Ciesz się podróżą

Pomiędzy kończeniem remontu łazienki, praniem, pakowaniem, mieszaniem zupy, fryzjerem, zakupami, a kolejną kawą, zdecydowałam, że muszę napisać.
No muszę, bo już dwa tygodnie cisza.. tyle się dzieje. Lato przyszło, a z latem całe dnie spędzane w ogrodzie, domowe sorbety, truskawki, kawa na tarasie, litry lemoniady z miodem made by Jaś..

W sobotę jedziemy na wakacje.
I o ile cieszę się na samą myśl o zwolnieniu tempa nad polskim morzem, to obawiam się podróży.
Ponad dziesięć godzin z trójką dzieci w samochodzie, to prawdziwe wyzwanie.
Chciałabym móc się na to nasze odludzie z nimi teleportować.
Być już tam, na miejscu, w mgnieniu oka. W pełni sił. Bez rozmazanego tuszu, opuchniętych nóg i nadszarpniętych nerwów.
Nie lubię etapu podróży.
Kiedy wyjeżdżamy spod domu wcześnie rano, zawsze marzę tylko o tym, żeby jak najszybciej dotrzeć do celu..

Przy pakowaniu kolejnej torby pomyślałam, że to zupełnie tak, jak w życiu.
Długa droga nas po prostu męczy.
Nie potrafimy cieszyć się podróżą.
Nuży nas siedzenie godzinami w jednym miejscu, nicnierobienie, czekanie.
Niecierpliwie spoglądamy na zegarek, zastanawiając się jak długo jeszcze..

Życiowa podróż jest nieraz dużo trudniejsza, niż trasa Śląsk - Pomorze z trójką dzieci.
Wymaga więcej cierpliwości, więcej sił.
To nie kilkugodzinna jazda samochodem raz w roku, ale codzienność.
Bo zawsze na coś w życiu czekamy. Zawsze.

Dlatego.. rozejrzyj się.
Podziwiaj.
Korzystaj.
Ciesz się podróżą!


Być może jesteś tak bardzo skupiona na celu, że zapominasz o tym, żeby zachwycać się tym, co mijasz po drodze?
Może nie zwracasz uwagi na widoki? Nie delektujesz się? Nie czerpiesz pełnymi garściami z tego czasu  pomiędzy?
Może czekanie założyło ci klapki na oczy i skupiona na tak bardzo wyczekiwanym happy endzie, tracisz to, co najcenniejsze?

Bo możesz wierzyć lub nie, to właśnie czas podróży jest najważniejszy.
Nie moment, w którym pierwszy raz tulisz w ramionach długo wyczekiwane dziecko.
Nie chwila, w której odbierasz dobre wyniki u lekarza.
Nie czas urządzania nowego domu, w przepięknym miejscu.. ale podróż.
Zrozumiesz, kiedy uświadomisz sobie jaka byłaś przed, a jaka jesteś teraz.

Cel nigdy nie jest celem samym w sobie.

Dziecko nie jest celem samym w sobie.
Spełniona obietnica nie jest celem samym w sobie.
Ukochany mąż przy twoim boku nie jest celem samym w sobie.
Pełne zdrowie nie jest celem samym w sobie.
Awans nie jest celem samym w sobie.
...

To momenty pomiędzy pragnieniem, a spełnieniem, okazują się być najcenniejsze i najbardziej wartościowe z perspektywy czasu.
W pewnym momencie patrzysz wstecz i widzisz, jak bardzo zmieniła cię ta podróż. Jak wiele mogłaś się nauczyć, o ile silniejsza się stać, jak dużo zrozumieć.

Najczęściej właśnie w czasie naszej drogi jesteśmy najbliżej Boga. Chcemy być jak najbliżej Niego.
Jesteśmy najbardziej zależni od Stwórcy, bo całkowicie bezbronni, w Nim znajdujemy swoją siłę.

My jednak czasami tak bardzo chcielibyśmy pójść na skróty. Przeskakiwać z jednego miejsca w naszym życiu, na drugie, tracąc okazję do tego, żeby się rozwijać, zbliżać do Boga, dojrzewać.. stawać się człowiekiem doświadczonym. 
Takim, który nie zna ze słyszenia, ale zna naprawdę, bo przeżył.

Wypłakał.
Wycierpiał.
Wychował.
Wymodlił.
Wytrzymał.

Bo człowiek tylko tyle wie, ile sam, na własnej skórze, przeżył.

Przesadnie skoncentrowani na celu, tyle ludzi możemy przegapić, tyle potrzeb.. bo chociaż trudno w to uwierzyć, istnieje świat poza naszym problemem. Istnieją potrzeby większe, niż nasze.
Niektórzy ludzie stoją na naszej drodze po to, żeby nam pomóc. Pan Bóg posyła ich, żeby dać nam wytchnienie i zachętę.
A my, z klapkami na oczach, nie widzimy wyciąganych do nas rąk.

Możemy przegapić możliwości.
Możemy przegapić lekcje.
Możemy przegapić czas, który podczas oczekiwania przecieka nam przez palce..
Czas na rzeczy, na które już niedługo tego czasu nie będzie, bo przyjdzie nowe.

Niech nam się tak nie spieszy, Kochani.
Bóg wie kiedy.
Bóg wie jak.
Bóg wie..
Odpoczywaj w tej świadomości i ciesz się podróżą!

Przestań szukać drogi na skróty.
Bóg poprowadzi Cię drogą DOSKONAŁĄ! (Psalm 18;33)
Nie ma lepszej. Nie ma piękniejszej.
Właśnie TA jest doskonała.

Czasami wydaje nam się, że przed nami cel życia. Że kiedy już osiągniemy, już będziemy mieć, to czy tamto, wtedy niczego nigdy nie będzie nam już brakować. Będziemy mieć wszystko.
A może jednak to nie życiowy cel, a podróż życia?
Może to w tej podróży właśnie jest to wszystko, co do pięknego, świadomego i dojrzałego życia jest nam potrzebne?

Może ta podróż to czas przygotowania?
Żebyś w pełni wyposażona mogła uściskać swojego dziecko, gotowa żeby zostać mamą.
Żebyś nauczona pokory i doświadczona, mogła objąć to kierownicze stanowisko.
Żebyś pełna empatii i współczucia poszła do innych kobiet, cierpiących tak samo jak ty, jeszcze całkiem niedawno.. żebyś była dla nich żywym dowodem Bożej mocy i Jego wyciągniętą dłonią.

Ciesz się podróżą, to hasło przewodnie ostatnich kilkunastu miesięcy mojego życia.
Ja też czekam.
Przebieram nogami, niecierpliwie spoglądam na zegarek, zapominam rozglądać się wokoło i delektować się tymi chwilami pomiędzy obietnicą, a jej spełnieniem.
Czasami zmęczona tą drogą, wyczekuję końca.. ale jeszcze nie teraz.
Bo wszystko ma swój czas, pamiętasz?

Czasami trudno jest ufać w najbardziej odpowiedni, Boży czas. Najlepszy czas.
Najlepszy plan.
Trudno jest wierzyć w to, że wszystko jest pod Jego kontrolą. Że nic się nie wali, nic nie przepada, niczego nie tracimy.. czekając.
Mimo wszystko zaufaj.
Mimo wszystko uwierz.
Wszystko jest pod kontrolą.

Jeśli coś ma być twoje - będzie twoje.
A to co masz na dziś, jest zupełnie wystarczające.. na dziś.

Jeden z moich ulubionych wersetów mówi:

Powierz Panu drogę swoją, zaufaj Mu, 
a On wszystko dobrze uczyni. 
                                                                               (Psalm 37;5)

Więc zrób to. Pozwól Bogu kierować swoim życiem.
A potem.. potem po prostu ciesz się podróżą.







Rola życia

Czasami tak koszmarnie mi się nie chce. Tak mi się nie chce być mamą, że nawet opisać jest mi trudno, jak bardzo.
Gdyby tylko ktoś chętny w te dni się pojawił, żeby mnie w tym wszystkim zastąpić, to bez mrugnięcia okiem, chociaż na kilka godzin, zostawiłabym wszystko.
Wszystko!

Łóżka niepościelone bym zostawiła, brudny kubek po kawie na stole i rozładowany telefon.
Listę zakupów schowaną do szuflady, nerwy, zmęczenie, kłótnie przy śniadaniu, pełny kosz prania..
I dzieci.
Zostawiłabym dzieci.
Te wymodlone, wymarzone, wyściskane, ukochane.. żeby pobyć sama na chwilę.
Sama wypić kawę. Sama pójść do parku i na lody.
Sama!

Zapisałabym tylko na karteczce o której trzeba Benia odebrać ze szkoły, o której Jasia, i numer do Teściowej, bo jest pediatrą.
Tak w razie czego..


Bo chociaż tyle piszę o tym żeby wolniej, prościej i mniej, to prawda jest taka, że czasami  tylko  bycie mamą, to dla mnie za dużo.
Już nic więcej wykreślić z kalendarza nie mogę, wolniej ani prościej się nie da.. a ledwo koniec z końcem wiążę.
Emocjonalnie, fizycznie i duchowo też.
Zupełnie nie wiem dlaczego, ta duchowa strona zawsze jakoś na końcu, zaniedbana.. chociaż najważniejsza przecież.

Myślę, że w byciu mamą, najtrudniejsze jest być nią zawsze.
Bez względu na wszystko.
W środku nocy, nad ranem i o świecie, kiedy powieki jeszcze takie ciężkie po nieprzespanej nocy.
Kiedy boli głowa, kiedy męczy kaszel, w wakacje i w każdą niedzielę.
W zdrowiu i w chorobie, w bogactwie i w biedzie, w szczęściu i kiedy wcale nie jest nam do śmiechu..
Zawsze.


Może nie tylko ja czasami najchętniej zostawiłabym te sterty prania czekającego na poskładanie, zlew pełny i piach w przedpokoju.

Może nie tylko ja zostawiłabym bez mrugnięcia okiem te wieczne dylematy, bo nie ma ucieczki od:
posłać do szkoły szybciej czy zostawić w przedszkolu jeszcze rok?
Włączyć kolejną bajkę czy poczytać im książkę?
Pomidorowa, bo Jaś mnie prosił, czy grochówka, bo Benio przepada?
Posłać do szkoły, bo to tylko katar, czy nie posyłać, bo może to coś więcej?
Bluza i kurtka, czy sama bluza wystarczy? A może zacznie padać w południe..?
I nigdy nie wiadomo, czy wieczorem sen jest ważniejszy, czy książka, czy film, czy może po prostu wsłuchanie się w swoje myśli.

Nawet mokre całusy i szczere uściski bym zostawiła na te parę chwil.. bo bycie mamą, to nie bezustanna wdzięczność w ich oczach, blask fleszy, uznanie.
Często nie usłyszysz nawet krótkiego dziękuję.
Rzadko kto doceni i popatrzy z podziwem.
Nikt nie wpada w zachwyt na widok matki z trójką malutkich dzieci w Biedronce.
Większość liczy w tym czasie 500+ i twój ogromny zysk z posiadania potomstwa.


Pierzesz.
Prasujesz.
Gotujesz.
Tłumaczysz.
Słuchasz.
Uspokajasz.
Nalewasz zupę, a potem wycierasz tę zupę z podłogi.
Powtarzasz.
Zabraniasz.
Pozwalasz.
Wątpisz w siebie.
Przytulasz.
Karmisz.
Śmiejesz się.
Płaczesz.
Podajesz kubek.
Podnosisz brudne skarpetki.
Modlisz się.
Czytasz.
Martwisz się.
Wzdychasz.
I kochasz.. tak bardzo kochasz.
Z tej miłości po raz kolejny wiążesz buciki upłakanej dwulatce udając, że wcale cię ten wrzask nie rusza.. a w środku ciebie burza.
Z piorunami.

Pisałam już, że jesteś wyjątkowa?


Mamą jesteś zawsze.
Nawet w tej samotni, której tak bardzo czasami potrzebujemy.
Z bijącym sercem zostawiasz wszystko za sobążeby po jakimś czasie tego wszystkiego zaczęło ci po prostu brakować.
Tego gwaru, od którego uciekałaś. Tych pytań, na które nie chciało ci się już odpowiadać.
Tego śmiechu. Tego uzależnienia od twoich ciepłych ramion.
Tęsknisz.

Nagle uświadamiasz sobie, że nie potrafisz już nie być mamą.
I już zawsze chcesz nią być, chociaż to jest w byciu mamą właśnie najtrudniejsze.

Mamą jesteś zawsze.
Dzieci są w twoich myślach i na zdjęciach w telefonie.
Pachniesz Lovelą, a w torebce nosisz krem na odparzenia.

Chcesz to wszystko, co za sobą zostawiłaś, z powrotem odzyskać.
Zanurzyć się w tej przesiąkniętej miłością, matczynej codzienności.
Znowu nie nałożyć makijażu.
Znowu nie mieć czasu na oddech.
Znowu łóżka ścielić i pić zimną kawę.
Znowu czuć zapach wykąpanego dziecka wieczorem.
Znowu w zamyśleniu głaskać aksamitne włoski..


Wiesz.. tych chwil w samotności nigdy wspominać nie będziesz. 
Nie z tym uśmiechem, nie z tymi emocjami.
Za to wzruszenie przyjdzie na pewno, kiedy będziecie rozmawiać o chwilach spędzonych razem.
To, jak śmiesznie przekręcała słowa, kiedy śpiewała piosenki.
Spacery po deszczu i skakanie w kałużach i wypadki, które dzisiaj tyle kosztują cię nerwów.

Jestem mamą. Mamą trójki wyjątkowych, małych ludzi.
To tak bardzo dzisiaj oczywiste. Tak bardzo momentami trudne. Tak bardzo czasami męczące.. ale ponad wszystko cudowne. Najpiękniejsze.
Rola mojego życia. Rola, z której nigdy się nie wychodzi.


Dziś nasz dzień, Kochana Mamo.
I jutro.
I w niedzielny poranek.
I w następny piątek.
W czerwcu, w sierpniu i w grudniu..

I chociaż czasami wszystko chcesz rzucić i nigdy nie wracać, to kiedy jednak wrócisz.. świętuj!
Każdego dnia ciesz się z bycia mamą.
Z tego, że masz co zostawiać i do czego wracać. Z tego, że masz za czym tęsknić, popijając na spokojnie kawę w kawiarni.
Nie każda kobieta swoją szansę na tę rolę życia dostanie.. a ty masz to szczęście.
Bóg właśnie Ciebie do tej roli wyznaczył.

Więc świętuj dzisiaj.
I jutro świętuj.
I w niedzielny poranek.
I w następny piątek.
W czerwcu, w sierpniu i w grudniu..








Wszędzie dobrze

Kiedy u nas środek zimy - tam pełnia lata.
U nas Wesołych Świąt - u nich Merry Christmas.
Tutaj złotówki - tam dolary.
U nas psy i koty - tam kangury i misie koala.
Tutaj smog - tam błękit nieba i zapach oceanu.

Dużo naczytałam się w internecie, naoglądałam się zdjęć i uśmiechniętych twarzy.
Jedyne co mnie łączy z tamtym światem to kilka bliskich mi osób.
Sama nigdy tam nie byłam i nie widziałam na własne oczy tego obłędnie błękitnego nieba.
Czasami jednak wydawało mi się, że tam byłoby nam lepiej, łatwiej, spokojniej..
Ludzie bardziej radośni się wydają. W urzędach podobno uśmiech można spotkać i życzliwość, a nikt za karę nie pracuje.
W przychodniach nie ma kolejek od piątej rano, a kiedy w listopadzie potrzebujesz specjalisty, to jest dla ciebie miejsce. Nie trzeba czekać do stycznia.
Tam rodzi się po ludzku.. i żadna akcja społeczna nie jest do tego potrzebna. Bez względu na szpital - czy prywatna klinika czy państwowa placówka, wszędzie poród może stać się najpiękniejszym wspomnieniem matki.
Tam owoce bardziej są soczyste, piękne plaże można mieć na wyciągnięcie ręki i palmy rosną w ogrodzie zamiast brzózek.


Ja miałam swoją Australię, ktoś inny może marzyć o Ameryce, Irlandii, Hiszpanii, albo o wsi na Mazurach.. różnie to z nami jest. Ale czasami wszystkim nam się wydaje, że gdzieś tam można być bardziej szczęśliwym.
Gdzieś tam, czas biegnie inaczej.
Gdzieś tam, moglibyśmy zwolnić i nie pracować tak dużo.
Gdzieś tam, wakacje z rodziną byłyby w końcu możliwe.
Gdzieś tam...

Obok zdjęć piaszczystych plaż i krystalicznie czystej wody, obok uśmiechniętych twarzy zadowolonych z życia ludzi, jakiś czas temu na FB pojawiły się też zdjęcie naszego przyjaciela, który walczył z rakiem.
Podłączony do chemii, z opaską na ręce: Wszystko mogę w Tym, który mnie wzmacnia, walczył w bardzo nierównej walce.

Lubimy idealizować, ale prawda jest taka, że i tutaj i tam są problemy.
I tutaj i tam czasami brakuje do dziesiątego.
I tutaj i tam są lepsze i gorsze dni.
I tutaj i tam trzeba zrobić zakupy i chodzić do pracy.
I tutaj i tam dzieci płaczą i nie chcą wstawać rano do szkoły.
I tutaj i tam są choroby i czasami na skrzyżowaniu psuje się samochód.
Tylko kierownica w tym samochodzie, po prawej jest stronie..

Możemy być szczęśliwi, w Polsce, w małym mieszkaniu na czwartym piętrze. Mieszkając kątem u teściów, w kawalerce, i wtedy, kiedy dach w domu ze starości się sypie.
Tutaj też mogę zasypiać bez strachu o jutro, bo znam Tego, który już tam jest.

Jeśli teraz nie potrafisz się uśmiechać doceniając to, co masz - żadne miejsce na ziemi tego nie zmieni.
Jeśli dzisiaj nie znajdujesz chwili na rozmowę z mężem i spacer z dziećmi, to dlaczego myślisz, że gdzieś tam byłoby inaczej
?
W nowym domu, dzieci nie będą kłócić się mniej.
Zwykłe dni nie zaczną cię nagle cieszyć, kiedy wyprowadzisz się nad morze.
Spokojny sen nie przyjdzie tylko dlatego, że położysz się wieczorem w wygodnym łóżku, na drugim końcu świata.

Czytałam wiele historii ludzi, którzy wyjechali z naszego kraju szukając szczęścia, a jedyne co znaleźli, to rozczarowanie.
Pierwsza ekscytacja minęła. Przyszła rzeczywistość z górą prania na środku pięknej łazienki i płaczącym niemowlakiem na rękach.
Mąż nie bywał w domu częściej, a zarobione pieniądze wcale nie przyniosły szczęścia, a tylko nowy samochód.
Gonili za szczęściem, ale nie mieli go w sobie, dlatego żadna Ameryka, żadna Anglia, żadna Irlandia, Paryż ani Bieszczady, nie były w stanie im go dać.

Nasi przyjaciele wyjechali do Australii kilka lat temu. Ożenili się, dzisiaj mają tam rodziny i swoje życie. Zawsze będę ich pamiętać jako najbardziej uśmiechniętych, szczęśliwych i zadowolonych z życia ludzi, których kiedykolwiek spotkałam.
Byli szczęśliwi tutaj, w Polsce.
W małym mieszkaniu, niedaleko kopalni.
Jedna pensja, pięcioro dzieci i Bóg w centrum wszystkiego, co robili.

Nigdy nie narzekali.
Nigdy nie mieli za mało.
Wszechmocny w ich życiu był zawsze na pierwszym miejscu i wiem, że stąd ta radość.
Taka niezależna od miejsca, pogody i grubości portfela.

Mówią, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.
A gdyby tak, wszędzie było nam dobrze?
Tak po prostu.
Dzisiaj, tutaj i teraz.

W tych dwóch ciasnych pokojach.
W tym mieście.
Na tej ulicy.
W tym kraju, ze smogiem i długą zimą.
Przy starym, odrapanym, kuchennym stole.

Jeśli nie masz pokoju w sobie, nie znajdziesz go nigdzie indziej.
Jeśli szczęścia szukasz w tym co tymczasowe, to ono minie prędzej niż myślisz.
Szczęścia nie znajdziesz nawet w najpiękniejszym zakątku świata, bo szczęście to nie miejsce, nie posiadanie, nie widok za oknem, ani Merry Christmas w środku lata.

Łatwiej w życiu będzie tylko temu, który zadba o jakość swoich myśli. Uważniej przyjrzy się czym głowę napełnia, jak myśli o innych i o sobie.
Bogaty będzie ten, który zrozumie, co ma prawdziwą wartość i z tą świadomością coś w swoim życiu zrobi.
Szczęśliwy będzie każdy, kto swoje szczęście przestanie uzależniać od miejsc, rzeczy i okoliczności, a zacznie szukać go w Bogu.

Jedyne miejsce, które może dać szczęście, to te, blisko Bożego serca.
Wtuleni w Niego, zawsze i wszędzie znajdziemy spełnienie.
Bo wszędzie dobrze, ale z Bogiem najlepiej..



Postęp

Zamiast trzech kaw, wypiłam jedną i pół.
Nie słodziłam herbaty, a wieczorem poszłam pobiegać.

Opanowałam emocje.
Nie powiedziałam za dużo, chociaż milczenie kosztowało mnie wiele.

Mówię o Niej dobrze. Staram się myśleć o Niej dobrze.
Modlę się o Nią, bo wiem, że to dobrze.. chociaż między nami dobrze wcale nie jest.

Zamiast bajki, wspólne oglądanie książek.
Zamiast krzyku, liczenie do dziesięciu.
Zamiast drożdżówki, rukola z fetą i suszonymi pomidorami.
Zamiast Facebooka - Bóg. I Biblia. I modlitwa.

Widzę postęp. Ogromny krok w dobrą stronę - dokładnie tam, gdzie chcę być i gdzie widzę siebie za jakiś czas.
Celebruję moje małe zwycięstwa nad wielkimi słabościami.
Cieszę się jak dziecko, kiedy myślę o minionym dniu, bo wczoraj.. wczoraj było inaczej.


Wczoraj nie opanowałam emocji i podniosłam na Niego głos.

Wczoraj zastanawiałam się, czy czwarta kawa to już przesada, czy jeszcze nie..

Wczoraj nie dałam Jej mojej uwagi i spadła z krzesła.

Zamiast Boga - serial.
Zamiast sałatki - ciasto.
Zamiast bliskości - foch.

Nie wiem co będzie jutro. Zrobię wszystko, żeby jutro było lepsze niż wczoraj, i jeszcze lepsze niż dziś.
Ale wiem, że zmiana to proces.
Nieperfekcyjny, daleki od perfekcjonizmu, żmudny proces.
Z gorszymi i lepszymi dniami, pełen wzlotów i upadków, chwil słabości i triumfu.

Nie mogę spodziewać się, że już zawsze wszystko będzie takie jak dziś, bo na pewno nie raz zdarzą się takie dni, jak wczoraj.
I to jest normalne, ale.. wszystko mogę w Tym, który mnie wzmacnia. Pamiętasz?
Pamiętasz, że wszystko możesz w Chrystusie? ( List do Filipan 4;13)


Możesz opanować emocje, bo w Nim masz cierpliwość.
Możesz przytulić nieposłuszne dziecko, bo w Nim masz miłość.
Możesz nie podnosić głosu, bo w Nim masz łagodność.
Możesz nie bać się jutra, bo w Nim masz pokój.
Możesz z uśmiechem patrzeć w przyszłość, bo w Nim masz radość.
Możesz kupić jabłka zamiast drożdżówki, bo w Nim masz samokontrolę.
Możesz wrócić do sklepu i kupić temu Panu bułkę i sok, bo w Nim masz dobroć.
( List do Galacjan 5; 22-23 )

Możesz i ja też mogę.
Nie zawsze to robię, ale to wcale nie znaczy, że nie potrafię.
Że nie mam wystarczająco silnej woli, odpowiedniego charakteru, możliwości, środków.. tego wszystkiego, co same sobie wmawiamy, że nie mamy, kiedy tylko powinie się nam noga.
Mogę WSZYSTKO w Nim i przez Niego.

Jednego dnia robię kilka kroków w stronę celu, a drugiego, kiedy czuję się słabsza, odpoczywam popijając czwartą kawę i.. nabieram sił.
Przypominam sobie, że w Nim mogę wszystko, muszę tylko chwycić Go mocno za rękę.

A potem wstaję i znowu idę, nie oglądając się za siebie.
Czasami idę najdłuższą z możliwych dróg, ale stale.. do przodu.
Po prostu idę do przodu.
Robię sałatkę. Zaparzam zieloną herbatę. Przytulam moje dzieci. Mówię przepraszam. Uśmiecham się szeroko. Milczę..
I znowu zaczynam wierzyć, że jednak mogę.
Że Boży Duch jest we mnie, a Jego owoc może być widoczny w moim życiu.

Nie daj się wciągnąć w żaden wyścig, bo z nikim nie rywalizujesz!
Przestań szukać sposobów, żeby zadowalać innych ludzi.
Żyj dla Boga na swój sposób.
Jesteś unikalna, wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju..


Świętuj najmniejsze sukcesy. Najmniejsze postępy w tej nieidealnej drodze.
Zapisuj je i czytaj, kiedy poczujesz się słabsza.
I pamiętaj, że możesz.

Nie, nie sama. Nie bez wysiłku.
W Bogu możesz wszystko.
Nie wystarczy, że wierzysz w siebie - musisz wierzyć Bogu, a wtedy dostaniesz wsparcie, którego potrzebujesz i siłę niezbędną do tego, żeby zrobić kolejny krok.
Musisz uwierzyć w to, że mając Jego, masz wszystko czego potrzebujesz, by być najlepszą wersją siebie, na Jego chwałę.

Na pewno nie jestem jeszcze tam, gdzie chciałabym być, ale już nie jestem tam, gdzie byłam kiedyś.
I cieszę się każdym najmniejszym krokiem w dobrym kierunku.

Może jednak warto czasami obejrzeć się za siebie i zobaczyć, jak daleką drogę mamy już za sobą?
A potem uśmiechnąć się na myśl o postępie, który zrobiliśmy.
Postępie tak przecież dalekim od perfekcyjnego.. a jednak.








Równowaga

O jedzeniu mogłabym pisać bez końca, bo kocham jeść.
Jem dużo, nawet bardzo dużo.
Kocham gotować, piec, próbować nowych smaków i eksperymentować w kuchni.
Zawsze lubiłam czytać o jedzeniu i przeglądać książki kucharskie. Niezmiennie od lat, świętowanie w moich oczach, łączy się zawsze z dobrym jedzeniem i wspólnym biesiadowaniem przy zastawionym stole.
Lubię też wiedzieć, co jem i jak to jedzenie wpływa na moje samopoczucie i codzienne funkcjonowanie.

Wierzę w detoks.
Wierzę w leczenie jedzeniem.
Wierzę, że powiedzenie jesteś tym, co jesz, nie jest tylko jakimś tam hasłem.
Nie raz doświadczyłam na własnej skórze niesamowitej mocy tego, co wkładamy do naszych ust, a raczej mocy tego, czego sobie odmawiamy. Uwolniłam się na przykład od męczącej mnie od dziecka alergii.
Dzięki jedzeniu warzyw przez tydzień ( tzw. post warzywny dr Dąbrowskiej ), nie mam nawet kataru siennego.
Jestem zdrowa. Ale o tym może innym razem..

Jestem przekonana o tym, jak ogromne znaczenie ma codzienna dieta i naprawdę lubię dobrze i zdrowo jeść, ale mimo to uważam, że zdrowe odżywianie staje się ostatnio nową religią.
Widzę ludzi, którym trudno znaleźć w tym wszystkim równowagę, którzy grzeszą jedząc tort na własnych urodzinach i kupując lody z dziećmi na wakacjach.
...

Wydaje mi się, że świat zwariował na punkcie jedzenia.
Piszę o tym, bo sama jakiś czas temu dałam się wciągnąć w zupełnie chory sposób patrzenia na jedzenie.
Doszłam do momentu, w którym informacje na ten temat, spływające do mnie z każdej możliwej strony, stały się dla mnie ciężarem trudnym do udźwignięcia.
Ta prawda o jedzeniu, zamiast mnie uwolnić, zniewoliła mnie wtedy zupełnie.
A teraz, tylko prześladuje.


Czasami trochę tęsknię za  normalnością  sprzed kilku lat.
Tęsknię za niewiedzą.
Niby dobrze jest wiedzieć.. ja jednak tak bardzo bym chciała znowu trochę pożyć w błogiej nieświadomości. Na chwilę uwolnić się od ciężaru, który w sobie noszę, od kiedy więcej wiem.
Mieć wolną głowę od miliona myśli na każdych zakupach spożywczych, w przerwie na kawę i kiedy zamawiam moją ulubioną pizzę z kurczakiem i brokułami.

Tęsknię za kupowaniem chleba bez wyrzutów sumienia.
Bez żałowania, że znowu nie upiekłam swojego, bo chociaż był w planach, to nie wyszło.. a w kupnych tyle chemii, dodatków, spulchniaczy.
Chciałabym iść do piekarni w poniedziałek i poprosić o chałkę i trzy bułki do tego. W środę kupić żytni na zakwasie, ale w czwartek najzwyklejszy. Biały. Ten niezdrowy. Z oczyszczonej pszennej mąki, bo akurat mam ochotę.
Chciałabym znowu w spokoju sumienia móc go zjeść w domu na śniadanie jeszcze ciepły, chrupiący, grubo krojony, z masłem i świeżym pomidorem ze szczypiorkiem. Popijać tą koślawą pajdę ciepłym mlekiem od krowy i.. mleka też się nie bać.
A to wszystko zrobić z przyjemnością. Bez rozważań o pszenicy genetycznie modyfikowanej, zupełnie nie takiej jak dawniej.
Bez myślenia o tym, jak mi to żołądek zakleiło i jelita, jak niewartościowe to pieczywo, i że jak tak dalej sobie będę  pozwalać  to skończy się chemią i rakiem gdzieś w jelicie.. Skończę, jak te biedne szczury, na których testowali wpływ strasznej pszenicy.
Przecież czytałam, to wiem.

Tęsknię, za domowym ciastem do kawy.
Za przerwą w ciągu dnia, w której nastawiam sobie ekspress, spieniam mleko - krowie niestety, bo roślinnych w kawie nie znoszę -  i kroję kawałek dla siebie i męża. Bez poczucia winy.
Tak bym chciała nie musieć kombinować, czym zastąpić białą śmierć.. tyle ciast już zrobiłam bez cukru, glutenu, bez jajek nawet..takich pysznych  pewniaków polecanych na blogach. Bo takie modne teraz są ciasta BEZ.
Każde jedno było.. zjadliwe. Nic więcej.
A ja nie chcę zjadliwych ciast!
Nie chcę miękkich ciasteczek owsianych, niesłodkich zakalcowatych babeczek.. tęsknię za smakiem, który da mi przyjemność z jedzenia.
Za smakiem sernika z twarogu na przykład.. nie z kaszy jaglanej, z tofu, dyni i innych takich. Po prostu z twarogu. Bo taki znam. Taki pamiętam z dzieciństwa i taki lubię zjeść do kawy z krowim mlekiem i płaską łyżeczką trzcinowego cukru.

Po latach wielkiej miłości do sernika już wiem, że kochać go wcale nie powinnam. Że wszystko w nim jest nie tak i nie zdrowe. I w sumie nie wiem, czy chciałam o tym wiedzieć.
Od czasu do czasu mogę sobie na takie grzechy  pozwolić, ale nie za często.

Naprawdę tęsknię za tym, żeby móc jeść ze smakiem i przyjemnością.
Żeby jedzenie było mierzone nie tylko miarą wartości odżywczych.
Chcę, żeby znowu mogło przynosić nieskomplikowaną radość w ciemne, zimowe popołudnie.
Bez tej całej ciążącej mi świadomości niszczenia sobie zdrowia kawałkiem domowego ciasta, zjedzonym do ulubionej latte.

Tęsknię, za zakupami.
Takimi na luzie, na których jak chcę- to kupuję, zachęcona reklamą, smakiem czy ładnym opakowaniem.
Teraz idę jak do biblioteki.
Świadoma zagrożeń czyhających na mnie w każdej puszce czy słoiku, czytam na potęgę. I choć nie do końca ogarniam te wszystkie E- ulepszczacze, to wiem, że nas powoli zabijają. Niszczą zdrowie mojej rodziny. Trują.
Więc zanim wybiorę majonez, to stoję i czytam.. w końcu i tak z bólem serca wkładam do koszyka mniejsze zło, bo tego idealnego nie ma. Do tego wściekła jestem na siebie, że nie zdążyłam swojego majonezu zrobić i jakiś syf będę miała w sałatce.

Tęsknię za czasami, w których nic nie musiało być tytułowane bio, ani żadne takie, bo wszystko było zdrowe.
Z ogródka, bez nawozów, bez chemii i z dobrych nasion. Rolnik był rolnikiem, a nie bawił się w małego chemika.
Można było rwać truskawki w krzaczka, jabłek nie trzeba było obierać.
Nie trzeba było szukać na targu starusieńkiej Pani z kilkoma marchewkami i jedną cukinią, żeby mieć pewność, co się będzie jadło.
Wtedy marchewka pachniała marchewką, czosnek nie przypływał z Chin, pomidor miał smak pomidora, a borówek nie było w grudniu na sklepowych półkach, ani truskawek w styczniu.

Tęsknię za tym, żeby po prostu cieszyć się jedzeniem.
Delektować się smakiem potraw, które znam i poznawać takie, których nigdy nie miałam okazji próbować. Bez pytań i dociekania, co mam na talerzu. I czy aby na pewno nie ma w tym daniu białego cukru, mąki, niezdrowych tłuszczy, albo jajek z chowu klatkowego.
A ostatnio słyszałam, że nawet te jajka od sąsiadki zza płotu, mają w sobie tyle złego, że lepiej z jajkami to na odległość..
No horror.

Chciałabym móc podać wam przepis na najlepsze ciasto czekoladowe, które kiedykolwiek jadłam - z cukinią.
Bez obawy czy wpasuje się w najnowsze trendy clean food, slow food, eko, bio, zdrowego stylu życia, fit, healthy & happy. Bez wątpliwości, czy nadal jestem odpowiedzialną mamą, która dba o zdrowie swoich dzieci.
Bo to ciasto czekoladowe, pierwotnie ma w składzie cukier i białą mąkę, proszek do pieczenia, kakao.. a z kakao też niby coś jest nie tak.
Już się trochę gubię.

Unikam czytania artykułów, które mówią mi, że wszystko jedno jak bardzo się staram - i tak nie dam rady uchronić moich dzieci przed rakiem. Bo i z powietrza, i z kostki do ubikacji, a nawet z białego papieru toaletowego- można go dostać.
W takich tekstach uświadamiane jesteśmy jak bardzo jest źle i że będzie tylko gorzej.
Żadnej praktycznej wskazówki, żadnej iskierki nadziei, żadnej pomocy, tylko fakty, które mnie akurat, bardzo psychicznie męczą.
Niestety dopiero po tym jak coś przeczytam to wiem, że to taki właśnie tekst..
Nie twierdzę, że takie artykuły kłamią. Najgorsze jest to, że wiem, że to najczęściej prawda najprawdziwsza.. ale momentami zazdroszczę temu zwykłemu Kowalskiemu, co o tych zagrożeniach pojęcia nie ma żadnego.

Wiem, jaka odpowiedzialność na mnie ciąży i źle mi z tym. Wiem, ile ode mnie zależy - zdrowie mojej rodziny, nawyki żywieniowe moich dzieci, ich umiłowanie do sportu i ruchu. Przecież wiem, jakie to wszystko ważne, jak na nas wpływa, ale.. nie chcę dać się zwariować.
Nie mogę!

Wystarczy mi równowaga. Taki mój własny  złoty środek w tym wszystkim.
Życiowy balans i dystans do ciągle zmieniającej się żywieniowej mody, a nie radykalne podejście do tematu. Nie wpadam w skrajności.

Nie wybrzydzam, kiedy jestem u kogoś w gości, nie noszę swoich pudełek na rodzinne imprezy.
Nie odmawiam sobie loda, kiedy idę z dziećmi do parku.
Jednego dnia piekę własny chleb, robię do niego pastę z cieciorki i domową wędlinę, innego dnia jemy bułki z Biedronki z serem i ketchupem o dobrym składzie.
W poniedziałek mam zawsze tyle na głowie, że mamy pomidorówkę z makaronem na obiad, ale we wtorek przygotowuję pełnowartościowy posiłek z odpowiednią ilością warzyw, grillowanym indykiem i niepaloną kaszą gryczaną.
Smażę na oleju kokosowym, solę solą morską bez antyzbrylaczy, kupuję ksylitol, pijemy wodę i świeżo wyciskane soki.
Lubię zrobić sobie zielone smoothie, a w sezonie szukam niepryskanych warzyw i hoduję swoje pomidory.
Ale lubię też zamówić sobie pizzę. Lubię zjeść białe pieczywo - chałkę z masłem i chrupiące bułki. Lubię pić gorącą czekoladę i czarną herbatę z cytryną.
A do filmu wcinam najczęściej domowy popcorn, chociaż prażony słonecznik i chipsy z jarmużu też są spoko.

Przyszedł dzień, w którym musiałam wybrać i trochę przystopować.
Bo kiedy jednym rzeczom mówiłam radykalne tak, innym mówiłam nie, też zazwyczaj bardzo radykalne.
Najczęściej, w trakcie tego żywieniowego szału, mówiłam nie mojej rodzinie. Bo chociaż wszystko to było też dla nich, to jednak bez nich.
Mąż mi świadkiem.
A potem w nocy nie spałam, układając w głowie zdrowe menu, co by każdemu z rodziny podpasowało.
Wieczorami szukałam nowych przepisów. W ciągu dnia godzinami siedziałam w kuchni.
To wszystko mijało się z celem.

Moje ciało to świątynia Bożego Ducha i dbam o nie najlepiej jak potrafię, ale nie.. nie dam się już więcej wciągnąć w pułapkę podporządkowania każdego aspektu mojego życia w imię zdrowia i długowieczności, choć kocham cieciorkę, fasolowe burgery i szpinak!
Wierzę, że nie tędy droga. Przynajmniej nie dla mnie.

W życiu jest czas na kuchenne eksperymenty, jaglane babeczki bez cukru i poranny jogging, a jest też czas na kupne ciasto i leniwy spacer po parku w niedzielne popołudnie.
Jeśli tylko mogę, używam zdrowszych zamienników. Jeśli jednak  zdrowszy zamiennik oznacza nieudane próby, większą ilość czasu spędzoną w kuchni, smak, którego nie akceptują moi domownicy.. odpuszczam.
Nie teraz.
I nie wariuję. Nie biczuję się za to w myślach.
Wrzucam na luz i szukam... równowagi żywieniowej, dla własnej równowagi psychicznej.

Znajdź swoją równowagę. Znajdź swój sposób na zdrowie i smak w jednym. To naprawdę się nie wyklucza!
Znajdź swój złoty środek. Coś, co wpasuje się w twój aktualny rytm dnia i tryb życia.
Coś, co będzie dla ciebie i twojej rodziny najbardziej odpowiednie na teraz.
Znajdź przyjemność w jedzeniu i nie bój się tej przyjemności! Myślę, że bez niej, nasze życie byłoby po prostu znacznie uboższe..
Działaj z mądrością i troską o własne zdrowie.
Kiedy trzeba, powiedz nie.
Kiedy uznasz, że to dla ciebie dobre, że warto - jedz z radością i bez wyrzutów sumienia!
Słuchaj siebie.

I pisze to kobieta, która właśnie skończyła produkować kolejny litr mleka kokosowego do puddingu z chia.
Bo na dzisiaj, to właśnie jest moja równowaga.
A co!










Dla wytrwałych, spisałam kilka cytatów Nigelli, którą lubię i szanuję, między innymi za ten jej luz we wszystkim.
I w podejściu do jedzenia też.. :)

Nigdy nie usłyszycie ode mnie ani słowa o 'zdrowej' żywności. Nie cierpię tego określenia, ale jeszcze większe obrzydzenie wzbudza we mnie współczesna mantra tzw. 'czystego jedzenia' (clean food). Nienawidzę tego newage'owego bełkotu dotyczącego jedzenia, tej wizji, że żywność albo szkodzi, albo cię leczy, że dobra dieta czyni cię dobrym człowiekiem i że ten człowiek oczywiście jest szczupły, gibki, silny i sprawny... Taki pogląd, zdaje mi się, jest niebezpiecznie blisko połączenia nazizmu (z jego ideologicznym kultem fizycznej doskonałości) i purytanizmu (z jego pogardą ciała i wiarą w zbawienie przez umartwianie.
(...)
Zawsze wierzyłam, że jedzenie przyrządzane dla siebie już z zasady jest dla nas dobre. I to nie tylko dlatego, że dobre, naturalne składniki są lepsze niż sztuczne wypełniacze, ale także dlatego, że gotowanie dla siebie jest samo w sobie nadzwyczaj pozytywnym działaniem, aktem dobroci. 
(...)
Osiągnięcie równowagi życiowej po części zależy od tego, czy zrozumiemy, że każdy dzień jest inny, więc i jedzenie powinno być urozmaicone. Bez słodyczy brakuje tej równowagi, a takie ograniczanie się, to początek obsesji, która jest mi z gruntu obca. Zauważam, że osoby, które zawsze mają w domu dużo czekolady i lodów, pieką ciasta i ciasteczka, nie mają z tym żadnych problemów, zaś znajomi, którzy na co dzień odmawiają sobie 'grzesznej przyjemności', w czasie wizyty wyjadają ciasto do ostatniego okrucha i wyskrobują lody do dna.
(...)
Wszystko co ma słodki smak, zawiera cukier. Ciasto z syropem z agawy nie jest ciastem bez cukru, choć ostatnio to modne przekonanie. Wiele osób prosi mnie i przepis na dietetyczny deser. Odpowiadam: nie jedz deseru. Nie czuję się winna - jedzenie słodkości do ważna część życia towarzyskiego i świętowania, a ja z przyjemnością włączę się w te obrzędy. Jeśli komuś się nie podoba, niech tego nie robi.







Uciszy cię w swojej miłości

Kiedy ktoś zrobi im krzywdę, przybiegają do mnie z żalem i moczą łzami ramiona.
Kiedy przewrócą się na rowerze, spadną z huśtawki albo kopną najmniejszym palcem o ten sam próg, co zawsze.. wtedy przytulam ich mocno, głaszczę i całuję.
Czasami smutni wdrapują się na kolana, bo najlepszy kolega najlepszym kolegom już nie jest i bawi się teraz z Antosiem.
Czasami coś im się nie uda i przybiegają, żeby mi o tym opowiedzieć.
Innym razem leżą w gorączce i chcą być zwyczajnie blisko mnie. Chłopcy zasypiają z głową na moich kolanach, a Mili wtulona przemierza ze mną kilometry po wszystkich pokojach i korytarzach naszego domu.

Krzywda, ból, niepowodzenie, odrzucenie, choroba, strach..
Przeżywają to samo co my, dorośli, tylko w swoim dziecięcym świecie.
Odrzucenie wcale nie boli mniej tylko dlatego, że ma się pięć lat.
Nie jest ważne, czy Mili boi się muchy, czy pająka. Jej strach jest tak samo realny, jak mój. Ten, przed wysokością i dużym psem sąsiada.

Staram się o tym pamiętać i po prostu być, kiedy tego potrzebują.
Z tą bezwarunkową miłością, której zawsze powinni być pewni.
Z miłością, która potrafi uciszyć nawet największą burzę w ich życiu. Przynajmniej teraz..
Bo to właśnie ta miłość sprawia, że ze wszystkim przychodzą najpierw do mnie i do swojego Taty.
Potrzebują uciszenia, które znaleźć można tylko w ramionach kogoś, kto kocha bez żadnych warunków.


Cokolwiek jest powodem strachu i kolejnego złego dnia w twoim życiu. Cokolwiek jest źródłem twojego smutku, nieprzespanych nocy, depresji.. musisz pamiętać, że..

Bóg chce być dla ciebie Ojcem, na którego kolana wdrapiesz się bez zawahania.
I wszystko jedno, czy stłuczesz kolano przez własną głupotę, czy ktoś inny podłoży ci nogę.
On jest.

Bóg chce być dla ciebie Tym, na którego ramieniu uśniesz w poczuciu bezpieczeństwa i zrozumienia.
I wszystko jedno, czy przyprowadził cię do Niego strach przed pająkiem, czy choroba, która odbiera ci siły.
On jest.

Bóg chce być dla ciebie Tatą, do którego przybiegniesz zalany łzami i z bólem ściskającym gardło.

I nie przejmuj się, jeśli nie będziesz w stanie wydusić z siebie ani słowa.
Jego miłość, nawet wtedy może dać ci ukojenie, którego potrzebujesz.

On może i zrobi to. Jestem pewna, bo tak obiecał.

Nasz Ojciec uciszy cię w swojej miłości.  Ks. Sofoniasza 3;17

Po prostu przyjdź.





Stworzona by pragnąć

Nie mam tyle czasu na czytanie książek, ile chciałabym mieć.
Są jednak książki, których nie mogę nie przeczytać.
Na które znajduje się czas pomimo wszystko.
Leżą zawsze w zasięgu ręki tylko po to, żeby móc sięgnąć po nie w wolnej chwili i przeczytać chociaż kilka zdań. I te kilka zdań zazwyczaj wystarcza, żeby się zatrzymać, zastanowić, zainspirować do życia bliżej Boga i do życia po prostu. Takiego lepszej jakości.
Tych książek nie pochłania się w jeden wieczór.
One zmuszają do myślenia i spojrzenia wgłąb siebie, a to zazwyczaj zajmuje dłuższą chwilę.

Nie leżą zakurzone na regale.
Nie są lekturami na jeden raz.
Ich okładki są pogniecione od noszenia w torebce, bo chcesz je mieć ze sobą wszędzie tam, gdzie będzie okazja do przeczytania kolejnych cennych myśli.
Jedna ma tłuste plamy po niewyschniętym jeszcze kremie do rąk, druga niewielki ślad po porannej kawie na dwudziestej czwartej stronie..
Leżą na kuchennym stole i na tej szafce w przedpokoju, gdzie wszystkie klucze i balsam do ust.

Te książki traktuję bardziej jak pamiętniki mojej relacji z Bogiem.
Zapisuję, zaznaczam, podkreślam..
I nie pożyczam nikomu.. i to nie ze skąpstwa. Za dużo w nich mnie i moich osobistych myśli.

Książki Lysy TerKeurst, to po prostu inna kategoria książek.
W każdej z nich Lysa jest tak przeźroczysta i prawdziwa, że wydaje się jakby była co najmniej twoją dobrą znajomą.
Z tymi samymi problemami i dylematami.
Potrzebująca Boga jak powietrza.
Najlepsze jest to, że wcale nie udaje, że jest inaczej.
To takie dzisiaj niemodne.. nie radzić sobie, mieć słabości i obnażać je przed tysiącami czytelników.
Lysa to robi.

Książki przepełnione są Bożym Słowem i to jest naprawdę piękne.
Każdy przytoczony werset ma swoje znaczenie i sprawia, że czas spędzony na czytaniu jest czasem w którym autentycznie zbliżamy się do Boga i rozważamy Jego Słowo.


Od dawna chciałam napisać Wam o książce  Stworzona by pragnąć.
Na samym początku muszę zaznaczyć, że to nie jest książka o odchudzaniu.
Nie tylko.. ale jeśli od dawna chcesz się pozbyć zbędnych kilogramów lub chcesz po prostu zmienić styl życia na zdrowszy, nie znam książki, która bardziej zmotywuje Cię do działania.

Stworzona by pragnąć jest książką o szukaniu głębokiej motywacji do zmian.
Jakichkolwiek zmian.

Prawie każdy z nas ma w swoim życiu to coś, co chciałby zmienić. Często wiemy jak to zrobić, ale brakuje nam chęci i determinacji do osiągnięcia celu.
Dlatego ciągle zaczynamy. Od nowego roku. Od poniedziałku. Z początkiem miesiąca.. rok za rokiem mija, a my ciągle tkwimy w tym samym punkcie.
Uświadamiamy sobie, że walka z naszymi słabościami okazuje się być bardzo nierówna.

Autorka pisze o swojej drodze do zdrowia i pozbycia się nadwagi. Zniechęcona wieloma nieudanymi próbami i obietnicami typu  zacznę od poniedziałku, zaczęła szukać ratunku w Bogu.
I znalazła.

Stworzona by pragnąć  to opis duchowej podróży.
Jeśli zastanawiasz się, czy w ogóle można połączyć zrzucanie kilogramów z Bogiem, to odpowiem tylko, że można i to w bardzo niezwykły sposób.


To książka dla zniechęconych porażkami i chcących trwałych zmian pod wpływem zmiany sposobu myślenia, a nie chwili, emocji czy mody.
To książka dla tych, którzy wierzą, że jest więcej. Więcej niż nasze słabości, więcej niż nieudane próby i ciągłe powroty do punktu wyjścia.

To książka dla tych, którzy chcą pragnąć tylko Boga i porzucić to coś, czym czasami próbują Go sobie zastąpić. Świadomie lub nie..
Bo jesteśmy stworzone by pragnąć Boga. I tylko Boga.

Poleciłam tę książkę już kilku osobom.
Kiedy spytałam jedną z nich o to, czy już zdążyła ją przeczytać, odpowiedziała że zaczęła, ale jeszcze nie dokończyła.
Stwierdziła, że książka jest na tyle mocna w swoim przekazie, że nie można jej przeczytać i nic z jej treścią nie zrobić, a Ona nie jest jeszcze gotowa na zmiany.

Zgadzam się z Nią zupełnie.
Nie można tej książki przeczytać i nie podjąć żadnych kroków w stronę lepszego jutra.

Z całego serca polecam.