(Nie) warto się modlić

Nie lubię zawracać ludziom głowy.
Niechętnie zostawiam u kogoś swoje dzieci, bo przecież każdy ma swoje życie i swoje sprawy.
Nie mówię o swoich problemach każdemu, kogo napotkam.
Nie proszę o przysługę, jeśli naprawdę nie muszę tego robić.

Nigdy nie lubiłam też  zajmować sobą  Boga.
Mówiłam Mu zazwyczaj o tym co ważne, a drobnostki zostawiałam dla siebie.
Bo skoro Bóg wie wszystko, to po co mówić Mu o każdym szczególe mojego życia?
Skoro zna każdą moją potrzebę, to po co prosić i pytać o jakieś drobiazgi?


Kiedyś myślałam, że o pewne rzeczy po prostu nie warto się modlić.
Że nie wypada. Byłam przekonana, że nie powinnam mówić o nich Wszechmocnemu, prosić o nie..
Bo kto to widział, żeby jakimiś bzdurami Panu Bogu głowę zawracać?! Zajmować Mu czas, podczas gdy tyle znaczących dla życia ludzkiego spraw trzeba rozstrzygnąć. Na tyle prawdziwie ważnych modlitw odpowiedzieć.
Wysłuchać chorych, głodnych, pokrzywdzonych, prześladowanych..

Przecież ludzie walczą codziennie o życie. Wołają o pomoc na łożu śmierci, błagają o uzdrowienie z raka i siłę na kolejną chemię.
Bojują w modlitwie o bezpieczny, niedzielny poranek w kościele. Bez strachu, że ktoś bombę podłoży albo wszystkich wystrzela.
Innym brakuje jedzenia, nie mają gdzie głowy położyć nocą, a swoje malutkie dzieci chronią od deszczu pod dziurawym płaszczem. Na dworcu przesiadują w mrozy.

Ból, śmierć, głód, ważne egzaminy, decydujące spotkania, sprawy sądowe, powodzie, huragany, choroby, wojna, przemoc, prześladowanie, alkoholizm, bezpłodność, rak, zagrożona ciąża, zbuntowany nastolatek..
To są sprawy ważne. Sprawy, o które warto się modlić.
To rzeczy wielkiej wagi, nad którymi Bóg z pewnością się pochyli, bo chodzi o ludzkie życie, czyjąś przyszłość i zdrowie.
I nikt nie uśmiechnie się pod nosem, słysząc takie wołanie.
Każdy ze zrozumieniem głośno powie Amen! na taką modlitwę i dołączy się do prośby.

Potężny Bóg w swojej wielkości nie będzie przecież trzymał dla mnie wolnego miejsca parkingowego pod urzędem tylko dlatego, że ja tak bardzo boję się tam parkować. Bo ciasno, bo przy ulicy i zawsze mnóstwo aut. Wyjechać potem tak trudno.. a ważne sprawy muszę pozałatwiać z Mili po pachą.
A modlitwa o wyrośnięty biszkopt? To już lekka przesada.. nie sądzisz?
Tak! O ciasto też przyszło mi do głowy się modlić. Bo to nie byle jaki biszkopt, tylko do tortu na męża urodziny, a na urodziny musi być duży, puszysty..
Czy to nie głupie?
Czy w ogóle warto.. czy warto się modlić?

Jakiś czas temu  zaryzykowałam.
Zaczęłam modlić się dosłownie o wszystko.
Nauczyłam się prosić nie tylko o te ważne rzeczy, ale o te mniej ważne też.
Nauczyłam się pytać, kiedy nie wiedziałam co robić.
Nauczyłam się modlić krótko i zwięźle wierząc, że wszystko jest istotne dla mojego Ojca.
Każde westchnienie.
Każde najmniejsze, najbardziej nieskładne zdanie skierowane w stronę nieba, ma głęboki sens.

Modlę się o to, z czym mam problem, z czym jest mi źle i czego się boję.
Modlę się o rzeczy, z którymi nie mogę sobie poradzić i na które nie mam wpływu.
Takie codzienne, zwykłe sprawy.
Najzwyklejsze.
Przestałam analizować i zastanawiać się, czy mogę i czy powinnam.

Dużej wiary wymaga od nas modlitwa o rzeczy wielkie. O sprawy po ludzku niemożliwe.
Czasami jednak łatwiej jest nam wierzyć w to, że Bóg wysłucha właśnie takich modlitw, aniżeli tych cichych westchnień o błahostki. O te nieważne, w ogóle nieistotne problemiki i dylematy naszego życia.

Ale dla Boga nie ma mało znaczących spraw.
Dla Niego wszystko, co dotyczy naszego życia, jest ważne.
To, co dotyka naszego serca, dotyka też serca Stwórcy.

W drodze na wakacje modlę się, żeby dzieci wreszcie przestały kłócić się o wszystko.
Sadzę pomidory i modlę się, żeby zbiór był w tym roku obfity.
Posyłam Synka do szkoły i modlę się, żeby doszedł bezpiecznie te 200 metrów.
Podaję Mu kurtkę kiedy idzie pojeździć na rowerze, a ja modlę się, żeby nie rozbił sobie głowy.
Modlę się o odwagę i odpowiednie słowa w rozmowie z koleżanką.
Modlę się o przespaną spokojnie noc.
O pogodę na weekend w górach.
Modlę się i wierzę, że On słyszy.

I dzisiaj wiem, że Pan Bóg słyszał tak samo wyraźnie modlitwę sparaliżowanej dziewczyny na wózku o uzdrowienie i moją- o różowe kokardki i sukienki z falbanką.
O to, żebym mogła urodzić córkę, pleść jej warkocze i kupować lalki.
O naszej Milence, o latach modlitwy o Nią, może będzie kiedyś osobny post.. ale dzisiaj widzisz na własne oczy, że Bóg słyszał moją modlitwę.
Na tyle Go obchodziła, że mamy córeczkę.
A przecież płeć to tylko mało istotny szczegół. Ważne, żeby dziecko zdrowe było, żeby w ogóle było.. a jednak oprócz dwóch wspaniałych Synów, mam i Córkę.

Ta dziewczyna na wózku dzisiaj chodzi, a fizycznie szans nie miała żadnych.
Cud w jej życiu.. i cud w moim.
Dwie modlitwy, ale jeden Bóg.

Niecały rok temu postanowiłam odstawić małą od piersi.
Było mi trudno, bo mała przez ponad rok piła praktycznie tylko z piersi. Nie jadła nic innego. Nikt nie był jej w stanie namówić do jedzenia.
Piła w nocy po dwa, trzy razy mając kilkanaście miesięcy. Każda próba ominięcia choćby jednego karmienia  kończyła się wielkim płaczem. A ja się dawałam.. bo skoro w dzień nic nie je, to w nocy nadrabia- myślałam.
Nie wyobrażałam sobie końca karmienia.
I chociaż czułam się z tym dziwnie, zaczęłam się o to modlić.
Właściwie poprosiłam o pomoc może ze dwa razy.
Ale Pan Bóg słyszał.
Pierwszej nocy, której chciałam zacząć ograniczać ilość karmień, mała po prostu nie obudziła się wcale.
Przespała całą noc, co nigdy wcześniej się nie zdarzało!
W dzień nie upomniała się o karmienie ani razu.
Nie szarpała mnie za bluzkę, nie płakała, nie jęczała kładąc się na moich kolanach.
Zachowywała się, jakby nigdy nie piła z piersi.
Ja wiem, że to Bóg.
Jestem pewna, że to On.

I żeby nie było.. Bóg jest suwerenny. On wie co i komu, kiedy i gdzie. On wie to najlepiej.
Ty i ja tylko myślimy, że wiemy, a Pan Bóg wie naprawdę.
Nie traktuję Boga jak kogoś, kto spełnia każdą moją zachciankę, ale.. warto się modlić.
Trzeba się modlić i mówić Mu o wszystkim!
On chce nas słuchać i ma radość w dawaniu nam tego, co najlepsze.
W dawaniu nam nawet tych najmniejszych rzeczy też.
Znajduje przyjemność w dbaniu o szczegóły - sprawne załatwienie sprawy w urzędzie, bezproblemową podróż na drugi koniec Polski z trójką dzieci, udane ciasto urodzinowe męża i słońce na czas rodzinnej wycieczki!
Pan Bóg wie, że to szczegóły składają się na twój dobry dzień.
Albo udany wypoczynek.
Albo niesamowity miesiąc.
Na piękne życie.

I chociaż czasami tego miejsca do parkowania dla mnie zabraknie, to tak sobie myślę, że może akurat komuś innemu bardziej było potrzebne.
Może Tobie, bo nie zawahałaś się poprosić..?

Nigdy nie miej wątpliwości, że twoja modlitwa ma znaczenie.
Warto się modlić.
O wszystko.




Jutro

Jutro odwiedzę Babcię.
Jutro utulę Milenkę do snu bez pośpiechu.
Jutro powiem Mu, że mi przykro. Że żałuję każdego wypowiedzianego słowa.
Jutro wypijemy kawę na spokojnie.
Jutro porozmawiamy, Syneczku.
Jutro.. obiecuję.
Jutro.


Tacy jesteśmy oświeceni, tacy oczytani, inteligentni i do przodu ze wszystkim. Taką mamy wiedzę o świecie, pojęcie o wszystkim i zdanie na każdy temat.. a nie potrafimy tego, do czego niepotrzebne są żadne szkoły. Ani stosy przeczytanych książek.
Ani nadzwyczajna inteligencja.
Potrzebna jest  jedynie  pokora.
Dużo pokory.

Myślę, że nie potrafimy doceniać życia.
Samego faktu, że jest. Po prostu.
Że wstajesz na zdrowe nogi, myjesz zęby i myjesz twarz ciepłą wodą. Że śniadanie, obiad i kolacja. Że śpiew ptaków i kwitnące drzewa. Dzieci, rodzice i jeszcze ciągle dziadek z babcią.
Czasami trudno przychodzi nam cieszyć się z tego, że to życie jest właśnie takie, a nie inne. Szczególnie, kiedy nie jest dokładnie takie, jakie sobie wymarzyliśmy.

Zachowujemy się, jakby liczyło się tylko to, co ma być.
Nie każdy potrafi być tu i teraz.
Jesteśmy jutro.


Czasami, kiedy słucham ludzi - kiedy słucham samej siebie najczęściej - to nie potrafię się nadziwić, jak bardzo jesteśmy pewni siebie.
I wcale nie chodzi o to, że nie możemy planować, marzyć i pewnych rzeczy odkładać w czasie.. chodzi o to, że zazwyczaj najważniejsze odkładamy na później.
Zawsze na później. Bo przecież zdążymy. Bo jeszcze mamy czas. Bo młodzi jesteśmy, zdrowi.
Tak jakby ktoś był w stanie dać nam gwarancję, że to, co najcenniejsze, będziemy mieli jeszcze szansę przeżyć.
To czego żałujemy - naprawić.
To za czym tęsknimy - spełnić.

Mam wrażenie, że bardziej niż wiedzy o świecie potrzebujemy świadomości, że kiedyś nas zabraknie.
Takiej prawdziwej i pełnej świadomości.
Bo żyjemy z niezwykłą pewnością jutra.
Żyjemy z pychą, którą trudno nawet wytłumaczyć, bo przecież wiemy, że jutro nie jest nasze.. a jednak nie przyjmujemy do świadomości że nieszczęścia, o których słyszymy w wiadomościach, równie dobrze mogłyby stać się naszą rzeczywistością.
Nie Marii P.
Nie Artura W. .. tylko moją i twoją.


Bo gdybyśmy nie byli tak odważni nikt z nas, nie przegapiłby wiosną kwitnącej magnolii w ogrodzie.
Znaleźlibyśmy chwilę, żeby przystanąć i się zachwycić. Chociaż przez okno popatrzeć.
Nikt z nas nie kłóciłby się z bratem, ciocią czy kuzynem przy każdej okazji. Nie mielibyśmy odwagi nie odzywać się do siebie latami. Częściej wyciągalibyśmy rękę na zgodę. Mniej obchodziłoby nas, kto zaczął, kto pierwszy powiedział to czy tamto.. szybciej potrafilibyśmy zapomnieć.
Bez pychy życia, nie chodzilibyśmy z kąta w kąt zadąsani o byle co. Nie robilibyśmy problemów z niczego. Nie krzyczelibyśmy na dziecko, za błoto przyniesione do domu.
Mniej przejmowalibyśmy się rzeczami, bardziej ludźmi.
Bez tej niemądrej pewności jutra, czas by się znalazł na obiecaną kawę z koleżanką i wolny wieczór dla męża.
Wolne serce dla Boga.
Życie biegłoby wolniej, rozważniej, w bliskości, na którą teraz tak często szkoda nam chwil.
Byłoby nam za to szkoda życia na bylejakość.
Na te wszystkie nieciekawe książki, filmy z oczywistym zakończeniem, toksyczne znajomości i herbatę malinową bez malin w składzie.


Niestety jestem odważna.
Mam odwagę nie żyć tym, co mam do przeżycia dzisiaj.
Nie rozglądam się dookoła, nie patrzę głęboko w oczy wystarczająco często, widzę problemy tam, gdzie ich nie ma.
Czuję pewność jutrzejszej kawy o siódmej rano, chociaż wcale mieć tej pewności nie mogę.
I że Malutką znowu przytulę przed snem, a ona powie mi do ucha, że wcale nie kocha mnie trochę, a najbardziej na świecie..

Tak się gniewamy, jakbyśmy mieli jeszcze całe życie na to, żeby powiedzieć przepraszam.
Tak pracujemy, jakbyśmy mieli całą starość na odpoczynek.
Tak wychowujemy dzieci, jakbyśmy mieli jeszcze wiele lat na nauczenie ich tego, co naprawdę ważne
To nic innego, jak pycha życia. (1 List Jana 2;16)


Często słyszę, że jestem jeszcze młoda i całe życie przede mną.
Mówią, że przyjdą spokojniejsze dni, ten lepszy czas.
Czas, żeby pożyć naprawdę.. i wtedy nie wiem co powiedzieć.
Nie mam nawet trzydziestki, a jednak czasami przychodzą do mnie myśli, o których głośno się nie mówi.
Ja o nich nie mówię.
Bo przecież dzieci mam jeszcze malutkie. Potrzebują mamy, opieki, czytania na dobranoc..
Tyle jeszcze muszę im powiedzieć, tyle im pokazać.
Marzenia mam, cele i plany.
Gości w niedzielę i apartament nad morzem opłacony na czerwiec.
Tyle jeszcze chciałabym zobaczyć i przeżyć. Tyle jeszcze zdążyć, zanim mnie zabraknie.

Nie chcę myśleć o śmierci. Nie chcę mówić o śmierci. Nie chcę o niej słuchać.
Dwudziesto-kilku-latki nie myślą o śmierci. Nie mówią o śmierci i absolutnie nie chcą o niej słuchać.


Ale te myśli przychodzą, kiedy sąsiadka umiera na raka, zostawiając trójkę malutkich dzieci i zrozpaczonego męża.
Przychodzą, kiedy słyszę o wypadku, w którym ginie pięcioosobowa rodzina.
Czasami przychodzi otrzeźwienie i tak bardzo się cieszę, że przychodzi..

Bo człowiek to by chciał wtedy odejść, kiedy najbliżej jest Boga.
Kiedy ze wszystkimi jest pogodzony, sprawy ma pozałatwiane, dzieci wychowane i wnuki doskonale dają sobie radę.
Kiedy to i kiedy tamto.. każdy ma jakieś swoje na ten temat myśli.
Wtedy inaczej się odchodzi. Wtedy już można.

Ale to nie w naszych rękach leży.
Nie my decydujemy kiedy - czy jutro, czy za miesiąc, czy za lat trzydzieści.
Czy we śnie, na spokojnie, czy w ogromnym bólu.. czy zimą, czy latem, czy może wczesną jesienią?

Niejeden wiele by zrobił, żeby tę datę znać.
Wtedy człowiek by wiedział, kiedy się wreszcie zatrzymać. Pod koniec priorytety by poprzestawiał, wybaczył, spełnił marzenia, a pewne rzeczy odpuścił, nie tracąc cennych dni.
Z większą pokorą do każdego dnia by podchodził.
Z celebracją.


Dzień po dniu jakoś leci, a mi też tej pokory tak bardzo brakuje.
Pewności, że ze wszystkim jeszcze zdążę, mam w sobie za dużo.
Chciałabym tej odwagi do myślenia w ten sposób mieć mniej..

Więc może jednak zamiast jutro, to dzisiaj Babcię odwiedzę.
Dzisiaj utulę Mili do snu bez pośpiechu.
Porozmawiam z Synem.. dzisiaj.



Muszę przyznać, że ani z urodzin, ani ze ślubów, ani z uroczyście obchodzonych rocznic zakochanych w sobie małżeństw nie wychodzę tak odmieniona, jak z pogrzebów.

I nigdy bym nie pomyślała, że śmierć tak mnie będzie motywować do życia..


Niczego mi nie braknie

Pan jest moim Pasterzem,
Niczego mi nie braknie..

Czytałam to już setki razy.
Uczyłam się na pamięć i recytowałam bez zająknięcia, kiedy poprosiła mnie o to Babcia.
I wzdychałam ciężko, kiedy po raz kolejny ktoś czytał Psalm 23 za kazalnicą..
Znane.
Oklepane.
Piękne, ale.. tak się osłuchało, że trudno jest przeżyć go z tym pierwszym zachwytem.


Dopiero niedawno zaczęłam zastanawiać się, czy aby na pewno niczego mi nie brakuje.
Czy mogę z taką pewnością powiedzieć, że wszystko już mam..?

Jeśli ciągle czegoś mi brakuje..
Jeśli jednak za czymś gonię, ciągle za czymś tęsknię.
Jeśli coś zaprząta wszystkie moje myśli, zajmuje moje ręce, zabiera siły i spokojny sen.
Jeśli ciągle mi mało i tak bardzo chcę mieć jeszcze tylko tą jedną rzecz więcej, do pełnego szczęścia.. to czy na pewno Pan jest moim Pasterzem?

Bo jeśli to Pan jest moim Pasterzem, to niczego mi nie braknie.
Z Nim jest pełnia.
Z Nim nie ma braków ani pustki, którą muszę czymś zastąpić.
Z Nim mam wszystko, czego potrzebuję, bo On ma wszystko to, czego potrzebuję.
.. i da mi to wtedy, kiedy będę tego potrzebować.

Niczego mi nie braknie..

A jednak czasami nietrudno jest rozkochać się w czymś innym, niż Bóg.
Może nawet kimś innym próbować wypełnić siebie i zaspokoić swoje potrzeby.

Potrafimy sobie wmówić, że Bóg nie da nam tego, co może dać nam ten mężczyzna.
Myślimy, że Bóg nie jest w stanie dać nam takiej satysfakcji, jaką da nam wymarzona praca.
Jesteśmy przekonani, że tylko nowy dom, dziecko, przeprowadzka, rozmiar 36... sprawi, że w końcu będzie dobrze.
Traktujemy Boga jako dodatek do szczęścia, droga do szczęścia, a nie po prostu szczęście.

Prędzej czy później człowiek przekonuje się, że nic poza Bogiem nie może zaspokoić na dłużej.
Nie jest w stanie zaspokoić tak na prawdę.
Po jakimś czasie znowu czegoś nam brakuje.. zaczynamy szukać, dążyć do czegoś i tęsknić.

Niczego mi nie braknie..

Nie jest niczym złym szukać, dążyć i tęsknić.
Ten werset nie mówi o tym, że Pan jest moim Pasterzem, więc niczego już nigdy nie będę chcieć.
Ale.. jeśli Pan jest moim Pasterzem, to nawet jeśli nie mam tego, o czym tak bardzo marzę, nadal jestem szczęśliwa.
Nie tupię nogami w zniecierpliwieniu.
Nie żyję w zawieszeniu wypatrując spełnienia marzeń.
Nie obrażam się na Pana Boga.

Nadal potrafię dziękować i cieszyć się Nim.
Nadal jestem spełniona i pełna pokoju, którego sama nie potrafię zrozumieć.

Nadal ufam Temu, który prowadzi mnie przez dolinę cienia śmierci (w.4).
Którego dobroć i łaska nie odstępują mnie na krok (w. 6).

On sprawia, że mój kielich się przelewa (w. 5) wypełniony niekoniecznie tym, co ja chcę, ale tym, co On chce.
A mój Ojciec zawsze chce dla mnie najlepiej.

Niczego mi nie braknie..

To zdanie chodzi za mną codziennie.

Słyszę je, kiedy wstaję wcześnie rano i zastanawiam się, od czego zacząć, żeby ze wszystkim zdążyć na czas. I kiedy okazuje się, że nie zdążyłam, że nie dałam rady.. też je słyszę.

Słyszę je, kiedy tracę cierpliwość i podnoszę głos. Kiedy czuję, że już dłużej nie zniosę tych krzyków, bitwy, kłótni, płaczu..

Słyszę je, kiedy nie mam siły na kolejną chorobę. Kolejne inhalacje, kolejne nieprzespane noce, kolejne ataki kaszlu, kolejne problemy z oddychaniem po porannym spacerze.

Słyszę je, kiedy modlę się o coś miesiąc, pół roku, rok.. i nie dostaje odpowiedzi. Tkwię w martwym punkcie i czekam.

Słyszę je, kiedy nie wiem co robić i brakuje mi mądrości.

Słyszę je, kiedy się boję.

Słyszę je, kiedy czuję się mało ważna, samotna i niechciana. 

Słyszę je, kiedy to co robię, nie przynosi efektów.

Niczego mi nie braknie..

..bo Bóg jest odpowiedzią na każdą moją potrzebę.

Jestem słaba, a On daje mi siłę.
Jestem zmęczona, a On daje mi ukojenie.
Jestem zdezorientowana, a On daje mi mądrość.
Jestem odrzucona, a On daje mi akceptację.
Jestem przygnębiona, a On daje mi zachęcenie.
Jestem rozczarowana, a On daje mi spełnienie.
Jestem smutna, a On daje mi radość.
Jestem zmartwiona, a On daje mi pokój.
...

Wszechmogący, ciągle obecny, kochający, zawsze dobry Pan jest moim Pasterzem, dlatego..

Niczego mi nie braknie.


Ubrany w człowieczeństwo

Czasami myślę, że Bóg mógłby zapisać karty Ewangelii bez tych wszystkich szczegółów.
Mógłby przed nami ukryć te wszystkie najtrudniejsze chwile.
Całe to cierpienie, duchową walkę i zmaganie Jezusa.

Moglibyśmy czytać tylko o Jezusie, który otwiera oczy niewidomym i karmi głodnych.
Moglibyśmy widzieć Jego obraz nauczającego w synagodze i te kazania do tłumów, na porośniętych trawą polach.
Moglibyśmy myśleć, że w ogrodzie Getsemane modlił się tak samo, jak zawsze. Że uczniowie zasnęli, ale On nie bardzo się tym przejął. No.. może było Mu troszkę przykro.

Moglibyśmy czytać o suchych faktach, bez emocji.
Bez cienia człowieczeństwa.
Bez krwawego potu.
Bez strachu, drżenia, niepokoju, łez i desperackiego wołania o oddalenie czekającego kielicha cierpienia.

Czytam Ewangelię Marka. Czternasty rozdział, trzydziesty drugi wiersz, a tam Jezus.
Jezus - Bóg.
Ale tam, w ogrodzie, ubrany w człowieczeństwo tak bardzo wyraźnie.. jak nigdy przedtem.
Nigdy nie był tak bardzo podobny do nas, jak wtedy, w Getsemane.
Stworzyciel nigdy nie był bliżej swojego stworzenia, niż wtedy, gdy sam cierpiał.


Jak dobrze, że Bóg jednak zdecydował odpowiedzieć nam o tych chwilach ze szczegółami.
Bez udawania, że to wszystko było łatwe. Bo mimo, że był Bogiem, czuł podobnie jak my.
Dzięki temu, kiedy nas samych otacza ciemność i mgła, możemy przypominać sobie Jezusa w czasie swojej największej walki.

Kiedy przyjdzie ci do głowy, że nikt cię nie rozumie, przeczytaj uważnie czternasty rozdział Ewangelii Marka i przypomnij sobie, że..

Ogarnął Go smutek i niepokój. (w. 33)

Powiedział: jest mi smutno na duszy.. śmiertelnie smutno. (w. 34)

Padał na ziemię i modlił się, aby - jeśli to możliwe - ominęła Go ta godzina. (w. 35)

Jezus się bał. A właściwie.. był przerażony.
Był smutny.
Zmagał się z bólem.
Pragnął ulgi.

Jeśli kiedyś znowu pomyślisz, że nikt o tobie nie pamięta, odwiedź ogród Getsemane.

Kiedy kolejny raz będziesz zastanawiał się, czy Bóg widzi cały ten ból i zło na świecie, wsłuchaj się w Jego głos, wołający do Ojca w ciemnościach.
Z krwawym potem spływającym Mu po skroniach.

Patrzenie na Boga w ten sposób, może pomóc nam widzieć nasze własne cierpienie inaczej.

Kiedy będzie trudno, zatrzymaj się na chwilę i pomyśl.
Być może właśnie w tym momencie, jesteś bliżej Boga niż kiedykolwiek przedtem.
Tak jak On, w czasie swojego cierpienia, był najbliżej człowieka.

Pan Jezus wygrał.
Wygrał ze śmiercią i szatanem - zmartwychwstał!
Właśnie dlatego, nasze zwycięstwo jest pewne.


Patrz uważnie.
Bardzo prawdopodobne, że ręka, 
która chce wyprowadzić cię z mgły, 
jest przebita.
                                                                                                                                                        Max Lucado



Razem

Po co to robimy?

Po co te wszystkie przygotowania, pieczenie ciast, ubieranie pościeli, setki kilometrów przemierzanych z marudzącymi dziećmi w samochodzie?
Po co kupujemy serwetki w groszki, polerujemy sztućce i robimy ulubioną sałatkę siostry?
Po co czyste schody na ganku, umyta łazienka i pachnące ręczniki?
Po co ten cały wysiłek?

Dlaczego odliczamy dni do wyjazdu na drugi koniec Polski, do domu, który nazywamy rodzinnym?
Dlaczego nie możemy doczekać się wspólnie spędzonego czasu, śmiechu, zwierzeń, spacerów..
Dlaczego uśmiechamy się na samą myśl o tym wszystkim?
Skąd bierze się ta cała ekscytacja?

Jestem pewna, że wiesz skąd.
Wiesz po co to wszystko.

Robimy to, bo chcemy być z tymi, których kochamy.
Kochamy spędzać z nimi czas.
Kochamy być blisko nich i przeżywać życie razem.

Wspólne wakacje.
Święta.
Wieczory przy kominku pod jednym kocem.

Razem pijemy urodzinową kawę i kroimy tort.
Dzwonimy, żeby zapytać jak minął dzień.
Wpadamy niespodziewanie z kawałkiem drożdżowego ciasta w zimowe poniedziałki.

Cały rok czekamy na to, żeby móc wypić z mamą kubek gorącej kawy, kiedy cały dom jeszcze śpi.
Dokładnie tak, jak kilkanaście lat temu, kiedy jeszcze mieszkałyśmy w domu.
Ten moment, kiedy Dziadek widzi wnuka po raz pierwszy od długiego czasu.
Te uśmiechy, uściski i łzy wzruszenia.
Zaglądanie przez firankę, czy już są.. czy przyjechali.
Wyczekiwanie.. a wszystko po to, żeby być razem.
Wszystko z miłości.


Bóg też kocha być z tymi, których.. kocha.
Chce relacji z człowiekiem. Relacji najbliższej z możliwych.

Chce tych spokojnych rozmów przy kuchennym stole.
Chce być częścią wielkich uroczystości i zwykłych poniedziałków.
Chce słyszeć, jak minął nam dzień.
Chce wspólnie spędzonego czasu, śmiechu, zwierzeń, spacerów..

On chce tego dzisiaj i pragnął tego od samego początku.
Zrobił wszystko, żeby  razem  znowu było możliwe.

Nie mógł znieść dzielącej nas przepaści grzechu, więc zapłacił za nasze błędy.
Naprawił to, co sami zniszczyliśmy i wyciągnął do nas swoje przebite ręce.

Miłość do człowieka, zaprowadziła Go na Golgotę.
Zapłaciła najwyższą cenę.
Pokonała śmierć, żebyśmy my mogli żyć.. i ciągle jest tak samo wielka.
Dzisiaj tak samo mocno chce być razem z nami.

Czy można pozostać wobec niej obojętnym?
Odwrócić się plecami, zostawić ją gdzieś w tyle i żyć własnym życiem.. osobno?


Wyrzekł się siebie, przyjął rolę sługi i był jak inni ludzie.
A gdy już stał się człowiekiem, uniżył się tak dalece, 
że był posłuszny nawet w obliczu śmierci, 
i to śmierci na krzyżu.
                                                                                                                       List do Filipian 2;7-8



Chata

Właśnie wróciłam z kina.

Długo czekałam na taki film.

Nie wiem, co dla was oznacza dobry film.
Dla mnie, dobry film to taki, po którym zastanawiam się nad swoim życiem.
Film, który konfrontuje.
Przypomina o czymś ważnym.
Popycha do zmian.. myślenia, zachowania, podejścia do codzienności i relacji.


Chata, to na prawdę dobry film.
Zakładasz kurtkę, ocierasz ostatnie łzy, wychodzisz z kina i wiesz, że było warto.

Było warto wydać te 16 złotych na bilet.
Było warto w pośpiechu pakować zapasowe ubranka i organizować opiekę dla trójki dzieci.
Było warto zrezygnować z patrzenia sobie głęboko w oczy przy kolacji tylko we dwoje, żeby móc przeżyć tą piękną i trudną historię.

To film dla ludzi, którzy kiedykolwiek pytali Boga  dlaczego?
Którzy ze łzami w oczach i zaciśniętymi w złości pięściami krzyczeli  gdzie był Bóg?!
Którzy wątpili, że w ogóle jest..

To film dla tych, którym kiedykolwiek zdarzyło się podważyć fakt, że Bóg jest dobry.
Zawsze dobry.
Dla wszystkich, którzy przeżyli stratę, ból, cierpienie i rozczarowanie.

Ten film jest dla każdego.
Bo czy istnieje człowiek, który nigdy nie zadawał Bogu trudnych pytań?
Nie wątpił ani na chwilę w Jego miłość?

Zaryzykuję stwierdzenie, że ten film popchnie wielu ludzi w Boże ramiona, a niejednemu pomoże pogodzić się z Nim i na nowo zaufać.

Chata  wyciska łzy.
Porusza serce.
Otwiera oczy.

Ułatwia zobaczenie nawet najtrudniejszych doświadczeń w zupełnie innym świetle.
W świetle Bożej nieograniczonej niczym łaski, miłości i dobroci.

I wiem, wiem.. w kilku momentach film nie jest do końca biblijny.
Teologowie ostrzegają przed jego zwodzicielską mocą. Proszę Was..
Kochani, tu nie o to chodzi!
Mam nadzieję, że kto jak kto, ale Wy to rozumiecie i wyniesiecie to, co najcenniejsze z tego niezwykle wartościowego filmu.

Polecam z całego serca.


Dwa

Jutro, nasza malutka Dziewczynka skończy dwa latka.
Dwa!
Ta Córeczka, o którą modliliśmy się tyle lat, dzisiaj biega, śmieje się, karmi swoje lalki z butelki i bez przerwy śpiewa. Nie jakieś tam wlazł kotek na płotek. Nie aaa, kotki dwa.. ale całe piosenki. Takie trudne i dorosłe. Takie, co mają dwie zwrotki i refren do tego.
Ciągle jest jakaś taka nierealna w tych swoich maleńkich kucykach.
Ale jest i koloruje nasze życie na różowo.

Jutro nie będzie hucznej imprezy.
Nie zaprosiliśmy wszystkich kochanych Babć, Dziadków, Wujków i Cioć, nie zamówiliśmy tortu.
To wszystko dopiero za tydzień.. i powiem szczerze, że bardzo się z tego cieszę.

Bo jutrzejszy dzień to czas, w którym chcę się Nią szczególnie nacieszyć.
Szczególnie się o Nią modlić.
Szczególnie z Nią być.
Świętować Jej życie.. w szczególny sposób.


Ale dzisiaj jest piątek.
Jeszcze dzisiaj postaram się zapamiętać kolor jej włosków i oczu.
Za rok mogą być już zupełnie inne.

Jeszcze dzisiaj dokładniej przyjrzę się jej malutkiej buzi.
Za rok, jej twarz wydawać się będzie odrobinę bardziej dorosła.

Jeszcze dzisiaj wsłucham się uważniej w sposób, w jaki mówi i śpiewa.
Za rok nie będzie przekręcać już tylu słów.. i może przestanie nucić ulubioną kolędę do śniadania.

Jeszcze dzisiaj postaram się o to, żeby być blisko niej. Powygłupiamy się na łóżku, będę przytulać ją przed zaśnięciem i długo po tym, kiedy już zaśnie. Będę głaskać jej aksamitne włoski, policzki i rączki. Postaram się poczuć jej zapach wyraźniej, niż kiedykolwiek przedtem.
Bo kto wie, co będzie za rok..

Przecież jeszcze tylko dzisiaj jest moją malutką, roczną Dziewczynką.

I chociaż jestem mojemu kochanemu Bogu wdzięczna każdego dnia, że moje dzieci rosną zdrowe, mądre, uśmiechnięte.. to w takie dni jak dziś, łzy same napływają mi do oczu na myśl, że rosną zdrowe, mądre i uśmiechnięte tak nieubłaganie szybko..