W niebiańskim rytmie

Przyznaję, że mam kompleks. Od wielu lat.
Kompleks kobiety-siedzącej-w-domu, a co gorsza kobiety, której Mąż jeszcze do niedawna pracował tylko w domu.
Tej, która ma się lepiej niż pozostałe kobiety-pracujące, a nawet niż te, które zostają w domu, z dziećmi.
Mam kompleks kobiety, która na wszystko ma czas - na dobry obiad, i na domowe ciasto, maseczkę, paznokcie i sielskie życie w rytmie slow. 
Mam kompleks kobiety, której pieniądze sypią się z nieba, bo ona przecież może siedzieć w domu.
Mam kompleks i bo czuję presję codziennego udowadniania światu, że nie leżę całe dnie na kanapie. Że też pracuję, że mam pasje, że potrafię i robię coś więcej niż tylko dobry rosół.


Tak. Zdarza się, że widzę swoją wartość w miejscach, w których nie powinnam.
Nie w Bogu. Nie w Jego ramionach. Nie w tym, co On mówi o mnie, a w tym, co mówią o mnie inni.
W pośpiechu.
W zajętości.
W kolejnym odhaczonym zadaniu.

Ostatnio pomyślałam sobie, że może inna kobieta też ma kompleks. Zupełnie tak jak ja.
Tyle że dla odmiany kompleks kobiety-pracującej.
Tej, która robi karierę, zamiast opiekować się dzieckiem.
Tej, której niektórzy zarzucą, że zostawia maluszka w obcych rękach jedynie dla wygody.
Tej, która czuje presję udowadniania całemu światu, że jej na dziecku naprawdę zależy. Że je kocha ponad wszystko i praca wcale nie jest najważniejsza, a najzwyczajniej w świecie potrzebna.
I biega, z pracy do domu, z domu do pracy. Z nikim nigdy nie spotyka się po godzinach, bo co by inni powiedzieli... że cały dzień w biurze, a potem z koleżankami na kawce. No wstyd!
Po nocach piecze domowe ciasta na szkolne kiermasze, żeby tylko dorównać tym kobietom-siedzącym-w-domu. Nie chce być gorsza, przynosząc kupne ciasteczka z E-wypełniaczami i utwardzanym tłuszczem.

Uczę się ten mój kompleks w sobie wyciszać.
Po prawie dziesięciu latach bycia w domu z dziećmi, bycia dla nich i przy nich praktycznie bez przerwy, uczę się nie mieć wyrzutów sumienia z powodu życia, które świadomie wybrałam i które dla mojej rodziny jest na dzisiaj najlepsze, choć nie pozbawione wyrzeczeń i niedogodności.
Uczę się nie patrzeć na siebie jak na kobietę drugiej kategorii z powodu nie wstawania bladym świtem do pracy w korporacji, bo wiem, że rytm w którym idę teraz przez życie, to mój osobisty, idealnie dopasowany niebiański rytm.
I nikomu, absolutnie nikomu nie muszę się z niego tłumaczyć.
Odpowiedzialna jestem tylko przed Bogiem.
...........................................................................

W życiu jest czas na bieg, a innym razem na spokojny spacer, beztroski trucht, czy radosny marsz... czasem przychodzi idealny moment na długą, mozolną wspinaczkę. Taką na sam szczyt.
Różnie.
Każda z nas ma inne trasy do pokonania, inne cele do zdobycia, inne zadania do wykonania po drodze...
Bóg wie co i kiedy.

Wszystko ma u Niego swój czas. Taki najbardziej odpowiedni.

Niektórzy całe życie biegną, a inni spokojnym truchcikiem przemierzają kolejne kilometry życia.
I jeśli biegniesz, bo wiesz, że powinnaś - to biegnij!
Niech sprawia ci to radość.
Poczuj wiatr we włosach, uśmiechaj się przy tym szeroko i machaj przyjaźnie do innych, których mijasz po drodze.

Ale przy tym nie oceniaj tych, którzy wyszli jedynie na spacer w lekkich sandałkach, nie mając najmniejszej ochoty na jogging.
Nie narzekaj przy każdym spotkaniu, jak bardzo ci źle. Jak bardzo jesteś wykończona i nieszczęśliwa.
Nie udawaj, że najchętniej zostałabyś w domu z dwulatką, układała cały dzień puzzle i rysowała, jeśli wcale tak nie jest.
Bądź szczera.
Przed Bogiem. Przed sobą. Przed innymi.
Nie rzucaj bezmyślnych komentarzy. No wiesz jakich... tych które powodują w drugiej kobiecie poczucie, że jest gorsza, może mniej warta czy mało zaradna.

Jeśli jednak powinnaś spacerować, a biegniesz tylko dlatego żeby na siłę dorównać innym i udowodnić coś całemu światu - to lepiej zwolnij.
Obierz odpowiednie dla ciebie tempo. Takie, które Bogu przyniesie chwałę, a tobie sprawi radość. No i doprowadzi do celu - prędzej czy później.
Może nie dobiegniesz tak daleko jak inni, może nie każdy szczyt będzie twój... ale czy musi?
Wiesz... nie chodzi o to jak szybko się poruszasz. Chodzi o to, żeby kierunek był odpowiedni. Wtedy szybkość nie ma większego znaczenia. Nie zawsze musi być zawrotna.

Jeśli możesz spokojnie maszerować, rób to pewnym krokiem i podziwiaj świat dookoła. Dziękuj Bogu za widoki, których nie przegapisz.
Przystań na chwilę żeby podnieść kogoś, kto na tej wyboistej drodze po prostu się potknął. Albo po prostu zawiąż sznurówkę...

Nie narażaj się na kontuzję. Nie wymagaj od siebie więcej, niż możesz dać i niż wymaga od ciebie Bóg. Idź spokojnie, bez wypieków na twarzy, bez przyspieszonego bicia serca.
Idź w niebiańskim rytmie, czyli tym dostosowanym do twoich możliwości. Bo nie ma nikogo innego, kto zna je tak dobrze jak twój Stwórca.

Nie oceniaj jednak tych, którzy lubią się zmęczyć. Tych którzy biegną, nie dając sobie chwili wytchnienia.
Nie narzekaj jak bardzo ci źle. Nie udawaj, że kochasz szybkość, a tylko z przymusu tak wolno snujesz się przez życie.
Przestań wstydzić się tego, że żyjesz w rytmie, z którym jest ci dobrze.
Nie tłumacz się. Nie musisz!
Wolno ci wolno. Naprawdę.

Każda z nas jest inna. Nasza wartość nigdy nie miała być mierzona w ilości pokonanych kilometrów, ani w szybkości z jaką je przemierzamy. W ilości zdobytych tytułów czy przepracowanych godzin.
To nie tak, że im szybciej tym lepiej. Im więcej robisz, tym jesteś więcej warta, bardziej zasługujesz na pochwały, oklaski i podziw.
Nie tędy droga.


Myślę, że zawsze najważniejsze jest to, co mówi do ciebie Bóg. To, czego On chce od twojej codzienności na teraz.
Dlatego właśnie warto wsłuchiwać się w Jego głos każdego dnia.

Jeśli chce żebyś zwolniła, a ty uparcie przesz do przodu to wiedz, że każda góra zdobyta bez Niego to tylko kolejny papierek, kolejny tytuł, kolejny awans, podwyżka... nic ponad to.
A kiedy postanowisz zwolnić - nie stracisz, choć może tak ci się dzisiaj wydaje. Pan Bóg zatroszczy się o wszystko, co powstrzymuje cię dzisiaj przed powolnym spacerem przez życie.

Jeśli Bóg chce od Ciebie wyjścia ze strefy komfortu i nieco szybszych ruchów, bardziej raźnego kroku - to nie bój się zadyszki. Nie przejmuj się nieodpowiednim strojem czy brakiem profesjonalnych butów. Zdejmij szpilki i zacznij z tym, co masz. Choćby były to trampki zapomniane na dnie szafy.
On Cię wyposaży. A w czasie niełatwej trasy poniesie na rękach... 

Może warto zatrzymać tę niezrozumiałą gloryfikację zajętości i zawrotnego tempa?
Przestać swoją wartość łączyć z szybkością życia, a sukces utożsamiać z ilością odhaczonych zadań w opasłym kalendarzu.
Przestać oceniać i patrzeć z góry na siebie nawzajem tylko dlatego, że różni nas tempo naszej codzienności.

Warto za to zacząć patrzeć do góry, szukając Boga i dostosowując tempo życia do Jego woli, a nie narzucanych nam sztucznie standardów.
Chrystus nie jest naszym poganiaczem.
On jest naszym Pasterzem.

Dlatego nie trać Go z oczu.
Tylko wtedy będziesz stawiać kroki w niebiańskim rytmie.
Tym najlepszym, przeznaczonym z miłością Ojca specjalnie dla ciebie.













Przy kawie

Jeśli masz chwilę czasu, to usiądź ze mną przy kuchennym stole i napijmy się razem kawy.
Przy kawie tak dobrze się rozmawia... a ja chcę opowiedzieć ci o kilku ostatnich tygodniach mojego życia.

Chcąc odzyskać moje życie, pożegnałam wyobrażenia o tym, jak powinno ono wyglądać. 
Musiałam przestać polegać na własnych oczekiwaniach i poddać Bogu wszystkie niedoskonałości, na które w moich marzeniach zabrakło miejsca.
To rozstanie było bolesne, ale uwalniające.


Nie walczyłam w tym czasie o spełnienie marzeń, o lepszą siebie, ani nawet o lepsze jutro.
Walczyłam (i nadal walczę) o normalność. O jedną dobrą decyzję na raz. O dzisiaj. Tu i teraz.
Nie zmieniam świata, a moje wygrane nie są spektakularne. Walczę o podstawy.
Moja wygrana to uśmiech o poranku i niewymuszana radość z kolejnego dnia.
Moje zwycięstwo to wieczór z dziećmi bez krzyku. Cierpliwość nawet wtedy, kiedy piżama znowu nie taka, kiedy poduszka uwiera i nagle swędzieć zaczyna palec, noga, brzuch.... boli oko i ucho nawet.
Mój triumf to wyjście z domu, do ludzi.
Spacer.
Obiad.
Makijaż.
Nie zrobienie sobie kolejnej kawy...
Dla ciebie niewiele? Dla mnie na dzisiaj szczyt.

Nie rozkwitałam, ale wzrastałam.
Gdzieś tam, głęboko w ukryciu, zapuszczam coraz mocniejsze korzenie wiary. Rozwijam się, chociaż jeszcze nie ma czego podziwiać. Jednak oczami wiary widzę kwiaty rozkwitające całym swoim pięknem. Kwiaty rodzące się z tych dzisiejszych, maleńkich pączków wierności w małym.


Ostatnie kilka tygodni toczyłam nierówną walkę o jakość myśli. Częściej niż kiedykolwiek czułam się pogubiona, niezdolna i nieodpowiednia.
Macierzyństwo to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jaka kiedykolwiek mi się przytrafiła i zdecydowanie najtrudniejsza. Wymagająca ode mnie więcej niż mam i niż kiedykolwiek miałam.
Czy ty też czasami tak właśnie się czujesz?
W takim razie wiedz, że Bóg nigdy nie wymagał od nas perfekcji, tylko wierności. Pokornej postawy serca, zdolnej do przyznania: bez Ciebie nie dam rady.

Robiłam więc wszystko, żeby nie stracić z oczu Chrystusa. Jego moc doskonali się w mojej słabości, a każda 'próba' w jakiś sposób mnie kształtuje. Jego obecność wnosi pokój.
Oczy utkwione w Zbawicielu pomagają mi nie błądzić po tych zagmatwanych ścieżkach rzeczywistości.
Ojciec mówi, że nie jestem sumą moich wzlotów i upadków, a Jego ukochaną córeczką.
Jak dobrze.
Jaka ulga.
A to wszystko dzięki łasce.


Uczyłam się na nowo kochać życie i te wszystkie drobiazgi, które tworzą codzienność.
Znowu skupiałam się na tym, żeby je dostrzegać i doceniać, bo to umiejętność która zanika, jeśli się jej nie praktykuje każdego dnia.
Ja bardzo ją zaniedbałam.
Ożywiam stare, dobre nawyki.

Znowu zaczęłam biegać. Myślałam, że dla zdrowia fizycznego, ale tak bardzo się myliłam...
Biegam leśnymi ścieżkami i wdycham przecudnie czyste powietrze. Spotykam zające, sarny i w zachwycie słucham śpiewu ptaków.
Bóg dał mi ten las pod nosem i zafundował mi prawie darmową terapię. Prawie, bo ona tylko mój czas kosztuje i codzienną decyzję, żeby ruszyć się z domu. W zamian oferuje bogactwa nie z tego świata -wyciszenie, spokojną głowę, stare prawdy pokazane w nowym świetle.
Biegam dla zdrowia umysłu. 
Uwielbiam rozmowy z Ojcem w rytmie wolnego truchtu. 
To mnie dosłownie uzdrawia.

Spędzałam godziny grzebiąc w ziemi, siejąc nasionka, podlewając nasze własne grządki, w naszym własnym ogródku. Czas spędzony w ogrodzie budzącym się do życia działa zadziwiająco terapeutycznie i kojąco.




Zrobiłam też bardzo ważny krok w stronę zdrowia. Przestałam wierzyć, że to jak się czuję jest zupełnie normalne. Przestałam uczyć się z tym żyć. Teraz uczę się żyć inaczej, żeby móc żyć w pełni.
Tę prawdę: w zdrowym ciele zdrowy duch zrozumiałam tak do końca dopiero teraz, kiedy tego zdrowia mi zabrakło.
O tym chyba osobny tekst napiszę, bo to bardzo ważne. Rola ciała zbyt często w chrześcijańskim świecie jest pomijana i zaniedbywana, a dbanie o siebie postrzegane jest jako egoizm, samouwielbienie czy próżność. A takie stwierdzenia są krzywdzące.
Bo jeśli ciało nawala, to służyć naprawdę jest trudno. Bogu, rodzinie, innym... trudne to, a czasami nierealne. Tak fizycznie nie do przejścia.
Wiem coś o tym.

Żyłam w myśl zasady jeden dzień na raz.
Na więcej szkoda mi było energii. Na więcej tej energii nie miałam.
Przecież tylko dzisiaj należy do nas.
O dzisiaj należy się postarać.
Pomyśleć nad tym co zrobić, jeśli coś już się wydarzyło, a nie rozmyślać o tym, co może zdarzyć się jutro. Nie żyć w strachu o dzień, którego nie ma.
Bóg zna już każdą sekundę tego, czego jeszcze nie znamy. Już zadbał. Już przygotował wszystko, czego na jutro ci potrzeba...
Zaufaj i żyj jeden dzień na raz.

------------------------------------------------------------------------------------------

Tęskniłam.
Bardzo się cieszę, że w końcu mogłyśmy razem napić się kawy.
Dziękuję za twój czas.

Do zobaczenia wkrótce moja Droga.
Uściski,




Nie mam nic

Czasami bardzo trudno mi cokolwiek napisać.
Po prostu nie potrafię.
Spędzam długie godziny nad klawiaturą laptopa gapiąc się w ekran. Piszę dwa, może trzy zdania, z których nic tak naprawdę nie wynika.
Totalne dno.

I wtedy wiem.
Wiem, że znowu za dużo w tym mnie. Za dużo ze mnie i za dużo dla mnie. Za bardzo na pokaz, dla ludzi, szukając własnej wartości w cudzych pochwałach.
Za bardzo wierzę w siebie, a za mało ufam Jemu.
Za bardzo chcę niby dla Niego, ale bez Niego. Niestety.


Takie okresy, w których dochodzę do 'blogowej ściany', kiedy wydaje mi się, że już wszystko napisałam, że już nic więcej dodać do tego nie mogę, Bóg otwiera moje oczy i pokazuje, że to nieprawda.
Dochodzi do mnie, że po prostu przestałam szukać.
Przestałam słuchać.
Przestałam zwracać uwagę.
W moich myślach króluje troska i zmartwienie, a rozpamiętywanie wczorajszych niepowodzeń zajmuje mnie bardziej, niż świętowanie dzisiejszych sukcesów.

Ten czas twórczej posuchy zmusza mnie do powrotu. Trochę jak marnotrawna córka wracam do Ojca i stęskniona rzucam się w Jego ramiona.
Zamiast marności z dala od Niego, chcę szukać prawdziwej wartości u Jego boku.
Chcę znowu nastawić się na słuchanie.
Znowu zacząć zwracać uwagę i dzielić się tym dobrem z innymi.
Wracam do mojej pierwszej motywacji, dzięki której zaczęłam pisać.
Do tej pierwszej, gorącej miłości do Boga, przez którą wszystko tak naprawdę się zaczęło.

Cokolwiek robimy, czymkolwiek zajmujemy się w swoim życiu, musimy wracać na nowo i na nowo do początków i pytać siebie:
Po co to robię?
Co mnie motywuje?
Co mnie napędza?
Czy to co robię, przynosi chwałę Bogu?
Czy to, w jaki sposób to robię, jest moim dziękuję w stronę nieba?
Czy szukam w tym Jego chwały czy własnej wartości?
Chcę okazać miłość czy coś udowodnić?

Takie powroty są potrzebne. Tylko wtedy zobaczymy potrzebę zmiany nastawienia, zmiany motywacji i podejścia do naszej pracy... cokolwiek praca oznacza dla ciebie.
Opieka nad trójką maluchów w czterech ścianach mini mieszkanka, czy parzenie kawy prezesowi.
Sprzedawanie butów czy wykładanie towaru w supermarkecie.
Mycie chorej babci czy pisanie książek.
Śpiewanie, tworzenie wianków, malowanie...

Kiedy wiem, że coś jest nie tak w moim pisaniu, w moim macierzyństwie, w mojej służbie, modlę się słowami psalmu:

'Zbadaj mnie, Panie, i doświadcz,
Poddaj próbie me pragnienia i myśli.
-  Psalm 26;2 -

Zadaję sobie trudne pytania i staram się odpowiedzieć na nie szczerze. No bo kogo chcę oszukać? Boga?
On i tak wie. I i tak kocha mnie ciągle tak samo.
Niezmiennie najmocniej.
Dlatego nie chce, żebym goniła za wiatrem, za tym co widzialne i przemijające. (2 Kor. 4;18)
Chce moje serce postawić w miejscu, w którym miłość do Niego będzie moim jedynym powodem. 
Tym wystarczającym.

Nie chcę pisać po to, żeby mnie kochano, ale dlatego, że jestem kochana.
I po to, żeby inni właśnie tak mogli się poczuć - kochani.
Przez samego Boga Ojca. Króla królów i Pana panów.
Miłością która zaprowadzi nas do wieczności z Nim.

To Bóg daje chcenie i wykonanie. (Filip. 2;13)
Bez Niego nic uczynić nie możemy. (Ew. Jana 15;5)
Te słowa nabierają nowego znaczenia, kiedy nagle tracę lekkość pisania, która jeszcze kilka dni temu była dla mnie oczywistością.
Znowu wracam do podstaw oddania się w Boże ręce i postawy pokory. Pełnej świadomości tego, że to nie ja.
To nie moja moc, ale Jego siła we mnie.
I nie mam niczego, absolutnie niczego, czego On najpierw by mi nie dał.

'W NIM żyjemy, poruszamy się i jesteśmy...' 
- Dzieje Apostolskie 17;25- 

I kiedy biegnę w stronę wyciągniętych rąk mojego Taty, kiedy wtulam się w Jego ramiona - znowu potrafię pisać. Znowu widzę w tym głęboki sens i znaczenie. Znowu czuję że mogę i że powinnam.
Znowu czuję się bezpieczna i wolna od prób udowadniania komukolwiek czegokolwiek...
Marzenia rodzą się na nowo i widzę szansę na ich spełnienie.

............................................................................................

Dziękuję Ci Tato, za kolejną życiową lekcję.
Dziękuję za przypomnienie mi mojej zależności od Ciebie we wszystkim. 
Dziękuję za pozwolenie mi na doświadczenie słabości. Bo kiedy jestem słaba, wtedy jestem mocna w Tobie.
Dziękuję za potrzebę Ciebie, którą w tych bezsilnych momentach na nowo mi uświadamiasz.
Dziękuję, że mogę zachwycać się Tobą codziennie i doświadczać twojej obecności w sposób niezaprzeczalny.
Namacalny.
Najprawdziwszy.
Bo nie ma dla mnie nic cudowniejszego na tym świecie, niż widzieć Ciebie w działaniu.
Amen

Żadne słowo w tym miejscu nie jest moją zasługą.
Bogu i tylko Bogu chwała.



Kopiuj - Wklej

Wydawałoby się, że dzisiejszy post to dla mnie łatwizna.
Po prostu  Kopiuj - Wklej.

Jest jednak zupełnie inaczej.
Ten wpis to dla mnie trudny akt posłuszeństwa Bogu. Poruszenie tego ciemnego tematu nie jest dla mnie ani wygodne, ani miłe.
Ale jest potrzebne. Wiem na pewno, że jest.

Robię pierwszy krok wiary w stronę,  w którą jeszcze niedawno nie chciałam nawet patrzeć. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że depresja, zniechęcenie i niezrozumiały smutek nie są mi obce. To kawałek również mojego życia.
Ale o tym innym razem...


Przeczytacie dzisiaj świadectwo Bożej Kobiety odważnej na tyle, żeby podzielić się swoją historią.
Może jej doświadczenia to kopiuj - wklej twojej osobistej historii lub historii kogoś ci bliskiego... może.
Dlatego i ja i ona modlimy się gorąco o to, aby to świadectwo przyniosło chwałę Bogu, a niejednej z was pomogło zobaczyć światełko Jego miłości w tunelu rozpaczy, beznadziei i smutku.



Dopókiż, Panie, będziesz mnie stale zapominał?
Dopókiż zakrywać będziesz oblicze swoje przede mną?
Dopókiż mieć będę zmartwienie w duszy,
A strapienie w sercu – codziennie? (Ps 40, 1-3)

Jestem chrześcijanką i przeszłam depresję. To, co wiem teraz, jest czymś, czego nie powiedziałabym osobie, która się z tym zmaga. Bo ja sama nie uwierzyłabym w te słowa, gdy byłam w najciemniejszej pustce swojego życia. Moje odkrycia są bardzo bolesne, a jednocześnie wyzwalające. Identyfikują i obnażają najbardziej ukryte zakątki mojej człowieczej natury, która zaczęła siać spustoszenie. Piszę mojej, bo są to indywidualne, niepoparte żadną naukową wiedzą przemyślenia dotyczące konkretnego przypadku. Wierzę jednak, że mogą być prawdziwe w życiu innych osób, lecz aby to przyjąć, trzeba otworzyć się na cichy głos Ducha świętego, który obnaża grzech, a jednocześnie wskazuje na ratunek w doskonałej śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa.
Odkąd pamiętam, lubiłam użalać się nad sobą. Brzmi to paskudnie, ale jest prawdą. Jako nastolatka potrafiłam włączyć sobie smutną piosenkę tylko po to, by się na niej popłakać i kwestionować dobre rzeczy w moim życiu. Bo choć miałam dobre życie, zawsze znalazłam coś, czego mogłam się uchwycić i co dawało mi powód, by taplać się w moim smutku. I choć wydawało mi się, że jestem teraz najbardziej nieszczęśliwą osobą na ziemi, to moje ego było solidnie dopieszczone. Ja, ja, ja. Tylko ja i mój wielki ból. I choć wydawać by się mogło, że taka egzaltacja jest ostatnim miejscem na Boże działanie, było inaczej. To właśnie w jednych z takich momentów mój smutek zaczął dotyczyć rzeczy, które miały prawo doprowadzić mnie do łez i wzbudzić przerażenie dotyczące mojej sytuacji. Poznałam mój grzech. Nadużycia przestały być czymś, co jest normalne w nastoletnim życiu, a zaczęły być przekroczeniem Bożych praw i nieopisanym kontrastem do Bożej świętości. Do dziś pamiętam – a było to dziesięć lat temu – jak płakałam z powodu mojej grzeszności. Na początku myślałam, że to jakiś duchowy atak, który miał pogłębić mój żal. Ale właśnie wtedy poczułam siłę do tego, by otworzyć Pismo święte i odnaleźć tam słowa obietnicy, która dała mi pewność odkupienia. W tamtym okresie nazywałam siebie chrześcijanką dużo wcześniej, ale dopiero tamtego wieczoru Duch święty przekonał mnie o moich grzechach i beznadziei oraz wskazał na ofiarę Pana Jezusa. Wtedy stałam się dzieckiem Bożym, a mój smutek zamienił się w radość, którą chciałam podzielić się z całym światem.
Czy spodziewałam się, że ta ciemność wróci? Czy byłam gotowa, by znów znaleźć się w miejscu beznadziei i wszechogarniającego smutku? To wszystko pojawiło się tak subtelnie i wzrastało powoli, że tylko dzięki Bożej łasce mogłam ponownie znaleźć wyjście.
Odkąd pamiętam, zdarzały mi się dni, które z sympatią i przekorą nazywałam dniem buntownika. Były to dni, kiedy nie chciało mi się chcieć i pozwalałam sobie na to. Dogadzałam sobie, łamałam zasady, jadłam za dużo, godzinami oglądałam seriale. Oczywiście naturalnie modlitwa stała się bardzo płytka lub w ogóle jej nie było, a czytanie Pisma świętego poszło w odstawkę. Były to jednak jedynie epizody, bo ówczesny tryb życia nie pozwalał mi na trwanie w tym stanie, a powrót do czytania Słowa i relacji z Panem następował dość szybko. Nie pamiętam, jak dużą pokorą charakteryzowały się tamte powroty. Nie wiem, na ile rozumiałam niebezpieczeństwo pielęgnowania takiego stanu. Zrozumiałam to wiele lat później.
Pan Bóg w młodym wieku pobłogosławił mnie wspaniałym mężem i dwójką niesamowitych dzieci. To było coś wyjątkowego, ponieważ jeśli Pan wysłuchiwałby moich niedojrzałych młodzieńczych modlitw, byłabym w zupełnie innym miejscu. Jednak dzięki Bożej suwerenności i Jego ogromnej miłości przekraczającej moje poznanie, zostałam postawiona w miejscu, o którym nie marzyłam. Dodatkowo pojawiła się w naszym życiu możliwość służby przy zakładaniu kościoła i mając na względzie potrzeby tam występujące, a także pragnienie głoszenia ewangelii, wyjechaliśmy do innego miasta, w którym nie było chrześcijańskiej społeczności. Znalazłam się w nowym miejscu z małym dzieckiem, nie miałam żadnej rodziny w okolicy, i strategią przetrwania stało się szukanie znajomych, by poczuć się jak w domu. Udało się to stosunkowo szybko i moje małe miasto zostało moim miejscem na ziemi. Wiedziałam, że jest to misja długoterminowa, że chcemy zapuścić tu korzenie. Pojawiało się jednak coraz więcej trudności, które po początkowym entuzjazmie zaczęły być coraz trudniejsze.
Specyfika pracy mojego męża powodowała, że często na długi czas zostawałam z dwójką dzieci – drugie urodziłam już w naszym małomiasteczkowym szpitalu. Zawiązane z innymi kobietami relacje były cenne, ale nie zastępowały rodziny. Nie mogłam liczyć na regularną pomoc i wsparcie. Dotychczas żyłam wśród ludzi, spotkania przepełniały moją codzienność i rzadko odczuwałam samotność. Teraz rutyna wkradała się do codziennego życia, a obowiązki zaczęły przytłaczać. Porównywałam się do innych mam, które były otoczone krewnymi i czułam pogłębiającą się frustrację. W tym wszystkim mieliśmy poczucie, że jesteśmy tymi, którzy muszą tu coś zaoferować, więc byliśmy obciążeni odpowiedzialnością służby. Najtrudniejszym było oddzielenie od lokalnego kościoła, którego byliśmy członkami. Nie jeździliśmy na nabożeństwa regularnie, a grupa biblijna, która była w naszym domu, miała charakter ewangelizacyjny. Dodatkową trudnością był fakt, że nie wypracowałam w sobie w odpowiednim czasie dyscypliny spędzania czasu z Bożym Słowem, a dwójka dzieci w domu nie ułatwiała tej nauki. Przyzwyczajona do wspólnotowego życia duchowego i szukania wsparcia u innych wierzących, zaczęłam upadać na duchu. Mój mąż powtarzał, że wystarczy mi, gdy mam łaskę. Coś jednak w moim życiu powodowało, że te słowa nie przynosiły pocieszenia.
Wiem, że istnieją dwa rodzaje smutku. Ten ukazany w postaci Judasza, prowadzący do śmierci, oraz smutek Piotra, który prowadzi do upamiętania. W tamtym czasie było mi bliżej do pierwszej postaci.
Kiedy zostałam mamą, nie było mi łatwo. Ekstremalnie trudny poród, trudności z karmieniem, długie noce. Praktycznie od początku zaczęłam bronić się mechanizmem pod tytułem: należy mi się. Spędzałam więc godziny w łóżku, leżąc z niemowlakiem i śpiąc na zmianę z oglądaniem seriali. Tak zaczęłam kształtować w sobie wzór zachowania w trudnej sytuacji. Pan Bóg wciąż był obecny, jednak nie widziałam w Nim spełnienia moich potrzeb i szukałam tego gdzie indziej. Znalazłam sobie duchowe fastfoody, które na tu i teraz dawały ulgę, ale które pogłębiały jedynie duchową anemię. Gdy pojawiła się perspektywa przeprowadzki, czekałam na tę zmianę. W końcu coś miało się dziać, w końcu miałam być zmotywowana. Jednak mimo zmiany otoczenia i prób powrotu do właściwej relacji z Panem Jezusem, trudności pogłębiały się. Miałam już dwoje dzieci w wieku, który wymagał ode mnie kreatywności i zaangażowania. Znów przestało mi się chcieć. W każdym dniu, próbowałam znaleźć czas dla siebie, co prowadziło do tego, że w żadną czynność z dziećmi nie byłam zaangażowana na sto procent. Szukałam pocieszenia w jedzeniu, śnie, serialach, obsesyjnym sprawdzaniu powiadomień na smartfonie, by mieć poczucie, że nie jestem z tym sama, że świat się nie kończy na pieluchach i czterech ścianach. Nie mogłam zrozumieć mam, które celebrują każdą chwilę macierzyństwa. Miałam dość. Najgorsze chwile pojawiły się siedem miesięcy temu w wakacje. Straciłam resztki energii, byłam wciąż zdenerwowana i bardzo głośno wyrażałam swoje zdanie. Egzekwowałam posłuszeństwo, nie potrafiąc okazywać miłości. W tym wszystkim jestem niezwykle wdzięczna mojemu mężowi, który uzupełniał dzieciom wszelkie deficyty. On był głosem rozsądku, który mówił mi wszystko to, co ja rozumiem dopiero teraz.
Mimo szukania pomocy wśród osób wierzących, smutek się pogłębiał. Były dni lepsze i gorsze. Te, w których pełna uśmiechu organizowałam spotkanie dla kobiet oraz te dzień później, kiedy nie miałam siły wstać z łóżka. Gdy piszę o tym, przechodzi mnie dreszcz. To bez wątpienia był najtrudniejszy czas mojego dotychczasowego życia.
Gdy po kilku tygodniach lepszego samopoczucia złe myśli wróciły jak bumerang, postanowiłam szukać pomocy u specjalistów. Nie doczekałam jednak wizyty u psychiatry, ponieważ Pan Bóg zadziałał wcześniej. W pewnym momencie zamiast modlić się, by Pan zabrał ten przytłaczający swoją ciężkością i ciemnością smutek, zamiast powtarzać za psalmistą o moich udrękach, poprosiłam, by wskazał mi mój grzech. Zobaczyłam swoje lenistwo, użalanie się nad sobą, egoizm, pielęgnowanie własnego ja i taplanie się w swoim smutku. Zobaczyłam, że nie szukałam pomocy tam, gdzie trzeba. Że zrobiłam sobie bożków z ludzi i oczekiwałam, że ich obecność wypełni pustkę. Dostrzegłam, że ludzie stali się moimi pośrednikami w relacji z Bogiem. Chciałam, by to oni modlili się o mnie, by Bóg zadziałał przez nich, a nie bezpośrednio przez relację, którą dał mi dzięki odkupieniu mnie z win. To, co wtedy się działo, było dla mnie dowodem Bożej interwencji. Świadomość grzechu nie dała mi powodów do jeszcze głębszego użalania się nad sobą, lecz skierowała wzrok na Chrystusa. Poczułam się jak dziesięć lat wcześniej, kiedy On po raz pierwszy wyciągnął do mnie swoją rękę.
Dziś z radością mogę powtórzyć za psalmistą: Tęsknie oczekiwałem Pana: Skłonił się ku mnie i wysłuchał wołania mojego. Wyciągnął mnie z dołu zagłady, z błota grząskiego. Postawił na skale nogi moje, umocnił kroki moje (Ps 40).
Wiem, że depresja jest określana jako choroba. W pełni to rozumiem. Wiem, że powtarzane zachowania i pielęgnowane myśli mogą doprowadzić do głębokiego stanu permanentnego smutku, niemocy, beznadziei i strachu o kolejny dzień i wywołać fizyczne zmiany w organizmie. Nie chcę wchodzić w kompetencje tych, którzy w depresji widzą niezależnego intruza pojawiającego się znikąd i zmieniającego chemię w mózgu. Chcę jedynie, by osoby, który doświadczyły tego stanu bądź znają takie osoby, rozważyły stan serca. Czasami myślę, że depresja jest świadomością własnego stanu bez Boga. Może to być stan pierwotny, kiedy człowiek nie zna Boga i doświadcza beznadziei związanej ze swoją sytuacją. Niestety może się tez pojawić u osób, które poznały Chrystusa, lecz nie uznały Go za największą wartość. Grzech sieje spustoszenie i jest jak szarańcza, która ogołaca ziemię. Jezus jest jedynym i ostatecznym ratunkiem. Pan Bóg posłał swojego jedynego Syna, by On przez swoją śmierć i zmartwychwstanie, uwolnił nas od przekleństwa grzechu i powołał nas do życia w Nim dla Jego chwały.
Powtórzę za Johnem Piperem: „Pan Bóg jest najbardziej uwielbiony w nas, gdy my jesteśmy najbardziej nasyceni w nim”.

Ps Rozwinęła się grupa domowa, która jest dla nas ogromnym zbudowaniem. Mamy większy kontakt z kościołem lokalnym i doświadczamy dużego wsparcia. Oddaliśmy Panu ciężar służby i widzimy, jak On przejmuje kontrolę.
Pan Bóg czyni mnie uważniejszą w spełnianiu emocjonalnych potrzeb moich dzieci i pozwala mi cieszyć się dniami z nimi. Chcę jak najlepiej wykorzystywać ten cenny i szybko upływający czas.
Jestem bardzo wdzięczna mojemu mężowi za jego wytrwałość i cierpliwość w przypominaniu mi ewangelii. Nasza relacja jeszcze nigdy nie była tak silna, a wierzę, że to dopiero początek.
Dziękuję też za wszystkie modlitwy i wsparcie, jakiego doświadczyłam w tym trudnym czasie.
Pan Bóg uczy mnie dostrzegać destrukcyjne mechanizmy, które rządziły w moim życiu i pozwala je tłamsić w zarodku. Co więcej, gdy pojawiają się myśli, które przypominają te z najcięższego okresu, od razu proszę Boga, by wskazał, skąd się wzięły i z jakiego zaniedbania wynikają. A On jest wierny. On jest. A ja już nie czuję się samotna.

Ja bowiem ufam łasce twojej!
Niech się raduje serce moje zbawieniem twoim!
Będę śpiewał Panu, bo okazał mi dobroć (Ps 40, 6)




Pięć minut

Możliwe, że to najważniejsze minuty dnia.
Mają ogromny wpływ na wszystko, co dzieje się potem.
Odpowiednio wykorzystane, potrafią więcej niż jakikolwiek poranny rytuał.
Potrafią nastroić na nowe. Na wszystko to, czego być może się boimy, na wyzwania i walkę z obiektami niezliczonych westchnień w stronę nieba.
Potrafią wyciszyć i zmienić perspektywę.
Nawet przywrócić energię potrafią! Tę, którą przez nieprzespaną noc zupełnie straciliśmy.
Och, jak wiele potrafią te pierwsze minuty nowego dnia...!

Bo tu nie chodzi o to, ile tych minut jest. Pięć czy czterdzieści pięć. To nie jest najważniejsze.
Rzecz nie w tym, gdzie je spędzamy i czy w dłoni trzymamy kubek z ulubioną latte... czy kawy nam akurat zabrakło.
Tu chodzi o to, z kim te minuty spędzamy.
Z kim odbywamy tę pierwszą rozmowę. Do kogo mówimy i kogo wtedy słuchamy.
Od kogo bierzemy tę brakującą energię, świeżą perspektywę i pokój nie do ogarnięcia umysłem.
Towarzystwo się liczy.
Nie jak, ale z kim - ma znaczenie.


Pierwsze kilka minut dnia spędzone w objęciach Boga to nie obowiązek - to czysta przyjemność.
Daję ci słowo.
Dla mnie to konieczność, bez której nie potrafię ogarnąć myśli ani podejmować mądrych decyzji. Takich, które zamiast szkodzić, będą chronić mnie i moją rodzinę.

Przywitać się ze Stwórcą nowego świtu i Dawcą kolejnego oddechu, to przywilej człowieka.
Patrzeć w twarz Tego, który zaopatrzył naszą lodówkę i czuwał nad snem dzieci, to radość.
Jeszcze w ciszy. Jeszcze przed hałasem codzienności czerpać ze spokoju Księcia Pokoju, to szczególny moment dnia.
Spróbuj.

Nasyć nas już o świcie swoją łaską, 
a będziemy się radować i weselić przez wszystkie nasze dni!
- Psalm 90;14 -

Jak wiele z nas, Bożych dzieci, wychodzi z domu bez przywitania się z Tatą.
Jak wiele z nas, Bożych wojowników, wychodzi na pole bitwy bez zbroi.
Jak wiele z nas chce służyć, ale nie znajduje czasu, żeby wysłuchać poleceń.
I w końcu, jak wiele z nas, zamiast usiąść u stóp Jezusa wybierając tę najlepszą część, krząta się po kuchni robiąc owsiankę...
Wychodzimy z domu z pełnym brzuchem, ale głodnym duchem.

A pięć minut u Jego stóp to tyle, ile potrzebne jest do zmiany niewdzięcznego serca w serce, które potrafi dziękować.
Pięć minut to tyle, ile potrzebne jest do przypomnienia sobie po co i dla Kogo tutaj jestem. Komu służę.
To tyle, na ile każdy z nas może zatrzymać się przed bieganiną dnia.

I nie mówię, że te pięć minut o poranku mi wystarczy. Że nie chcę więcej. O nie!
To jedynie przystawka. Reszta dnia, to danie główne, którym mogę cieszyć się do woli.
Te pierwsze kilka minut tylko pobudza moje duchowe kubki smakowe. Zachęca do rozkoszowania się Bożą obecnością każdej kolejnej sekundy.
Kiedy pozwolę sobie na tę przystawkę, wtedy chcę więcej. Wtedy robię wszystko, żeby więcej stało się rzeczywistością nawet podczas najbardziej zagonionego dnia.

SKOSZTUJCIE i przekonajcie się, że Pan jest dobry.
- Psalm 34;9 -

Zobaczysz, że za jakiś czas pięć minut przestanie ci wystarczać.
Zapragniesz więcej i więcej, a nastawienie budzika pół godziny wcześniej niż zawsze, stanie się potrzebą twojego serca, a nie obowiązkiem czy niemożliwością.

'Zostałyśmy stworzone, by łaknąć - tęsknić, bardzo pragnąć, życzyć sobie gorąco i pożądać - Boga. Tylko Jego.' Lysa TerKeurst
Zły zrobi wszystko co w jego mocy, żeby nasz głód skierować w innym kierunku. Sięgając po Boga zaraz po przebudzeniu, nie dajemy mu na to szansy.

Jeśli nie wypełnisz się Bożym Słowem o poranku, zły stanie na głowie, żeby zapełnić twoje wnętrze fast foodem tego świata. Zamiast pełny sił, będziesz ociężały, ospały i nadal duchowo wygłodzony.

Nie ma nic lepszego niż początek dnia z Bogiem.
Żadna joga, żaden jogging, żadna kawa, żadna woda z cytryną czy jaglanka, nie są lepsze niż smak Bożej bliskości o świcie.
Wtedy twoje szanse na spokojniejszy, wartościowy i dobry pod każdym względem dzień, wzrastają niewyobrażalnie.
Skupiona na Chrystusie masz szansę na zwycięstwo. I wszystko jedno, co dzisiaj jest obiektem twoich zmagań... dzieci, kredyt, emocje, mąż, praca...
On jest rozwiązaniem.


Już rano słowa w modlitwę układam, 
powierzam Tobie - i czekam.
- Psalm 5;4 -


Pięć minut to tyle, na ile każda z nas może sobie pozwolić.
A więc zamiast na 6:20, nastaw dzisiaj budzik na 6:15, albo zaszalej i zamiast pięć, wstań piętnaście minut wcześniej niż zwykle.
I korzystaj. Korzystaj z błogosławieństw pierwszych minut dnia w towarzystwie Tego, który ten dzień podarował ci w prezencie.
Tylko On odpowiednio cię do niego przygotuje.
Bo tylko On wie, co cię w tym dniu czeka.
.
.
.
.
Marzy mi się, żeby kiedyś coś takiego powstało w Polsce.
First5 to cudowna aplikacja, z której korzystam każdego poranka.
To dla mnie coś bardziej oczywistego niż kawa.
Coś o wiele bardziej potrzebnego niż ona.
Jeśli tylko angielski nie jest dla ciebie przeszkodą, gorąco polecam ci tę aplikację.
Jest tak dobra, że w sumie warto nauczyć się angielskiego, żeby móc z niej korzystać ;)

Oprócz tego, służba Proverbs 31 ma do zaoferowania codzienne rozważania, które możesz czytać na ich stronie lub dostawać na maila.
Sprawdź TUTAJ

W języku polskim możecie czytać Nasz Codzienny Chleb.
Też fajna opcja :)

Albo po prostu otwórz swoją Biblię.
Nie szukaj wymówek, tylko możliwości!

Spróbuj, bo warto.


Gdyby...

Gdyby nie wspólne śniadanie przy bogato zastawionym stole, nie wylałby tej nieszczęsnej herbaty.
Gdybyśmy nie piekli razem ciasteczek, kuchnia ciągle byłaby czysta. Nie musiałabym zmiatać mąki z podłogi, zbierać rozsypanego kakao z blatu, a w zlewie nie piętrzyłby się stos brudnych naczyń.
Gdyby zabawa w wannie nie była tak udana, moje skarpetki ciągle byłyby suche.
Gdyby nie wycieczka w góry, może pieniędzy w portfelu byłoby więcej. Może w końcu kupiłabym sobie nowy płaszcz zimowy albo wyjechała z Mężem na wspólny weekend, planowany już od miesięcy...

Gdyby ich nie było, miałabym tą swoją upragnioną ciszę. Spokój, za którym nieraz tęsknię.
Święty spokój, bo i dla Boga więcej czasu by było.
Miałabym wolną od zmartwień głowę i łazienkę wolną, kiedy potrzebuję. Wolne łóżko mogłabym mieć, przekornie małżeńskim nazwane.
Wolniej by czas płynął, bez miliona zmartwień i stresów z wychowaniem tych małych ludzi związanych.
Wolniej zakupy mogłabym robić, bo w samochodzie, na parkingu przed sklepem, nie siedziałaby trójka marudzących dzieci i nerwowy już Mąż.
Więcej byłoby mi wolno. Na wakacje pojechać na przykład, tylko we dwoje, w środku roku szkolnego.
Bo gdyby ich nie było, kto by mi zabronił w listopadzie nad oceanem się opalać.. albo w lutym. No kto?

Gdyby Jego przy mnie nie było, brudne spodnie nie walałyby się po podłodze. Nie byłoby tego nieporozumienia dzisiaj rano i zmartwienia, czy bezpiecznie dojedzie do domu w tę śnieżycę.
Stos koszul do prasowania nie czekałby w garderobie, a ręcznik wisiałby tam, gdzie trzeba.
Gdyby Jego nie było...


W życiu wszystko dostajemy w pakiecie.
Nikt nie jest w stanie oddzielić trudnej części istnienia od momentów, w których w zachwycie wstrzymujemy oddech i które już na zawsze chcemy pamiętać.

Nie ma życia bez codzienności. Bez trudnych poniedziałków, klejących podłóg i rozsypanej na podłodze mąki.
Nie ma... chociaż tak bardzo byśmy chcieli.

Możemy narzekać na pusty portfel, ciągle o te skarpetki na podłodze się kłócić albo polubić to, co polubić trudno.
Pokochać drugą stronę medalu tak samo jak pierwszą.
Zaakceptować i dziękować za każdy odcień naszego zwykłego, szarego życia.

Bo odcieni szarości jest zaskakująco dużo. I tak pięknie z tymi kolorowymi chwilami się komponują... pasują jak ulał. Razem nabierają głębszego sensu.
Szarość przestaje być tylko wypełniaczem, a staje się idealnym tłem dla każdej z tych kolorowych chwil. A bez tego tła, obraz naszego życia byłby po prostu niepełny.

Słyszałam gdzieś ostatnio, że trudne, to perspektywa. To punkt widzenia.
Jedną mamę do szału doprowadza całodzienne marudzenie trzylatka. Wiecie... te awantury o źle położoną łyżeczkę i zbyt ciasne rajstopki.
A dla drugiej mamy to kolejny odcień szarości. Taki który postanowiła lubić i który po wielu próbach nauczyła się znosić w miłości, akceptować i nie dawać mu władzy nad sobą.
Bo szarpania się z codziennością ma już dosyć. I płaczu po kątach. Niepotrzebnych nerwów, emocji i złości, które nie zmieniają zupełnie nic.
Ta druga mama wie, że niezapomniane momenty macierzyństwa zostały jej dane w pakiecie z dniami, w których niewygodne rajstopki są powodem do godzinnego szlochu na podłodze.

Polubienie i akceptacja życiowego pakietu to proces. Czasami naprawdę długotrwały.
Tego po prostu trzeba się nauczyć.

Wiem jak to jest, kiedy ta jedna wylana herbata przy śniadaniu, to o jedną herbatę za dużo.
Naprawdę wiem.
Ale wiem też, że mamy inne możliwości. Inne niż złość, krzyk, użalanie się nad sobą i swoim marnym losem. Chcę z tych możliwości korzystać częściej.
Nauczyć się tej sztuki od Mistrza łagodności.

'Radujcie się w PANU zawsze! Powtarzam: Radujcie się!' (Filip. 4;4), pisze uwięziony apostoł Paweł.
Z samego środka zupełnie beznadziejnej sytuacji pisze: 'Nauczyłem się cieszyć tym, co jest.' (Filip. 4;11)

'Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia, w Chrystusie.' (Filip. 4;13), napisał zaraz potem.
Nauczyłem się, bo mam cudownego Nauczyciela.
Potrafię cieszyć się kiedy mam dużo i kiedy nie mam nic, bo mój Pocieszyciel jest ze mną.
Wiem, jak cieszyć się w czasie głodu i obfitości. Raduję się w każdej sytuacji, bo Chrystus mnie umacnia.

Można?
Można.
Jak?
W Chrystusie.
Z Nim.
Obok Niego.
Wspierając się na Nim.
Trzymając Go mocno za rękę.
Pozwalając się prowadzić i nosić, kiedy trzeba.
Ufając Mu bezgranicznie.

Nie próbuj uczyć się tego sama. Nie próbuj o własnych siłach, bo moje i twoje siły są słabe.
Bez względu na poziom naszej silnej woli, nadal jesteśmy tylko ludźmi potrzebującymi Bożej mocy do zwycięstwa.
To ON jest mocny.
To w Nim i z Nim niemożliwe do pokochania, może stać się powodem do radości. Takiej szczerej.

Możemy nauczyć się cieszyć tym, co jest.
Ta radość jest o jedną decyzję stąd.




Troska

Czuję ją. Wiem, że jest.
Otacza mnie z tyłu i z przodu codziennie.
Oplata moje życie, chociaż nie codziennie potrafię ją docenić i za nią dziękować.
Nie zawsze widzę ją tak samo wyraźnie.
Ale bez względu na pogodę za oknem i moje samopoczucie - ona pozostaje taka sama.
Ciągle tak samo szczególna.
Boża troska.



Te wszystkie otwarte drzwi prowadzące do miejsc o których nie śmiałam nawet marzyć i te zamknięte, które Bóg zamknął dla mojego dobra.
Pełna lodówka i ulubiona owsianka z cynamonem na śniadanie.
Dziecko, które jeszcze wczoraj wieczorem było chore, budzi się zupełnie zdrowe.

Kolejny wschód słońca, kolejny oddech, kolejne siły na nowy dzień.
Kolejna porcja łaski i wybaczenia.
Kolejna szansa na którą zupełnie nie zasługuję.

Szczególna Boża troska to źródła na pustyni.
Obfite plony w miejscach, gdzie nic nigdy nie miało prawa wydać owocu.
Wewnętrzny niezrozumiały pokój w trudnych sytuacjach i ponadnaturalna siła w sytuacjach beznadziejnych.
To drobne gesty (nie)przypadkowych ludzi i wiadomość od Przyjaciółki: właśnie modlę się o ciebie...

Ile razy to, co wydawało się być końcem, stawało się nowym początkiem dzięki Jego łasce?
Ile razy niemożliwe do przejścia okazywało się być twoją największą wygraną?
Ile razy podnosił, opatrywał, pocieszał, tulił, wyciągał rękę...?
Ile razy tak wyjątkowa, Boża troska dotykała również twojego życia?

Ile razy DZISIAJ przeszłaś tuż obok niej obojętnie, nawet jej nie zauważając?
Tak łatwo musnąć ją brzegiem płaszcza w pośpiechu i nawet nie poczuć, że jest. 
Brak w nas zachwytu nad nawet najmniejszym jej przejawem.
Obudź go w sobie. Rozpal pragnienie szukania jej w codzienności!


Jesteśmy tak zajęci naprawianiem świata i troską o życie, że nie widzimy Bożych rozwiązań.
Tych, które już są i tylko czekają na naszą uwagę.
On przygotował je dla nas z wyprzedzeniem, żeby było nam po prostu lżej.
Rozejrzyj się uważnie.

Bo w relacji Bóg - człowiek, to On jest tym zatroskanym. On wpisał troskę o twoje życie w swój boski kalendarz po to, żebyś ty nie musiał. 
Możesz wykreślić to słowo ze swojego słownika. Zapomnij że istnieje.

Nie troszcz się o nic, moje dziecko - mówi Bóg. (Filipian 4;6)
Posłuchaj.

Jednak tak łatwo niemal potknąć się o Bożą opiekę, a potem brać sprawy w swoje ręce narzekając przy tym pod nosem.
Zdarza mi się to zbyt często.
Wybacz mi Panie.

A przecież jest Mąż, który kocha ponad i pomimo wszystko.
I Mamo!, które usłyszałam zaraz po przebudzeniu, a którego zdaniem lekarzy nigdy nie miałam usłyszeć.
Ciepły dom w czasie mroźnych zimowych dni i poranna kawa wypita jeszcze w piżamie.
I praca jest. Choć nie ta z moich marzeń to z pewnością taka, która pomaga zapłacić rachunki, kupić porządne buty Synowi i iść do kina co jakiś czas.


Pamiętajcie! PAN tego, który jest Mu oddany, 
otacza szczególną troską,
On słyszy, gdy do Niego wołam.
                                                                                 Psalm 4;4

Szczególna Boża troska otacza mnie i ciebie codziennie.
Czujesz ją? Dostrzegasz? Dziękujesz?
A może przechodzisz mimo, nawet nie zwalniając kroku?

Czas otworzyć oczy i zacząć zachwycać się Bożą dobrocią na nowo.