozmawiać.
I zaczęłyśmy pisać do siebie i nad klawiaturą naszych laptopów płakać... w sumie chyba z radości, bo w końcu znalazł się ktoś, kto wysłuchał z pełnym zrozumieniem.
W końcu znalazł się ktoś, kto ma tak samo.

Spotykam takich kobiet na swojej drodze coraz więcej. Bóg stawia je na mojej drodze i z każdą nową znajomością pogłębia moje pragnienie służenia kobietom i mamom.
Takim jak ja i ty.



Chcę głośno mówić o tym, że...
Depresja śmieje się z żartów.
Zniechęcenie maluje rzęsy i wstaje nocami do chorego niemowlaka. Rano robi kanapki dla starszaka i wkłada do tornistra. Do przedniej kieszeni, żeby się nie pogniotły...
Żegna męża pocałunkiem.

Smutek odpisuje na sms-y i uśmiecha się do zdjęć. Mówi, że wszystko ok. Że ma przepis na przepyszny sernik... że wyśle na maila, kiedy wróci do domu.

Pustka wychowuje dzieci i gotuje w sobotę najlepszy rosół. 

Samotność punktualnie pojawia się w pracy.

A kiedy nikt nie patrzy płacze w poduszkę.
Zamyka się w łazience i leży na zimnych kafelkach gapiąc się w sufit. W zupełnej ciszy.
Objada się.
Godzinami gapi się w telewizor.
Wylewa łzy podczas joggingu.
Zasypia ze strachem o jutro.

Ale Bóg...
 I znowu pojawiają się moje dwa najukochańsze na świecie słowa.
ALE BÓG.
Po nich zmienia się wszystko.
WSZYSTKO!

Do tekstów takich jak ten, zabieram się całymi miesiącami. Wiem, że powinnam je napisać, ale paraliżuje mnie strach. Ludzi się boję.
Tego gadania i komentarzy za plecami. 
Zawiedziona sama sobą, nie chcę zawieść innych.

Pewnego dnia trafiłam na ten cytat:


Jest na świecie ktoś, kto mógłby utonąć we własnych łzach, 
gdyby nie zobaczył twoich.
                                                                                          Lysa TerKeurst 


I wtedy uświadomiłam sobie, że nawet depresja, zniechęcenie i smutek nie muszą być ciężarem dla kogoś, kto odda je w Boże ręce.
Tylko Bóg może zmienić mój bagaż,w potężne narzędzie w Jego rękach.
Narzędzie, które przyniesie innym dobro, uzdrowienie i nadzieję.


Nawet roześmianych może boleć serce.
- Przypowieści Salomona 14;13 -

Dlatego gorąco cię zachęcam, żebyś miała oczy szeroko otwarte. 
Te kobiece oczy, które potrafią zobaczyć dużo więcej niż niejeden mężczyzna, nawet ten najbliższy sercu kobiety.

Zachęcam cię do głębokich przyjaźni i szczerych rozmów o tym co trudne, co boli, co przerasta. 
O tym nie łatwo jest mówić. Bądź tą , która to ułatwi. Stwórz atmosferę akceptacji - nie osądu. 
Spróbuj zrozumieć - nie oceniać.
Zaoferuj fizyczną pomoc.

Niekoniecznie potrzebne są twoje rady... najbardziej potrzebna jest twoja pomoc i ucho, które nie tylko słyszy, ale słucha.

A jeśli to ty uśmiechasz się przez łzy to wiedz, że doskonale wiem co czujesz.
Trzymaj się prawdy. Nie jakiejś prawdy, tylko Bożej prawdy i tego co wiesz - nie tego, co czujesz. Emocje są niezwykle zwodnicze.
Dziękuj wiarą.
Szukaj dobra i Bożych błogosławieństw. One są! One  kryją się za tą mgłą, która teraz cię otacza... ale jeśli tylko wytężysz wzrok, to zobaczysz drobiazgi prosto z Nieba.

Nie słuchaj siebie i tych wszystkich bzdur na swój temat, które tłoczą się teraz w twojej głowie.
Słuchaj tego, co mówi o tobie Bóg.
Że jesteś cenna, droga i On cię miłuje.
Masz wielką wartość w Jego oczach.
Jesteś Jego własnością i nikt ani nic nie wyrwie Cię z Jego ręki i nie oddzieli od Jego miłości. (List do Rzymian 8; 37-39)

W swojej ciemności szukaj Światła!

Bóg naprawdę nie jest tobą zaskoczony ani odrobinę.
Ni ciut ciut...
Wiedział o tobie wszystko, zanim wydałaś pierwszy krzyk.

Proś o pomoc, chociaż to niezwykle trudne, wiem.
Walcz, miej nadzieję, nie rezygnuj ze swojego szczęścia!
Bo życie to walka - nie spodziewaj się, że będzie inaczej. 
Nasze największe rozczarowania budowane są na fundamencie naszych oczekiwań, często zupełnie nierealnych.
Zdarza się, że zaczynamy odżywać w momencie, w którym pozwolimy umrzeć wyobrażeniom o naszym idealnym życiu i zaakceptujemy rzeczywistość, powoli ucząc się za nią dziękować.

Rób to co właściwe, nie to, z czym czujesz się dobrze i pamiętaj, że nie jesteś sama. 
Wiem, że teraz niekoniecznie chcesz być z ludźmi, ale wiedz, jak bardzo teraz potrzebujesz kochających Boga ludzi w swoim życiu. Nie uciekaj.
Pozwól innym podtrzymać twoje opadające ramiona.

Módl się.
Zbliżaj do Boga.
Trzymaj się Go mocniej niż kiedykolwiek!
Nie ma innej drogi do pełnego zwycięstwa i wolności niż codzienna decyzja, żeby być blisko Boga.


...trzymał się Niewidzialnego tak,
jak gdyby Go widział.
                                             - Hebrajczyków 11;27 -

Nawet jeśli na nic innego nie masz siły.
Nawet jeśli nie robisz nic innego... trzymaj się Chrystusa.
Tak uparcie, jakby od tego zależało twoje życie.
Ja wiem, że moje zależy.


Kopiuj - Wklej

Wydawałoby się, że dzisiejszy post to dla mnie łatwizna.
Po prostu  Kopiuj - Wklej.

Jest jednak zupełnie inaczej.
Ten wpis to dla mnie trudny akt posłuszeństwa Bogu. Poruszenie tego ciemnego tematu nie jest dla mnie ani wygodne, ani miłe.
Ale jest potrzebne. Wiem na pewno, że jest.

Robię pierwszy krok wiary w stronę,  w którą jeszcze niedawno nie chciałam nawet patrzeć. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że depresja, zniechęcenie i niezrozumiały smutek nie są mi obce. To kawałek również mojego życia.
Ale o tym innym razem...


Przeczytacie dzisiaj świadectwo Bożej Kobiety odważnej na tyle, żeby podzielić się swoją historią.
Może jej doświadczenia to kopiuj - wklej twojej osobistej historii lub historii kogoś ci bliskiego... może.
Dlatego i ja i ona modlimy się gorąco o to, aby to świadectwo przyniosło chwałę Bogu, a niejednej z was pomogło zobaczyć światełko Jego miłości w tunelu rozpaczy, beznadziei i smutku.



Dopókiż, Panie, będziesz mnie stale zapominał?
Dopókiż zakrywać będziesz oblicze swoje przede mną?
Dopókiż mieć będę zmartwienie w duszy,
A strapienie w sercu – codziennie? (Ps 40, 1-3)

Jestem chrześcijanką i przeszłam depresję. To, co wiem teraz, jest czymś, czego nie powiedziałabym osobie, która się z tym zmaga. Bo ja sama nie uwierzyłabym w te słowa, gdy byłam w najciemniejszej pustce swojego życia. Moje odkrycia są bardzo bolesne, a jednocześnie wyzwalające. Identyfikują i obnażają najbardziej ukryte zakątki mojej człowieczej natury, która zaczęła siać spustoszenie. Piszę mojej, bo są to indywidualne, niepoparte żadną naukową wiedzą przemyślenia dotyczące konkretnego przypadku. Wierzę jednak, że mogą być prawdziwe w życiu innych osób, lecz aby to przyjąć, trzeba otworzyć się na cichy głos Ducha świętego, który obnaża grzech, a jednocześnie wskazuje na ratunek w doskonałej śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa.
Odkąd pamiętam, lubiłam użalać się nad sobą. Brzmi to paskudnie, ale jest prawdą. Jako nastolatka potrafiłam włączyć sobie smutną piosenkę tylko po to, by się na niej popłakać i kwestionować dobre rzeczy w moim życiu. Bo choć miałam dobre życie, zawsze znalazłam coś, czego mogłam się uchwycić i co dawało mi powód, by taplać się w moim smutku. I choć wydawało mi się, że jestem teraz najbardziej nieszczęśliwą osobą na ziemi, to moje ego było solidnie dopieszczone. Ja, ja, ja. Tylko ja i mój wielki ból. I choć wydawać by się mogło, że taka egzaltacja jest ostatnim miejscem na Boże działanie, było inaczej. To właśnie w jednych z takich momentów mój smutek zaczął dotyczyć rzeczy, które miały prawo doprowadzić mnie do łez i wzbudzić przerażenie dotyczące mojej sytuacji. Poznałam mój grzech. Nadużycia przestały być czymś, co jest normalne w nastoletnim życiu, a zaczęły być przekroczeniem Bożych praw i nieopisanym kontrastem do Bożej świętości. Do dziś pamiętam – a było to dziesięć lat temu – jak płakałam z powodu mojej grzeszności. Na początku myślałam, że to jakiś duchowy atak, który miał pogłębić mój żal. Ale właśnie wtedy poczułam siłę do tego, by otworzyć Pismo święte i odnaleźć tam słowa obietnicy, która dała mi pewność odkupienia. W tamtym okresie nazywałam siebie chrześcijanką dużo wcześniej, ale dopiero tamtego wieczoru Duch święty przekonał mnie o moich grzechach i beznadziei oraz wskazał na ofiarę Pana Jezusa. Wtedy stałam się dzieckiem Bożym, a mój smutek zamienił się w radość, którą chciałam podzielić się z całym światem.
Czy spodziewałam się, że ta ciemność wróci? Czy byłam gotowa, by znów znaleźć się w miejscu beznadziei i wszechogarniającego smutku? To wszystko pojawiło się tak subtelnie i wzrastało powoli, że tylko dzięki Bożej łasce mogłam ponownie znaleźć wyjście.
Odkąd pamiętam, zdarzały mi się dni, które z sympatią i przekorą nazywałam dniem buntownika. Były to dni, kiedy nie chciało mi się chcieć i pozwalałam sobie na to. Dogadzałam sobie, łamałam zasady, jadłam za dużo, godzinami oglądałam seriale. Oczywiście naturalnie modlitwa stała się bardzo płytka lub w ogóle jej nie było, a czytanie Pisma świętego poszło w odstawkę. Były to jednak jedynie epizody, bo ówczesny tryb życia nie pozwalał mi na trwanie w tym stanie, a powrót do czytania Słowa i relacji z Panem następował dość szybko. Nie pamiętam, jak dużą pokorą charakteryzowały się tamte powroty. Nie wiem, na ile rozumiałam niebezpieczeństwo pielęgnowania takiego stanu. Zrozumiałam to wiele lat później.
Pan Bóg w młodym wieku pobłogosławił mnie wspaniałym mężem i dwójką niesamowitych dzieci. To było coś wyjątkowego, ponieważ jeśli Pan wysłuchiwałby moich niedojrzałych młodzieńczych modlitw, byłabym w zupełnie innym miejscu. Jednak dzięki Bożej suwerenności i Jego ogromnej miłości przekraczającej moje poznanie, zostałam postawiona w miejscu, o którym nie marzyłam. Dodatkowo pojawiła się w naszym życiu możliwość służby przy zakładaniu kościoła i mając na względzie potrzeby tam występujące, a także pragnienie głoszenia ewangelii, wyjechaliśmy do innego miasta, w którym nie było chrześcijańskiej społeczności. Znalazłam się w nowym miejscu z małym dzieckiem, nie miałam żadnej rodziny w okolicy, i strategią przetrwania stało się szukanie znajomych, by poczuć się jak w domu. Udało się to stosunkowo szybko i moje małe miasto zostało moim miejscem na ziemi. Wiedziałam, że jest to misja długoterminowa, że chcemy zapuścić tu korzenie. Pojawiało się jednak coraz więcej trudności, które po początkowym entuzjazmie zaczęły być coraz trudniejsze.
Specyfika pracy mojego męża powodowała, że często na długi czas zostawałam z dwójką dzieci – drugie urodziłam już w naszym małomiasteczkowym szpitalu. Zawiązane z innymi kobietami relacje były cenne, ale nie zastępowały rodziny. Nie mogłam liczyć na regularną pomoc i wsparcie. Dotychczas żyłam wśród ludzi, spotkania przepełniały moją codzienność i rzadko odczuwałam samotność. Teraz rutyna wkradała się do codziennego życia, a obowiązki zaczęły przytłaczać. Porównywałam się do innych mam, które były otoczone krewnymi i czułam pogłębiającą się frustrację. W tym wszystkim mieliśmy poczucie, że jesteśmy tymi, którzy muszą tu coś zaoferować, więc byliśmy obciążeni odpowiedzialnością służby. Najtrudniejszym było oddzielenie od lokalnego kościoła, którego byliśmy członkami. Nie jeździliśmy na nabożeństwa regularnie, a grupa biblijna, która była w naszym domu, miała charakter ewangelizacyjny. Dodatkową trudnością był fakt, że nie wypracowałam w sobie w odpowiednim czasie dyscypliny spędzania czasu z Bożym Słowem, a dwójka dzieci w domu nie ułatwiała tej nauki. Przyzwyczajona do wspólnotowego życia duchowego i szukania wsparcia u innych wierzących, zaczęłam upadać na duchu. Mój mąż powtarzał, że wystarczy mi, gdy mam łaskę. Coś jednak w moim życiu powodowało, że te słowa nie przynosiły pocieszenia.
Wiem, że istnieją dwa rodzaje smutku. Ten ukazany w postaci Judasza, prowadzący do śmierci, oraz smutek Piotra, który prowadzi do upamiętania. W tamtym czasie było mi bliżej do pierwszej postaci.
Kiedy zostałam mamą, nie było mi łatwo. Ekstremalnie trudny poród, trudności z karmieniem, długie noce. Praktycznie od początku zaczęłam bronić się mechanizmem pod tytułem: należy mi się. Spędzałam więc godziny w łóżku, leżąc z niemowlakiem i śpiąc na zmianę z oglądaniem seriali. Tak zaczęłam kształtować w sobie wzór zachowania w trudnej sytuacji. Pan Bóg wciąż był obecny, jednak nie widziałam w Nim spełnienia moich potrzeb i szukałam tego gdzie indziej. Znalazłam sobie duchowe fastfoody, które na tu i teraz dawały ulgę, ale które pogłębiały jedynie duchową anemię. Gdy pojawiła się perspektywa przeprowadzki, czekałam na tę zmianę. W końcu coś miało się dziać, w końcu miałam być zmotywowana. Jednak mimo zmiany otoczenia i prób powrotu do właściwej relacji z Panem Jezusem, trudności pogłębiały się. Miałam już dwoje dzieci w wieku, który wymagał ode mnie kreatywności i zaangażowania. Znów przestało mi się chcieć. W każdym dniu, próbowałam znaleźć czas dla siebie, co prowadziło do tego, że w żadną czynność z dziećmi nie byłam zaangażowana na sto procent. Szukałam pocieszenia w jedzeniu, śnie, serialach, obsesyjnym sprawdzaniu powiadomień na smartfonie, by mieć poczucie, że nie jestem z tym sama, że świat się nie kończy na pieluchach i czterech ścianach. Nie mogłam zrozumieć mam, które celebrują każdą chwilę macierzyństwa. Miałam dość. Najgorsze chwile pojawiły się siedem miesięcy temu w wakacje. Straciłam resztki energii, byłam wciąż zdenerwowana i bardzo głośno wyrażałam swoje zdanie. Egzekwowałam posłuszeństwo, nie potrafiąc okazywać miłości. W tym wszystkim jestem niezwykle wdzięczna mojemu mężowi, który uzupełniał dzieciom wszelkie deficyty. On był głosem rozsądku, który mówił mi wszystko to, co ja rozumiem dopiero teraz.
Mimo szukania pomocy wśród osób wierzących, smutek się pogłębiał. Były dni lepsze i gorsze. Te, w których pełna uśmiechu organizowałam spotkanie dla kobiet oraz te dzień później, kiedy nie miałam siły wstać z łóżka. Gdy piszę o tym, przechodzi mnie dreszcz. To bez wątpienia był najtrudniejszy czas mojego dotychczasowego życia.
Gdy po kilku tygodniach lepszego samopoczucia złe myśli wróciły jak bumerang, postanowiłam szukać pomocy u specjalistów. Nie doczekałam jednak wizyty u psychiatry, ponieważ Pan Bóg zadziałał wcześniej. W pewnym momencie zamiast modlić się, by Pan zabrał ten przytłaczający swoją ciężkością i ciemnością smutek, zamiast powtarzać za psalmistą o moich udrękach, poprosiłam, by wskazał mi mój grzech. Zobaczyłam swoje lenistwo, użalanie się nad sobą, egoizm, pielęgnowanie własnego ja i taplanie się w swoim smutku. Zobaczyłam, że nie szukałam pomocy tam, gdzie trzeba. Że zrobiłam sobie bożków z ludzi i oczekiwałam, że ich obecność wypełni pustkę. Dostrzegłam, że ludzie stali się moimi pośrednikami w relacji z Bogiem. Chciałam, by to oni modlili się o mnie, by Bóg zadziałał przez nich, a nie bezpośrednio przez relację, którą dał mi dzięki odkupieniu mnie z win. To, co wtedy się działo, było dla mnie dowodem Bożej interwencji. Świadomość grzechu nie dała mi powodów do jeszcze głębszego użalania się nad sobą, lecz skierowała wzrok na Chrystusa. Poczułam się jak dziesięć lat wcześniej, kiedy On po raz pierwszy wyciągnął do mnie swoją rękę.
Dziś z radością mogę powtórzyć za psalmistą: Tęsknie oczekiwałem Pana: Skłonił się ku mnie i wysłuchał wołania mojego. Wyciągnął mnie z dołu zagłady, z błota grząskiego. Postawił na skale nogi moje, umocnił kroki moje (Ps 40).
Wiem, że depresja jest określana jako choroba. W pełni to rozumiem. Wiem, że powtarzane zachowania i pielęgnowane myśli mogą doprowadzić do głębokiego stanu permanentnego smutku, niemocy, beznadziei i strachu o kolejny dzień i wywołać fizyczne zmiany w organizmie. Nie chcę wchodzić w kompetencje tych, którzy w depresji widzą niezależnego intruza pojawiającego się znikąd i zmieniającego chemię w mózgu. Chcę jedynie, by osoby, który doświadczyły tego stanu bądź znają takie osoby, rozważyły stan serca. Czasami myślę, że depresja jest świadomością własnego stanu bez Boga. Może to być stan pierwotny, kiedy człowiek nie zna Boga i doświadcza beznadziei związanej ze swoją sytuacją. Niestety może się tez pojawić u osób, które poznały Chrystusa, lecz nie uznały Go za największą wartość. Grzech sieje spustoszenie i jest jak szarańcza, która ogołaca ziemię. Jezus jest jedynym i ostatecznym ratunkiem. Pan Bóg posłał swojego jedynego Syna, by On przez swoją śmierć i zmartwychwstanie, uwolnił nas od przekleństwa grzechu i powołał nas do życia w Nim dla Jego chwały.
Powtórzę za Johnem Piperem: „Pan Bóg jest najbardziej uwielbiony w nas, gdy my jesteśmy najbardziej nasyceni w nim”.

Ps Rozwinęła się grupa domowa, która jest dla nas ogromnym zbudowaniem. Mamy większy kontakt z kościołem lokalnym i doświadczamy dużego wsparcia. Oddaliśmy Panu ciężar służby i widzimy, jak On przejmuje kontrolę.
Pan Bóg czyni mnie uważniejszą w spełnianiu emocjonalnych potrzeb moich dzieci i pozwala mi cieszyć się dniami z nimi. Chcę jak najlepiej wykorzystywać ten cenny i szybko upływający czas.
Jestem bardzo wdzięczna mojemu mężowi za jego wytrwałość i cierpliwość w przypominaniu mi ewangelii. Nasza relacja jeszcze nigdy nie była tak silna, a wierzę, że to dopiero początek.
Dziękuję też za wszystkie modlitwy i wsparcie, jakiego doświadczyłam w tym trudnym czasie.
Pan Bóg uczy mnie dostrzegać destrukcyjne mechanizmy, które rządziły w moim życiu i pozwala je tłamsić w zarodku. Co więcej, gdy pojawiają się myśli, które przypominają te z najcięższego okresu, od razu proszę Boga, by wskazał, skąd się wzięły i z jakiego zaniedbania wynikają. A On jest wierny. On jest. A ja już nie czuję się samotna.

Ja bowiem ufam łasce twojej!
Niech się raduje serce moje zbawieniem twoim!
Będę śpiewał Panu, bo okazał mi dobroć (Ps 40, 6)




#czarnypiatek

To rzeczywiście czarny piątek.
Tak ciemny, jak cały otaczający nas świat.
Zdaje się, jakby ta ciemność pochłaniała nas bez reszty. Kawałek po kawałku zabierała odbicie Stwórcy w nas.. bo przecież na Jego podobieństwo zostaliśmy stworzeni..
Nie do wiary.

Tak zaangażowani w walkę o śmierć nie byliśmy jeszcze chyba nigdy.

Z drugiej strony wiem, że prawdziwy czarny piątek był jeden. Jakieś dwa tysiące lat temu, na wzgórzu Golgoty.
Tam Zbawiciel świata walczył o życie dla nas. O wolność.
A my w imię tej wolności chcemy zabijać..
Nie do wiary.

Jeszcze dwa dni temu portale społecznościowe wypełnione były zdjęciami, na których całe rodziny ubierały skarpetki nie do pary. Obserwowałam kobiety dumnie pokazujące linie namalowane na swoich dłoniach.
Dzisiaj z niedowierzaniem patrzę na manifesty, biało czarne zdjęcia i selfie tych samych kobiet ubranych na czarno.

Kochani.. tak nie można. Po prostu nie można iść w dwóch kierunkach jednocześnie. Nie można próbować zadowalać wszystkich i podpisywać się pod każdą akcją.
Nie można malować grubej krechy na dłoni, a dwa dni później ubierać czarnych spodni i sweterka..

Musisz zdecydować komu służysz, za kim idziesz, kogo słuchasz, w kogo się wpatrujesz.
Musisz być pewna tego Komu zaufałaś i w co wierzysz.
Bez chwiejnego kroku, bez kompromisów.
Bez żalu.

Naszym największym zmartwieniem nie powinno być to, czy Bóg jest po naszej stronie.
Naszym największym zmartwieniem powinno być to, czy my jesteśmy po stronie Boga, bo Bóg ma zawsze racje. 
Abraham Lincoln

Takie dni jak ten przypominają mi tylko o jednym:

Powstań, zajaśniej!
Izajasz 60;1


Na przekór tej ciemności, tej wszechobecnej, dumnej czerni panoszącej się w mediach społecznościowych, na ulicach, w urzędach, w centrach handlowych i szkołach, my musimy świecić.
Ten ciemny świat potrzebuje Bożego światła.

Ten, który jest w was, jest potężniejszy niż ten, który jest na świecie. I Jana 4;4

Nie chodzi o to, żeby wykłócać się i walczyć na argumenty.
Nie chodzi o to, żeby oskarżać się nawzajem, wyzywać i wytykać palcem.
Ludzie nie potrzebują naszych kazań, ale przykładu.
Namacalnych dowodów na realność Boga w naszym życiu.

Dlatego nie róbmy sobie z social mediów miejsca do głębokich wywodów, bezsensownych dyskusji, kłótni.. nie wszystko trzeba skomentować. Naprawdę.
Mówmy życiem.
Żyjmy tym, co mówimy.. nie tylko na temat aborcji.

Tak niech i wasze światło świeci wobec wszystkich.
Niech ludzie zobaczą wasze szlachetne CZYNY i wielbią waszego Ojca w niebie. Ew. Mateusza 5;16

Naszą odpowiedzią na czarne poniedziałki, środy i soboty tego świata, musi być jeszcze więcej miłości.
Jeszcze więcej wyciągniętych do pomocy dłoni.
Jeszcze więcej współczucia
Jeszcze więcej łagodności.
Jeszcze więcej uwielbienia.
Jeszcze więcej odwagi.
Jeszcze więcej wdzięczności.
Jeszcze więcej budujących słów.
Jeszcze więcej uśmiechu.
Jeszcze więcej pokory.

Naszą odpowiedzią na ten głośny krzyk na ulicach powinna być cichość we własnym domu.
Jeszcze więcej czasu za zamkniętymi drzwiami. Jeszcze więcej modlitwy. Jeszcze więcej wsłuchiwania się w Boży głos.
Bo nie jesteśmy przeznaczeni żeby świecić swoim światłem, ale żeby odbijać Jego.

Czasami zmienianie świata oznacza wyciszenie się na tyle, żeby Bóg zmieniał nas.
Lysa TerKeurst



Zejdź sobie z drogi

Wierzę, że najpiękniejsze prezenty pakowane są przez Boga w szary papier codzienności.
Bóg owija niezapomniane chwile w zwykłość, przewiązuje rutyną i dołącza bilecik z dedykacją pełną miłości.
Wierzę w to bardzo mocno.

Jednak kilka miesięcy temu, może rok.. przestałam te Boże dary odpakowywać.
Przestałam je chyba nawet zauważać.

Prawie żadna chwila mojego życia nie przypominała cudu.
Nazwa mojego bloga wydawała mi się być jakimś kiepskim żartem.
Nie widziałam daru w czymś, co było dla mnie trudne, co wymagało ciągłych poświęceń i sił, których nie mogłam w sobie znaleźć.

Byłam przekonana, że potrzebuję głaskania po głowie i poklepywania po ramieniu. 
Chciałam izolacji od trudności.
Modliłam się o zmianę sytuacji, w których się znalazłam.
Czekałam na zwycięstwa i z utęsknieniem wypatrywałam przełomów, które miały przynieść wewnętrzny pokój, którego tak bardzo mi wtedy brakowało.

W czasie, w którym marzyłam o obudzeniu się w innej rzeczywistości, Bóg uparcie budził mnie do tych samych dylematów, tych samych pytań, tych samych problemów i tych samych rozczarowań.

Oczekiwałam, że zmieni moją sytuację, ale Jemu bardziej zależało na tym, żeby zmienić mnie, dlatego zamiast poklepywania po plecach, wylał na moją głowę kubeł zimnej wody.
Chciałam szybkich rozwiązań, ale Bóg rozpoczął we mnie długotrwały proces zmian.

Otworzył moje oczy i wyraźnie pokazał mi, gdzie leży źródło moich problemów.
Pozwolił mi zobaczyć, dlaczego brakowało mi radości, dlaczego nie doświadczam Jego bliskości i zwycięskiego życia.

Problemem byłam ja.
Ja sama stałam sobie na drodze do pełni Bożej radości i pokoju.
Ja i tylko ja byłam przeszkodą.

Moje niszczące myśli.
Moje obwinianie.
Moje nastawienie.
Moje wymówki.
Moje lenistwo.
Moje szukanie dziury w całym.
Moje świadome narzekanie i użalanie się nad sobą.
Moje!

Zrozumiałam, że jeśli chcę wejść do ziemi obiecanej, muszę wydostać się z duchowej pustyni narzekania, zrzucania winy na innych i ciągłego wylewania żali.

Nie mogłam jednocześnie tkwić z uporem w miejscu bez życia i doświadczać piękna wypełnienia Bożych obietnic mówiących o życiu.
O życiu w obfitości. O życiu w całej pełni! (Ew. Jana 10;10)

Zakładam, że na coś czekasz.
Każdy z nas czeka, szczególnie na początku roku.
Cele są wtedy wyraźne, jasno określone, pragnienia nazwane.

Zakładam, że czekasz na jakieś zmiany i przełomy w konkretnych aspektach twojego życia.
Zdrowie, małżeństwo, relacje, praca..

Dlatego właśnie chciałam ten rok zacząć tym tekstem.
Wiem, że powinnam właśnie tym, bo całkiem możliwe, że oczekujesz zmiany sytuacji w jakiej jesteś, a nie zmiany siebie samej. Możliwe, że skupiasz się na zmianach wokół ciebie, a nie w tobie.
Albo chcesz zmienić siebie, ale obwiniasz coś lub kogoś o to, że ci się to nie udaje.

Nauczyłam się, że prawdziwe przełomy zaczynają się w momencie, w którym zostawiamy wymówki za sobą.
Kiedy nie skupiamy się na niegrzecznym dziecku obwiniając je za naszą złość, ale zaczynamy pracę nad sobą i opanowywaniem własnych emocji.
Kiedy nie skupiamy się na mamie, która zaniedbywała nas całe dzieciństwo, ale zaczynamy robić wszystko, żeby nasze dzieci czuły się kochane.
Kiedy nie skupiamy się na brakach innych ludzi, ale zaczynamy dostrzegać i pracować nad własnymi słabościami.
Kiedy nie czekamy na lepszy czas, więcej pieniędzy, spokojniejsze dni, męża, dziecko... ale zaczynamy działać tu i teraz.
Robić coś z tym, co już jest i przestajemy czekać na to, co chcielibyśmy żeby było.

Czy jesteś w stanie przestać patrzeć na innych i zacząć patrzeć na siebie?
Czy chcesz pozwolić Bogu pracować i zmieniać siebie, a nie twoje okoliczności?
To nie jest wygodne rozwiązanie, ale to rozwiązanie, na którym skorzystasz najwięcej.

Podejmij kroki z wiarą i modlitwą.
Zrób wszystko, co w twojej mocy,a resztę zostaw Bogu - wszystko to, na co nie masz wpływu.
Ludzi, których i tak nie jesteś w stanie zmienić, sytuacje, które po prostu muszą minąć w swoim czasie..

Wiesz, że twoje życie nigdy nie będzie perfekcyjne?
Ludzie, którzy cię otaczają nigdy w stu procentach nie spełnią wszystkich twoich oczekiwań. Sytuacje w których się znajdziesz, nie zawsze będą komfortowe.
Miejsca, w których postawi cię Bóg, nie zawsze dadzą ci poczucie bezpieczeństwa.
Dzieci będą płakać.
Szefowie będą wymagać.
Nieraz przyjdzie rozczarowanie.
Nie znikną kolejki, choroby, problemy finansowe, nieporozumienia, wypadki, pogrzeby.. to wszystko, to właśnie życie.
To wszystko jest i będzie jego częścią.

Każdy z nas doświadcza trudności, ale nie każdy z nas ugina się pod ich ciężarem.

Całkiem możliwe, że tysiące osób na świecie ma problemy podobne do twoich, zmierza się codziennie z podobnymi przeciwnościami, a jednak udaje im się osiągać to, co tobie wydaje się nieosiągalne.
Dlaczego?
Może zaczęli od siebie..?

Może ty też powinnaś?

Jeśli będziemy unikać prawdy o sobie, zaprzepaścimy szansę na zmianę.
Dlatego bądź szczera sama przed sobą i najpierw poszukaj przyczyny swoich problemów, swojego zniechęcenia, swojego braku radości, swojego gniewu... w sobie.

To nie zawsze są przyjemne poszukiwania. Spotkanie ze sobą nie zawsze należy do łatwych.
Przecież prościej jest zrzucić winę na kogoś innego.
Przecież wygodniej jest unikać odpowiedzialności za to, co się dzieje, niż stawić czoła swoim brakom.
O wiele łatwiej jest siedzieć z założonymi rękami i biadolić nad swoim losem, niż zakasać rękawy i zabrać się do pracy.
Nawet nie wiesz jak dobrze to znam.

Wszystko zależy od tego, czy chcesz wyzdrowieć, czy tylko poczuć się lepiej na chwilę.

Jeśli chcemy prawdziwego uzdrowienia, musimy przestać obwiniać naszą sytuację za brak radości.
Musimy przestać obwiniać pracę za brak pasji.
Musimy przestać obwiniać wszystkich wokoło za brak satysfakcji w życiu.
Musimy przestać obwiniać nieposłuszne dzieci za nasz niepohamowany gniew.
Musimy przestać obwiniać trudne dzieciństwo za to, jak wygląda nasze dorosłe życie.
Musimy w końcu przestać obwiniać!
Musimy przestać obwiniać zmęczenie i nadmiar obowiązków za sposób, w jaki traktujemy najbliższych.
Za słowa, które nie powinny paść.
Za brak motywacji, żeby cokolwiek zmienić.

Może są inne, bardziej pozytywne wersety, którymi można rozpocząć nowy rok, ale może ty potrzebujesz właśnie tego.
Zupełnie tak jak ja kilka miesięcy temu...

Bóg zapewnia samotnym ognisko domowe,
On przywraca więźniom pomyślność.
W suchej ziemi zostali tylko oporni.

                                                                              Psalm 68;7

Wierzę, że każdy dzień jest dobry, żeby przyjrzeć się sobie.
Nie ważne, czy czytasz ten tekst w styczniu czy może w środku lata.
Dzisiaj jest najlepszym czasem, żeby przyjrzeć się sobie i tylko sobie.

Swoim myślom, swoim oczekiwaniom, swoim decyzjom, swoim słabościom, swoim marzeniom.
Zastanowić się, na co masz wpływ, nad czym możesz zacząć pracować w sobie, co zmienić, żeby było tak, jak sobie wymarzyłaś i żeby znów zacząć budzić się z uśmiechem.
Dzisiaj możesz przemyśleć jakie sytuacje i jakich ludzi musisz po prostu zostawić w Bożych rękach.

Wiele może się zmienić. Naprawdę. 
Jednak całkiem możliwe, że zmiany przyjdą dopiero wtedy, kiedy ty się zmienisz.
Pomyśl o tym.

Przestań kręcić się w kółko po pustyni. To nie jest twoje miejsce!
Skieruj swoje kroki w stronę obiecanej przez Boga pełni.
Twoja osobista ziemia obiecana jest tuż za zakrętem... tylko zejdź sobie z drogi.




Ucieczka

Czasami każdy z nas ucieka.
Każdy. Bez wyjątku.
Możemy robić to nieświadomie, innym razem z premedytacją. Jedni robią to częściej, drudzy rzadziej.. ale wszyscy czasami uciekamy.

Kiedy życie nie toczy się po naszej myśli i nic nie jest do końca takie, jakie chcielibyśmy żeby było.
Kiedy emocje wymykają się spod kontroli i wszystko leci nam z rąk.
Kiedy mamy gorszy dzień, bo dzieci płaczą z przerwami na kłótnie, mąż ma mnóstwo pracy, a na dworze nic, tylko pada.
Kiedy dajemy z siebie absolutnie wszystko, a nie widzimy efektów wylanego potu, łez i ogromu włożonej pracy.
Albo kiedy czujemy się niedoceniani, mało ważni, gorsi, odrzuceni, zranieni i kiedy wewnętrzna pustka zdaje się rosnąć z każdym dniem coraz bardziej.. wtedy właśnie uciekamy.

Uciekamy do miejsc, osób, rzeczy, do przeszłości.. różnie to jest.
Uciekamy, żeby znaleźć wytchnienie, poczucie bezpieczeństwa i pokój. Chcemy zapomnieć, poczuć ulgę, odłożyć na bok cały ciężar i znaleźć siłę, żeby znowu wziąć go na swoje barki.
Uciekamy, żeby złapać wiatr w żagle, żeby zmotywować się na nowo do dalszej walki o marzenia, albo tylko do wstania z łóżka następnego dnia..
I tak bywa.

Niektórzy w szale tej ucieczki, wracają do swoich starych nawyków. Mimo postanowień, że to już ostatni raz, biegną w pierwszej kolejności w miejsca dobrze znane, choć wcale nie przyjazne.
Sprzedają smak zwycięstwa za smak.. papierosa na przykład. Nałóg bierze górę.
Albo znowu jedzą do oporu, chociaż potem wyrzuty sumienia zjadają ich od środka przez kolejne dni.
Seks, alkohol, zakupy, hazard..
Sprzedajemy wolność za chwilową ulgę i przyjemność, która w ostatecznym rozrachunku przynosi krzywdę, nie ulgę.
Przynosi zniewolenie, a nie prawdziwą wolność.

Niektórzy uciekają do wirtualnego świata - do blogów i zdjęć, na których dzieci zawsze są uśmiechnięte i zadowolone. Do posprzątanych domów nieznajomych ludzi i wyćwiczonych sylwetek doskonale zorganizowanych fit matek. Uciekają do świata, za którym wydaje im się, że tęsknią i do którego chcieliby należeć choć na małą chwilę.
Nietrudno jest kompletnie przepaść w milionach inspirujących zdjęć pięknych domów i kulinarnych dzieł sztuki. Nietrudno jest zatracić się w świecie, który tak naprawdę bardzo oderwany jest od rzeczywistości, bardzo nierealny wręcz.. wystylizowany.
Tylko na instagramie kuchnia, w której toczy się życie pięcioosobowej rodziny, zawsze jest czysta.
Tylko w social mediach w pokoju, w którym bawią się dzieci, misie siedzą grzecznie na półkach, a klocki leżą w pudełkach.
Tylko w wirtualnym świecie makijaż nigdy się nie rozmazuje, nikt nie ma podkrążonych oczu i odpryskującego lakieru na paznokciach..
Niby niewinna ucieczka, taka chwilowa odskocznia bez konsekwencji.. a potem wraca się do swoich brudnych garów, porozrzucanych zabawek i spierzchniętych ust. Do swojej nadwagi i pyskującego nastolatka.
Pozostają bezustanne porównania i poczucie jeszcze większego nieogarniania rzeczywistości, które do znudzenia odbijają się echem w naszych myślach.

Innym razem uciekamy do szukania winnych. Obwiniamy innych ludzi za swoje własne potknięcia, bo tak jest po prostu łatwiej - obarczyć kogoś winą i żyć dalej w przekonaniu o własnej nieomylności.

Czasami uciekamy do samotności i użalania się nad sobą. Pławimy się w poczuciu winy, organizujemy 'pity party' i przepadamy w otchłani rozpaczy nad własnymi niepowodzeniami. Nieraz domagamy się w ten sposób po prostu uwagi tych, na których naprawdę nam zależy. Sprawdzamy, czy aby na pewno im zależy na nas..
Ciągle, uparcie uzależniamy własne szczęście i poczucie wartości od zdania innych ludzi na nasz temat. Od tego, czy naprawdę nas kochają, czy naprawdę myślą o nas dobrze, czy aby na pewno podoba im się to, co robimy..
Zapominamy kim jesteśmy w naszym Bogu.

Sama często szukam w moim życiu oddechu i odskoczni.
Nie raz, nie dwa, staram się uciec chociaż na chwilę.
Wtedy często idę na kompromis. Słucham potrzeb swojego ciała, a nie duszy.
Przepadam w kolejnych książkach z milionem złotych rad i sposobów na szczęście, przeglądam internet, zaczynam przesadnie skupiać się na sobie i pokładać nadzieję w tym co tu i teraz.
Szukam siły w rzeczach, które nigdy tak naprawdę nie miały za zadanie mi jej dać. Próbuję poczuć się lżej łapiąc się rozwiązań, które nigdy nie mogłyby zastąpić mi Bożej bliskości.
Błąd. Wielki błąd.

Po takich nieudolnych ucieczkach zawsze wracam taka sama.
Bezradna. Słaba. Zła. Sfrustrowana. Rozczarowana.
Najczęściej jeszcze bardziej bezradna, jeszcze bardziej słaba, jeszcze bardziej zła, sfrustrowana. Jeszcze bardziej rozczarowania sobą i swoim życiem, które w niczym nie przypomina tego instagramowego.

Mogę z przekonaniem powiedzieć, że to nie działa.
Ani jedna z moich ucieczek nigdy mnie nie zaspokoiła, nigdy nie podźwignęła, nigdy nie była w stanie pocieszyć tak naprawdę, nigdy nie rozwiązała też żadnego problemu, ani nawet nie pomogła mi popatrzeć na niego z lepszej perspektywy.
Otarła na chwilę łzy, ale nie rozprawiła się z ich przyczyną. To tak jak wyciszanie objawów choroby, bez szukania prawdziwej przyczyny.
Na dłuższą metę, to po prostu nie zdaje egzaminu.

Dlatego nie chcę już chwilowej ulgi. Mam dosyć krótkofalowych rozwiązań.
Nie chcę uciekać w miejsca które nie dają odpoczynku. Nie chcę twierdz na glinianych nogach i nie interesują mnie miejsca, które zamiast chronić, narażają mnie na jeszcze gorszy atak.
Mam dosyć ucieczek, które nie pomagają mi wrócić do rzeczywistości silniejszą i gotową na wszystko z czym muszę się zmierzyć.

Pamiętaj, że ucieczka w nieodpowiednie ramiona, nigdy nie przyniesie ci ciepła.

Zmień kierunek swojej ucieczki.
Zamiast w pracy, zatrać się w Bożej miłości.
Otwórz Biblię zamiast butelki wina.
Szukaj Bożej twarzy, a nie nowej sukienki w ulubionej sieciówce.
Kiedy odwiesisz ją do szafy tak jak wszystkie pozostałe, może się okazać, że twoja pustka wcale nie ma jej kształtu.
Usiądziesz na brzegu łóżka i zorientujesz się, że znowu pomyliłaś poprawę humoru z prawdziwym zaspokojeniem.
Pomyliłaś pokój z chwilowym wyciszeniem myśli.
A to zaspokojenie i ten pokój może dać tylko Wszechmogący.
Ta pustka w twoim wnętrzu ma właśnie Jego kształt.

Nie płać pieniędzmi za coś, co nie jest chlebem.
Nie wydawaj ciężko zarobionej wypłaty na to, co nie syci.

Słuchaj Boga, a będziesz jeść to, co dobre, i twoja dusza nacieszy się tym, co pożywne.
Słuchaj Pana i przyjdź do Niego.
Wsłuchaj się w Jego głos, a twoja dusza ożyje.
(Ks. Izajasza 55;2-3)

Musimy uważać, żeby szukając inspiracji w social mediach, nie dokarmiać nimi własnego rozczarowania rzeczywistością. Nie podsycać swojego niezadowolenia z życia..
Musimy uważać, żeby w drodze do wolności, nie dać się zniewolić.
Musimy być ostrożne próbując rozwiązać swoje problemy w nieodpowiedni sposób. Tak łatwo jest skomplikować je jeszcze bardziej..

Czy naprawdę muszę pisać, że zmiany nie przychodzą od wpatrywania się w ekran komputera?
Przecież doskonale wiesz, że na ogrom nieprzepracowanych emocji w twoim wnętrzu nie pomoże kolejny pączek ani papieros. Nie pomogą nowe ciuchy i nawet najlepszy serial.
Czas skończyć z zaspokojeniem swoich najgłębszych potrzeb w tak płytki sposób. Czas skończyć flirt z substytutami prawdziwej miłości, bezpieczeństwa i szczęścia.
Znajdziemy je tylko w Bogu!

Czasami trudno nam uwierzyć w słowa Tego, który zna nas na wskroś, który nas pokochał i zna nawet najbardziej ukrytą potrzebę naszego serca.
Prostota Bożego zaproszenia nie potrafi zmieścić się w naszych schematach dotyczących prawdziwego wytchnienia.
Czy na pewno prościej jest zamienić chwilowe zaspokojenie na Bożą pełnię?

Jezus zaprasza:

Pójdźcie do mnie wszyscy zapracowani i przeciążeni, 
a Ja wam zapewnię wytchnienie.
                                                                                                        Ew. Mateusza 11;28

Musisz zastanowić się na czym tak naprawdę ci zależy.
Chcesz leczyć prawdziwy problem czy wyciszać objawy?
Zależy ci na tym, żeby na chwilę poczuć się lepiej czy tęsknisz za pełnym uzdrowieniem?
Czy naprawdę chcesz ciągle wracać w te same miejsca? Do tych samych, starych przyzwyczajeń, do tych samych marnych schematów, które nigdy nie działają na dłuższą metę?

Nic ani nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na wołanie twojej duszy w taki sposób jak Ten, który Cię stworzył.
Utkał z tak wielką troską i precyzją w łonie twojej mamy..

Wszystko jedno, czy za tobą po prostu gorszy dzień, czy borykasz się z depresją od miesięcy.
Uciekaj do Taty.
On czeka.




Ja bym nigdy..

Czasami warto po prostu siedzieć cicho.
Nie mówić nic. Milczeć, dla własnego dobra, spokoju sumienia i w imię miłości, którą powinniśmy się wyróżniać.
Bo po tej miłości mają nas przecież rozpoznać.
Nie po tym, że pierwsi przybiegamy, żeby rzucać kamieniami. Bo kto jest bez winy? No kto?!
Ja na pewno nie.

Czasami warto nie wymądrzać się, nie pouczać, nie bić Biblią po głowie. Po prostu przyjąć, że i my możemy się mylić. Że może rzeczywiście sytuacja u niej czy u niego jest inna niż nasza i że tak naprawdę postąpił najlepiej jak mógł postąpić człowiek w takiej sytuacji. W takich okolicznościach.
Nieraz nie wiemy nawet, jakie ktoś miał opcje i z czego musiał wybierać, żeby ostatecznie zdecydować co zrobić.
Nieraz nie mamy pojęcia przez co przechodzą ci, których wytykamy palcem.

Warto spróbować zrozumieć. Spróbować ze wszystkich sił postawić się w sytuacji człowieka, którego właśnie w głowie osądzamy. Pochodzić chwilę w cudzych butach.
Czasami te buty za zewnątrz ładnie tylko wyglądają, a tak naprawdę strasznie są niewygodne. Uciskają, gniotą, uprzykrzają życie.. sami nie potrafilibyśmy chodzić w nich zbyt długo.
Bo często niestety, tak zupełnie w stosunku do siebie bezkrytyczni, widzimy źdźbło w czyimś oku, w swoim nie zauważając belki.

Czasami zdarza się nam za plecami innych szeptać te wszystkie ciche:
 Jak ona mogła?! 
Słyszałeś, co on zrobił?
... powiedział? 
... jak się zachował?

A na końcu wszystkim dobrze znane:
Ja bym nigdy...

Zdarzyło ci się? Patrzeć na kogoś i zarzekać się, że w podobnej sytuacji nigdy byś tego czy tamtego nie zrobiła, nie powiedziała..
Mi zdarzyło się nie raz.
Nadal czasami to robię.
Jednak dzisiaj wiem więcej niż kilkanaście lat temu.

Kiedy orientuję się, że jakaś osądzająca myśl pojawiła się w mojej głowie, sama siebie po cichu upominam. Staram się odgonić ją od siebie najdalej, jak się da.
Mało tego.. boję się myśleć w ten sposób!
Prawie zawsze, kiedy oceniam innych bez miłości i przez pryzmat swoich krótkich, życiowych doświadczeń, robię dokładnie to, czego nigdy miałam nie robić. I to w sytuacjach, w których nigdy nie miałam się znaleźć.

Niestety często jest tak, że jaką synową jesteś, taką synową dostaniesz.
Jak traktujesz rodziców, tak twoje dzieci będą traktować ciebie.
Co wytykasz u innych, to przyjdzie na ciebie.
Jak oceniasz innych, tak będą oceniać ciebie.
Itd, itp..

Przestańcie osądzać, a nie zostaniecie osądzeni.
Przestańcie potępiać, w wówczas nie zostaniecie potępieni.
Przebaczajcie, a dostąpicie przebaczenia (...)
Jaką miarą mierzycie, taką i wam odmierzą.
                                                                                                              Ew. Łukasza 6;37-38

W życiu wszystko wraca.
Zbierasz to, co sam siejesz. (List do Galacjan 6;7)
Prędzej, czy później.

Dlatego zadbaj o to, co siejesz. Siej dobro. Siej zrozumienie, współczucie, troskę, miłość.
Dlatego właśnie nigdy nie mów nigdy.
Nigdy!

Wszyscy starsi ludzie których znam, są raczej powściągliwi w wydawaniu sądów i bardzo ostrożni w ocenianiu innych ludzi.
Potrafią częściej niż ja powiedzieć pożyjemy - zobaczymy i poczekać na rezultaty, a nie od razu przewidywać możliwe scenariusze, a niejedno już w życiu widzieli. Dużo więcej przeżyli. Oni mają podstawy i wiedzę o życiu, której mi brakuje.
Potrafią znaleźć wytłumaczenie i poszukać prawdopodobnych powodów takiego, a nie innego wyboru drugiego człowieka.
Potrafią postawić się w czyjejś sytuacji. Współczuć, a nie pogrążać. Pomóc, a nie utrudniać.
Potrafią rozróżnić błąd od błądzącego. Rozdzielić i o tego błądzącego się zatroszczyć.
Albo przyjąć, że ten ktoś może wcale nie błądzi i to oni się mylą tak naprawdę.. a to już wyższy poziom wtajemniczenia. Sama przyznaj.
Może właśnie dlatego, że niejedno już w życiu widzieli i dużo więcej przeżyli, nie mówią zbyt często ja bym nigdy..
Może też się boją tego stwierdzenia, tak jak ja.
Może tyle razy to nigdy na nich przyszło, że wiedzą, jak bardzo jest zdradliwe Że nie warto tak mocno sobie ufać.

Życie nauczyło ich tego, czego my wszystko-wiedzący-młodzi będziemy musieli w bólach uczyć się kolejne kilkadziesiąt lat.
Życie nauczyło ich jednej z najpiękniejszych i najbardziej pożądanych cnót- pokory.

Wiemy tylko tyle, ile sami przeżyliśmy. Tylko wtedy jesteśmy w stanie innych zrozumieć.
To, czego sami doświadczyliśmy, buduje nasze życie i pojęcie o świecie.
W przeciwnym razie, możemy jedynie gdybać i próbować sobie wyobrażać.
Bo pamiętaj, że obraz który widzisz, nie zawsze jest pełny. Twoja perspektywa, to nie zawsze ta właściwa.
Więcej pokory.
Wszyscy potrzebujemy więcej pokory.

I ja wiem, że najłatwiej wychowuje się cudze dzieci.
Najprostsze do rozwiązania są czyjeś problemy.
Decyzje i zachowania nie nasze, a innych ludzi są najbardziej absurdalne, niedopuszczalne, niedorzeczne i głupie.
Najłatwiej ocenia się drugiego człowieka, nie mając nawet pojęcia z czym się boryka, przez co przechodzi.
Wiem, że pewnie wiesz więcej niż On. Niż Ona.
Więcej niż ja.

Sama nieraz dużo lepiej poradziłabym sobie w tej czy innej sytuacji.
Kiedyś myślała, że na pewno nie zareaguję jak tamta mama w sklepie, moje dzieci nigdy nie usłyszą z moich ust takich słów..
A potem sama zostałam mamą.
Teraz dopiero mogę powiedzieć, że coś tam wiem..że rozumiem. Chociaż to i tak ciągle nie daje mi prawa do oceniania.

Dwa tygodnie temu poszłam z Mili do centrum handlowego. Mała zakupy niespecjalnie lubi, dlatego wyposażyłam się w chrupki kukurydziane, wodę i.. telefon. Musicie wiedzieć, że zawsze byłam strasznie uczulona na dzieci przy tabletach, laptopach i z telefonami w ręce.
A teraz.. teraz telefon Kochani, ratuje mi życie nie raz.
Po pół godzinie zwiedzania centrum handlowego, dałam jej telefon do rączki i puściłam jakieś krótkie filmiki. Sama zaczęłam szukać swetra na spokojnie.
Co myśleli inni rodzice - nie wiem. Możliwe, że to samo co ja kilka lat temu, kiedy ktoś przechodził obok mnie z dzieckiem wpatrzonym w komórkę.
Kilka mam patrzyło na mnie dziwnie. Być może pomyślały:  ja bym nigdy..

Kiedyś wiedziałam wszystko - co, kto, dlaczego, czy mógł, czy nie, czy powinien i że można było inaczej.
Wszystko najlepiej.
Przyszedł jednak taki moment, w którym musiałam przyznać - najpierw sama przed sobą, potem przed Bogiem - że nie jestem tak wyjątkowa jak mi się wydawało. Że nie jestem nadczłowiekiem, który nigdy nie popełni błędu i w każdej sytuacji zachowa się tak, jak powinien.
Stanęłam przed prawdą o sobie samej na nowo.
Już jako matka, żona, dorosła córka swojej mamy. Jako kobieta, która wie o życiu nieco więcej niż beztroska nastolatka, którą byłam kilkanaście lat temu.

Musiałam ze łzami przyznać, że na moich ustach pojawiają się słowa, których miałam nigdy nie wypowiedzieć.
W mojej głowie pojawiają się myśli, za które zawsze potępiałam innych.
Popełniam błędy, których miałam nigdy nie popełnić i które byłam zdolna osądzić z taką łatwością..

Dlatego kiedy te oceniające myśli znowu nas dopadną, spróbujmy odgonić je daleko.
Kiedy przyjdzie nam ochota na naiwne  ja bym nigdy..
Kiedy zachce nam się wybielić samych siebie kosztem innych.
Kiedy zaczniemy doszukiwać się w innych braków, które w nas samych jeszcze po prostu nie miały okazji wyjść na jaw.
Spróbujmy zasiać próbę zrozumienia, czasami współczucie, innym razem wsparcie, pomimo czyjegoś błędu czy potknięcia.
Dla własnego dobra, spokoju sumienia i w imię miłości, którą powinniśmy się wyróżniać.


Jutro

Jutro odwiedzę Babcię.
Jutro utulę Milenkę do snu bez pośpiechu.
Jutro powiem Mu, że mi przykro. Że żałuję każdego wypowiedzianego słowa.
Jutro wypijemy kawę na spokojnie.
Jutro porozmawiamy, Syneczku.
Jutro.. obiecuję.
Jutro.


Tacy jesteśmy oświeceni, tacy oczytani, inteligentni i do przodu ze wszystkim. Taką mamy wiedzę o świecie, pojęcie o wszystkim i zdanie na każdy temat.. a nie potrafimy tego, do czego niepotrzebne są żadne szkoły. Ani stosy przeczytanych książek.
Ani nadzwyczajna inteligencja.
Potrzebna jest  jedynie  pokora.
Dużo pokory.

Myślę, że nie potrafimy doceniać życia.
Samego faktu, że jest. Po prostu.
Że wstajesz na zdrowe nogi, myjesz zęby i myjesz twarz ciepłą wodą. Że śniadanie, obiad i kolacja. Że śpiew ptaków i kwitnące drzewa. Dzieci, rodzice i jeszcze ciągle dziadek z babcią.
Czasami trudno przychodzi nam cieszyć się z tego, że to życie jest właśnie takie, a nie inne. Szczególnie, kiedy nie jest dokładnie takie, jakie sobie wymarzyliśmy.

Zachowujemy się, jakby liczyło się tylko to, co ma być.
Nie każdy potrafi być tu i teraz.
Jesteśmy jutro.


Czasami, kiedy słucham ludzi - kiedy słucham samej siebie najczęściej - to nie potrafię się nadziwić, jak bardzo jesteśmy pewni siebie.
I wcale nie chodzi o to, że nie możemy planować, marzyć i pewnych rzeczy odkładać w czasie.. chodzi o to, że zazwyczaj najważniejsze odkładamy na później.
Zawsze na później. Bo przecież zdążymy. Bo jeszcze mamy czas. Bo młodzi jesteśmy, zdrowi.
Tak jakby ktoś był w stanie dać nam gwarancję, że to, co najcenniejsze, będziemy mieli jeszcze szansę przeżyć.
To czego żałujemy - naprawić.
To za czym tęsknimy - spełnić.

Mam wrażenie, że bardziej niż wiedzy o świecie potrzebujemy świadomości, że kiedyś nas zabraknie.
Takiej prawdziwej i pełnej świadomości.
Bo żyjemy z niezwykłą pewnością jutra.
Żyjemy z pychą, którą trudno nawet wytłumaczyć, bo przecież wiemy, że jutro nie jest nasze.. a jednak nie przyjmujemy do świadomości że nieszczęścia, o których słyszymy w wiadomościach, równie dobrze mogłyby stać się naszą rzeczywistością.
Nie Marii P.
Nie Artura W. .. tylko moją i twoją.


Bo gdybyśmy nie byli tak odważni nikt z nas, nie przegapiłby wiosną kwitnącej magnolii w ogrodzie.
Znaleźlibyśmy chwilę, żeby przystanąć i się zachwycić. Chociaż przez okno popatrzeć.
Nikt z nas nie kłóciłby się z bratem, ciocią czy kuzynem przy każdej okazji. Nie mielibyśmy odwagi nie odzywać się do siebie latami. Częściej wyciągalibyśmy rękę na zgodę. Mniej obchodziłoby nas, kto zaczął, kto pierwszy powiedział to czy tamto.. szybciej potrafilibyśmy zapomnieć.
Bez pychy życia, nie chodzilibyśmy z kąta w kąt zadąsani o byle co. Nie robilibyśmy problemów z niczego. Nie krzyczelibyśmy na dziecko, za błoto przyniesione do domu.
Mniej przejmowalibyśmy się rzeczami, bardziej ludźmi.
Bez tej niemądrej pewności jutra, czas by się znalazł na obiecaną kawę z koleżanką i wolny wieczór dla męża.
Wolne serce dla Boga.
Życie biegłoby wolniej, rozważniej, w bliskości, na którą teraz tak często szkoda nam chwil.
Byłoby nam za to szkoda życia na bylejakość.
Na te wszystkie nieciekawe książki, filmy z oczywistym zakończeniem, toksyczne znajomości i herbatę malinową bez malin w składzie.


Niestety jestem odważna.
Mam odwagę nie żyć tym, co mam do przeżycia dzisiaj.
Nie rozglądam się dookoła, nie patrzę głęboko w oczy wystarczająco często, widzę problemy tam, gdzie ich nie ma.
Czuję pewność jutrzejszej kawy o siódmej rano, chociaż wcale mieć tej pewności nie mogę.
I że Malutką znowu przytulę przed snem, a ona powie mi do ucha, że wcale nie kocha mnie trochę, a najbardziej na świecie..

Tak się gniewamy, jakbyśmy mieli jeszcze całe życie na to, żeby powiedzieć przepraszam.
Tak pracujemy, jakbyśmy mieli całą starość na odpoczynek.
Tak wychowujemy dzieci, jakbyśmy mieli jeszcze wiele lat na nauczenie ich tego, co naprawdę ważne
To nic innego, jak pycha życia. (1 List Jana 2;16)


Często słyszę, że jestem jeszcze młoda i całe życie przede mną.
Mówią, że przyjdą spokojniejsze dni, ten lepszy czas.
Czas, żeby pożyć naprawdę.. i wtedy nie wiem co powiedzieć.
Nie mam nawet trzydziestki, a jednak czasami przychodzą do mnie myśli, o których głośno się nie mówi.
Ja o nich nie mówię.
Bo przecież dzieci mam jeszcze malutkie. Potrzebują mamy, opieki, czytania na dobranoc..
Tyle jeszcze muszę im powiedzieć, tyle im pokazać.
Marzenia mam, cele i plany.
Gości w niedzielę i apartament nad morzem opłacony na czerwiec.
Tyle jeszcze chciałabym zobaczyć i przeżyć. Tyle jeszcze zdążyć, zanim mnie zabraknie.

Nie chcę myśleć o śmierci. Nie chcę mówić o śmierci. Nie chcę o niej słuchać.
Dwudziesto-kilku-latki nie myślą o śmierci. Nie mówią o śmierci i absolutnie nie chcą o niej słuchać.


Ale te myśli przychodzą, kiedy sąsiadka umiera na raka, zostawiając trójkę malutkich dzieci i zrozpaczonego męża.
Przychodzą, kiedy słyszę o wypadku, w którym ginie pięcioosobowa rodzina.
Czasami przychodzi otrzeźwienie i tak bardzo się cieszę, że przychodzi..

Bo człowiek to by chciał wtedy odejść, kiedy najbliżej jest Boga.
Kiedy ze wszystkimi jest pogodzony, sprawy ma pozałatwiane, dzieci wychowane i wnuki doskonale dają sobie radę.
Kiedy to i kiedy tamto.. każdy ma jakieś swoje na ten temat myśli.
Wtedy inaczej się odchodzi. Wtedy już można.

Ale to nie w naszych rękach leży.
Nie my decydujemy kiedy - czy jutro, czy za miesiąc, czy za lat trzydzieści.
Czy we śnie, na spokojnie, czy w ogromnym bólu.. czy zimą, czy latem, czy może wczesną jesienią?

Niejeden wiele by zrobił, żeby tę datę znać.
Wtedy człowiek by wiedział, kiedy się wreszcie zatrzymać. Pod koniec priorytety by poprzestawiał, wybaczył, spełnił marzenia, a pewne rzeczy odpuścił, nie tracąc cennych dni.
Z większą pokorą do każdego dnia by podchodził.
Z celebracją.


Dzień po dniu jakoś leci, a mi też tej pokory tak bardzo brakuje.
Pewności, że ze wszystkim jeszcze zdążę, mam w sobie za dużo.
Chciałabym tej odwagi do myślenia w ten sposób mieć mniej..

Więc może jednak zamiast jutro, to dzisiaj Babcię odwiedzę.
Dzisiaj utulę Mili do snu bez pośpiechu.
Porozmawiam z Synem.. dzisiaj.



Muszę przyznać, że ani z urodzin, ani ze ślubów, ani z uroczyście obchodzonych rocznic zakochanych w sobie małżeństw nie wychodzę tak odmieniona, jak z pogrzebów.

I nigdy bym nie pomyślała, że śmierć tak mnie będzie motywować do życia..