Czasami trzeba

Poszłam na długi spacer w góry.
Poszłam, bo Mąż dał mi urodzinowy prezent trochę wcześniej i zajął się naszymi dziećmi na dwa dni, a ja mogłam.. mogłam wszystko, co tylko chciałam.

No więc pojechałam w góry.
W ten najpiękniejszy i najcieplejszy dzień tej jesieni poszłam na spacer, na który tak bardzo czekałam i o którym marzyłam za każdym razem, kiedy w tych górach byliśmy całą rodziną.
Poszłam całkiem sama, z aparatem przewieszonym przez ramię, tysiącem myśli do ułożenia w kolejne blogowe teksty i kilkoma, którymi podzieliłam się tylko z Tatą.

Podziwiałam przepiękne widoki, odpoczęłam jak nigdy, a tekst, który w głowie się tworzył, niedługo będziecie mogli przeczytać.. ale nie to jest dla mnie najważniejsze.
Nie o tym chciałam napisać.

Najważniejsze dla mnie jest to, że dzisiaj wiem.
Wiem, że czasami trzeba pójść na ten wymarzony, samotny spacer w góry tylko po to, żeby uświadomić sobie, jak bardzo kocha się rodzinne spacery po dobrze znanych, polnych drogach.
Tam, w tym zadymionym mieście. Z tysiącem myśli, których nie sposób ułożyć nawet w jedno, sensowne zdanie, bo dziecko, które z całych sił ściska twoją dłoń, bez końca ci przerywa.
Dzisiaj wiem, że to te spacery kocham najbardziej.

Czasami trzeba wrócić zmęczonym do pustego pokoju hotelowego żeby uświadomić sobie, o ile bardziej wolimy wracać do ciepłych ramion męża.
O ile bardziej satysfakcjonujące jest zmęczenie po wspólnej zabawie z dziećmi, niż po całym dniu nicnierobienia, w swoim własnym towarzystwie.

Czasami trzeba zaznać ciszy i spokoju żeby przypomnieć sobie, że tak bardzo kochamy śmiech dzieci, nasze  rodzinne rozmowy przy stole i te tylko z Mężem zaraz przed snem, setne mama w ciągu dnia i on mi dokucza..

Czasami trzeba przez kilka chwil pożyć tak, jakby się tych wszystkich dzieciowych i domowych obowiązków nie miało żeby uświadomić sobie, że takie życie już nie jest dla nas.
Że już nigdy, przenigdy nie będzie tak samo jak przed: i że cię nie opuszczę aż do śmierci, nie będzie tak samo jak przed dziećmi..
Wtedy człowiek staje się jeszcze bardziej pewny, że za żadne skarby świata innej rzeczywistości by nie chciał. Chociaż czasem sobie pod nosem pomarudzi, to tylko tą swoją chce Żadnej innej.
Tylko tą, od której niby na chwilę chciał uciec..

Czasami trzeba mieć mnóstwo czasu na nadrobienie wszystkich zaległości żeby dowiedzieć się, że tak naprawdę z dziećmi pod nogami można zrobić dużo więcej.
Człowiek jakiś taki bardziej zorganizowany jest wtedy.. bardziej ogarnięty, zdeterminowany.
A na pewno bardziej kreatywny.

Czasami trzeba samemu podziwiać zapierające dech w piersiach widoki żeby uświadomić sobie, jak bardzo ważne jest mieć w życiu kogoś, z kim takie chwile można dzielić. Tak razem się pozachwycać, a potem mieć co razem wspominać po latach.

Czasami trzeba móc myśleć tylko o swoich potrzebach żeby zobaczyć, że już tylko o sobie myśleć nie potrafi. Że co krok to inna myśl, o tych najbliższych mojemu sercu.
Pod prysznicem się myśli, czy dzieci już wykąpane w łóżkach grzecznie leżą, czy może Tata pozwolił im pobawić się dłużej tym razem.
I podczas picia kawy myśli przychodzą, czy Maciek jeszcze przed czy już po.. bo zawsze około południa razem ją pijemy.
I w trakcie krojenia ogórka do śniadania, czy nie zapomniał czasem kupić pieczywa na dzień następny i czy kanapki Beniowi do szkoły zrobił.
I na ławce z książką w dłoni.
I wchodząc na szczyt z lekką zadyszką.
Zaraz przed pójściem spać i zaraz po otwarciu oczu wcześnie rano..

Czasami trzeba móc przespać całą noc bez płaczu, zatkanych nosów i wołania o siku żeby zatęsknić za ciepłem malutkiego ciałka, które nagle pojawia się między nami w środku nocy.

Czasami trzeba.

Bo niby człowiek wie to wszystko, ale kiedy ma szansę odrobinę zatęsknić, to wie jeszcze bardziej.

Taki czas tylko dla siebie jest potrzebny nie po to, żeby uświadomić sobie, że człowiek kocha.
Taki czas potrzebny jest żeby móc uświadomić sobie, jak bardzo.
Że aż tak..


Prawda czy fałsz?

Zdarza się, że mówię do siebie.
Robię to dosyć często, ostatnio jakby częściej..
Robię to ukradkiem, kiedy nikt nie patrzy i na tyle cicho, żeby nikt nie słyszał.
Ale najczęściej robię to w myślach.

Mówię do siebie wtedy, kiedy plany znowu rozmijają się z rzeczywistością i mam do siebie żal, że jestem tak źle zorganizowana, taka niepoukładana, roztrzepana jakaś..
Jak mogłam w ogóle pomyśleć, że dam radę, skoro jak widać, znowu nie dam..?
Głupia ja.

Mówię do siebie wtedy, kiedy nie udaje mi się dotrzymać słowa.
Kiedy zdarzy mi się zawalić, zapomnieć, wybuchnąć i zatrzasnąć za sobą drzwi.
Kiedy jestem zmęczona i na wszystko brakuje mi siły. Wtedy każda najmniejsza rzecz wydaje się być przeszkodą nie do przeskoczenia. Nawet pranie wtedy przeraża. I okna nieumyte. I dziecko, które znowu pyskuje..
Mówię wtedy, że beznadziejna ze mnie matka.
Zupełnie do niczego.
Zrzucam na siebie wszystkie winy świata i myślę, że moje dzieci zasługują na więcej, niż ja.

Czasami mówię jedno zdanie, innym razem układam całą przemowę na temat tego, jak bardzo jestem beznadziejna.
Jak bardzo nic nie warta.
Jak bardzo naiwna myśląc, że w ogóle mam prawo do marzeń i że dam radę ustać na nogach wychodząc im na przeciw.
Myśli podpowiadają mi, że poza moją strefą komfortu, nie ma dla mnie miejsca.
Wtedy sparaliżowana strachem, nie ruszam się z miejsca.

Słyszę między innymi, że już nigdy nie będę inna.
Że nigdy się nie zmienię.
Zawsze byłam i będę złośnicą.
Zawsze byłam i będę nieporadna.
Zawsze byłam i będę nieśmiała.
Zawsze byłam i będę dla innych tylko kurą domową.
A moim największym życiowym osiągnięciem będzie szarlotka z cynamonem, którą od czasu do czasu, ktoś nawet raczy pochwalić.

Słyszę słowa oskarżenia.
Słowa poddające w wątpliwość Boże, niezmienne obietnice.
Słyszę przygnębiającą (nie)prawdę.
Zdania, które pomniejszają Bożą moc, wyolbrzymiając tym samym moje słabości.

I wiem, dobrze wiem, że to ja sama jestem odpowiedzialna za wszystko to, co słyszę.
To ja mam wpływ na każde jedno słowo, które kieruję do siebie w myślach.
Wiem, że mogę je kontrolować.
Z Bożą pomocą, mogę.


Od każdej z nas zależy, jakie myśli pielęgnujemy.
My decydujemy, którym myślom pozwolimy się rozwijać i wydawać owoce w codziennym życiu, a które zniszczymy w zarodku, nie pozwalając im zniszczyć nas.

A jednak.. często mówię do siebie w sposób, w jaki nigdy nie pozwoliłabym mówić do siebie komuś innemu. Nigdy!
Swoimi myślami sama siebie przygnębiam i sama siebie krzywdzę.
Sama tworzę przepaść między mną, a Bożą prawdą o mnie i danej sytuacji.
Słyszę nieprawdziwe słowa prawdziwego wroga głośniej, niż słowa Boga kochającego mnie ponad wszystko.

Wszystko zaczyna się w naszej głowie i ma swój początek w naszych myślach.
Nie oczekuj pozytywnego życia, jeśli twój umysł przepełniają negatywne myśli.
Nie oczekuj, że będziesz silna, jeśli codziennie powtarzasz sobie, jak bardzo jesteś słaba.
Nie oczekuj zwycięstwa, jeśli wmawiasz sobie porażkę.

Wszystko, co dzieje się w naszym umyśle ma wpływ na nasze nastawienie do życia, problemów i przeciwności.
Myśli rządzą naszymi reakcjami, ukierunkowują nasze pragnienia, determinują kolejny krok.
Myśli mają potężną moc kierowania naszym życiem.
Co myślisz o sobie dzisiaj, stanie się twoją rzeczywistością jutro.

Myśli mogą sprawić, że będziemy żyć pełnią życia i czerpać z codzienności garściami, a mogą wprowadzić nas w depresję i urządzać nam regularne sesje użalania się nad sobą.
To w myślach decydujesz, czy twoje życie jest szare, zwykłe i nieciekawe.
Tam decydujesz, czy masz za co dziękować i czy jesteś w ogóle coś warta.
Nasza radość z codzienności zaczyna się w myślach.
Nasze przygnębienie najczęściej zaczyna się właśnie tam, w strefie myśli.
Z igły - widły, robimy w naszych głowach.

Przeciwnik wie, jak wiele zależy od jakości myśli i jak bardzo wpływają na nasze codzienne życie, dlatego robi wszystko, żebyśmy uwierzyły w jego kłamstwa.
Ma do nas taki dostęp, na jaki mu pozwolimy.
W chwilach nieuwagi, podsuwa nam krótkie zdania, które zdają się być tylko przypadkowe, nic nieznaczące, zupełnie niewinne.. a jednak pielęgnowane i regularnie powtarzane, wkraczają w sferę naszych emocji.
Wtedy już nie tylko myślimy w taki czy inny sposób, ale zaczynamy tak czuć.
Aż w końcu żyjemy tak, jakby te kilka niewinnych słów, było niepodważalną prawdą.

W taki sam sposób rozwija się myśl która niesie życie i ta, która przynosi zniszczenie.
Wybór pomiędzy jedną a drugą, należy do nas.

Zupełnie nie doceniamy mocy słów, które kierujemy do siebie samych.
Nigdy do siebie nie mówiłaś?
A czy kiedykolwiek przeszło ci przez głowę..
Nie nadajesz się
Znowu zawaliłaś
Jesteś złą mamą
Nikt cię nie docenia
Jesteś nic nie warta
Nie poradzisz sobie
To nie dla ciebie
...

Jeśli tak, to jesteś jedną z nas.
Ja wiem, że jesteś, bo nie znam osoby, która nigdy nie mówiłaby do siebie w ten sposób.
Nie znam nikogo, kto w swoim życiu nigdy z takimi myślami nie musiał walczyć.
Bo tak. Nasz umysł, to nieustanna walka. To pole bitwy, na którym codziennie stawiamy czoła naszemu największemu wrogowi.

Pamiętaj, że toksyczne myśli nigdy nie pochodzą od Boga!
Zły chce, żebyśmy czuły się nic niewarte, odrzucone, samotne, mało ważne i nieodpowiednie.
Jego celem jest nasz umysł, a jego bronią są kłamstwa, które wmawia nam w momentach, w których łatwo jest nam w nie uwierzyć.
W chwilach słabości, załamania i braku skupienia na Tym, który jest Zwycięzcą.

Nie jesteśmy sami w tej nierównej walce.
Po swojej stronie mamy Króla królów i Pana panów.
Po naszej stronie jest Książę Pokoju.
Po naszej stronie jest zwycięstwo!

Jeśli pozwolimy zepsutym myślom wejść w nasze życie, prędzej czy później, wszyscy dookoła zaczną odczuwać tego efekty.
Coś, co zaczęło się niewinnie, ukryte głęboko w naszych umysłach, zaczyna być widoczne w słowach, które wypowiadamy, w naszych codziennych wyborach, w reakcjach i w sposobie naszego postępowania.
W atmosferze, którą wokół siebie tworzymy.
W zapachu, który niesiemy swoim życiem.
Z zepsutych myśli, nigdy nie będzie wydobywać się miła woń.. a na pewno nie woń Chrystusa, która powinna nas wyróżniać wśród tak wielu zapachów tego świata. (II List do Koryntian 2;15)

Dlatego Biblia uczy nas nowego sposobu myślenia.


Myślcie tylko o tym co prawdziwe
szlachetne, sprawiedliwe, czyste, miłe, godne polecenia, 
może uchodzić za wzór i zasługuje na uznanie. 
                                                                                                        List do Filipian 4;8


Nowe myśli wnoszą nową, lepszą jakość.
Boża prawda wnosi Jego pokój i wyciszenie.
Boże myśli wnoszą Boże życie w naszą egzystencję.
Nadzieję w beznadziei.
Radość w smutku.
Siłę w zupełnej bezsilności.

Boża prawda o nas, ma moc uwolnić nas od sideł, które zastawia na nas przeciwnik.
Boża prawda może uwolnić nas od pułapki destrukcyjnych myśli i niszczących kłamstw.

Wypełnij swój umysł Bożym Słowem, a wtedy nie będzie w nim miejsca na kłamstwa złego.
Napełniaj się Bogiem i Jego obietnicami, a wtedy poznasz prawdę o sobie samej.
Bożą prawdę na twój temat.
Bożą prawdę na temat twojej sytuacji.

Sprawdzaj swoje myśli.
Uważaj, czym karmisz swój umysł i kogo dopuszczasz do głosu w swoim życiu.
Słuchaj tego, co mówisz do siebie o sobie, o innych, o Bogu, o sytuacji, w której się znalazłaś.. i skonfrontuj to wszystko z tym, co mówi sam Ojciec.
Nie pozwól, żeby kłamstwo panoszyło się w twoich myślach siejąc zamęt i trzymając cię z daleka od wszystkiego, czego chce dla ciebie Bóg.

Dlatego kiedy zły wmawia ci: Jesteś nic niewarta.
Posłuchaj jak Bóg mówi:
'Jesteś w moich oczach droga, cenna i Ja cię miłuję.' Ks. Izajasza 43;4

Kiedy zły szepcze: Na pewno sobie nie poradzisz
Wsłuchaj się w głos Ojca, który zapewnia:
'Wszystko mogę w Tym, który mnie wzmacnia, w Chrystusie.' List do Filipian 4;13

Jeśli w ciężkich chwilach usłyszysz: Wszyscy cię zostawili
Odpieraj atak Bożą prawdą:
'Nie porzucę cię ani cię nie opuszczę.' List do Hebrajczyków 13;5

Kiedy przeciwnik próbuje cię przekonać: Ta sytuacja jest dla ciebie za trudna.. nie zniesiesz tego.
Z pewnością w sercu powiedz:
'Bóg jest wierny. On nie dopuści, aby was doświadczano ponad wasze siły.' I List do Koryntian 10;13


Niech was przeobraża wasz nowy sposób myślenia, 
tak, byście potrafili rozpoznać, co jest wolą Bożą, 
co jest dobre, przyjemne i doskonałe.
                                                                                                             List do Rzymian 12;2


Bliskość Boga pomoże ci rozróżniać prawdę od fałszu.
Pozwól Wszechmocnemu kierować twoimi myślami.
Niech twoje życie zmienia prawda rządząca w twoim umyśle.
Z premedytacją kontroluj to, nad czym nie raz tak bezwiednie się zamyślasz..
Pozwól sobie na niewiarę w kłamstwa złego i zanurzaj się w Bożej prawdzie każdego dnia.







Na każdym kroku

Może robisz to rano, kiedy starsze dzieci odwiozłaś już do szkoły, a pod nogami biega najmłodsze z kapiącym niekapkiem w rączkach. Albo nikt nie biega.. tylko słychać ciszę. Może szum włączonej o siódmej rano pralki.
Wtedy zaczynasz swój codzienny rytuał.
Od miesięcy, może od lat, wydeptujesz tę samą drogę każdego poranka.
Ścielisz łóżka w sypialni i w dziecięcych pokoikach. Podnosisz lalkę Anielkę, wkładasz do drewnianego wózeczka i przykrywasz kołderką.
Zbierasz resztki lego i wrzucasz do pojemnika, żeby czasem nie nadepnąć na nie w drodze do kuchni.. a tam czekają resztki wczorajszego chleba, puste opakowanie po wiejskim serku i pięć brudnych od jajecznicy talerzy.

Może robisz to późnym popołudniem, kiedy wracasz z pracy. Albo w nocy, krzątasz się po kuchni już w piżamie, pachnąca balsamem wanilia z czekoladą.
Półprzytomna chowasz garnki do szafek, talerze wkładasz do zmywarki, ścierasz ostatnie okruchy z kuchennego stołu, a na koniec przeglądasz lodówkę, żeby wiedzieć czego brakuje na jutrzejszy obiad.

Nie ważne, czy żyjesz na kilkudziesięciu metrach kwadratowych, czy masz do ogarnięcia pięć pokoi i dwie łazienki.
Może nawet nie wiesz, że te zwykłe, przyziemne czynności mogą stać się twoim codziennym spacerem modlitwy. Pretekstem do rozmowy z Bogiem, zmieniającej rzeczywistość w twoim życiu.

Kiedy rano otwieram okno w sypialni, żeby wpuścić świeże powietrze, kiedy zaczynam ścielić nasze łóżko i ręką gładzić nierówności, wtedy mówię cicho:
Panie, pobłogosław nasze małżeństwo. Wygładź każdą nierówność w naszej relacji. Pomóż nam żyć razem w miłości, wzajemnym szacunku i zrozumieniu, zawsze wpatrzeni w Ciebie.
Odwieszam swój szlafrok do szafy i składam piżamę. Wyciągam czyste ubrania dla siebie i Mili. W myślach proszę:
Kochany Boże, pomóż mi dzisiaj być wspierającą żoną dla mojego męża i cierpliwą mamą dla moich dzieci. Daj mi siłę do bycia kobietą według twojego serca. Potrzebuję Cię.
W pokoju Benia potykam się o grę leżącą na podłodze. Wzdychając, poprawiam niedbale pościelone łóżko i odsłaniam żaluzję wpuszczając poranne promienie słońca.
Ojcze, bądź światłem w życiu mojego Syna. Obdarzaj Go mądrością w odróżnianiu dobra od zła. Ochraniaj Go wszędzie, gdziekolwiek się dzisiaj znajdzie. 

Podnoszę piżamę z podłogi w pokoiku Jasia. Odkładam porozrzucane kamienie i patyki na półkę, szepczę: Panie, błogosław mojego małego Chłopczyka. Wiesz, że potrafi zobaczyć wartość w nic niewartych przedmiotach. Proszę, żeby zawsze mógł patrzeć na innych ludzi w ten sam sposób, widząc w nich potencjał, dobro i wielką wartość w Twoich oczach.
Schodzę na dół. Pod pachą upycham ulubione książeczki Milenki i trzymając Ją mocno za rękę mówię: Boże, błogosław moją małą Dziewczynkę. Zawsze ma tyle do powiedzenia.. postaw straż przy Jej ustach. Pomóż Jej zawsze mądrze dobierać słowa. Ochraniaj Ją wszędzie tam, gdzie ja nie będę w stanie.
W kuchni znowu żałuję, że poprzedniego wieczoru nie chciało mi się sprzątać. Niechętnie zaczynam wkładać talerze po kolacji do zmywarki i wycierać stół z resztek jedzenia.
Kochany Panie, pomóż mi służyć mojej rodzinie z radością i chętnym sercem.
Dla Twojej chwały.

Odmierzam miarkę swojej ulubionej kawy. Wydaje mi się, że tak bardzo jej potrzebuję, żeby dobrze zacząć dzień. Włączam ekspres.
Wiem, że potrzebuję Cię bardziej niż kawy. Wypełniaj mnie Boże, bo jeśli mam Ciebie, mam wszystko.
Nie pozwól mi zapomnieć.


Z przepełnionej lodówki wyciągam masło, ser, jajka..
Ojcze, dziękuję Ci za obfitość w naszym życiu. Za to, że niczego nam nie brakuje, że jesteś naszym zaopatrzeniem na każdy dzień.
Zmiatam okruchy chleba z podłogi..
Chwała Tobie Ojcze, że jesteś Codziennym Chlebem, w którym mam prawdziwe i pełne życie.

Nastawiam wodę na herbatę, wyciągam czyste talerze do śniadania i szybkim krokiem idę do pokoju, skąd słyszę kaszel Milenki. Ten sam, który nie pozwalał nam spać od kilku nocy.
Znowu źle oddycha. Znowu potrzebuje inhalacji. Znowu czuję się tak bardzo bezsilna.
Wyciągam lekarstwa.
Trzy mililitry, dziesięć kropli.. a potem cała ampułka sterydu.
Łzy same napływają mi do oczu.
Panie Jezu, Ty wiesz.. potrzebujemy Cię. Twojego dotyku, Twojego uzdrowienia, Twojej siły i cierpliwości. Sama nie dam rady.
Nie muszę mówić nic więcej. Ta modlitwa wznoszona tysiące razy od kiedy jestem mamą, znana jest Bogu doskonale.
Bo zanim jakiekolwiek zdanie pojawi się na moich ustach, On już zna je całe. (Psalm 139;4)
Ocieram łzy i przytulam Ją jeszcze mocniej.
Odpoczywam w pewności, że Wszechmocny się tym zajmie.

Powoli składam koce, którymi ja i Maciek przykrywaliśmy się oglądając ulubiony serial.
Panie, tak bardzo jestem Ci za Niego wdzięczna.. tylko Ty wiesz jak bardzo.
Układam poduszki na sofie i dziękuję Bogu za ludzi, których mogliśmy gościć w naszym domu.
Dziękuję za przyjaciół, rodzinę i znajomych, z którymi właśnie tu, przy gorącej herbacie rozmawialiśmy nie raz do późnej nocy.
Proszę o tych, którzy jeszcze przyjdą. Tak bardzo bym chciała, żeby opuszczali nasz dom z uśmiechem na twarzy i radością w sercu..

Zaczynam dzień zwykłymi czynnościami, używając ich jako pretekstu do zwykłych modlitw.
A Bóg działa w niezwykły sposób.

Módl się podnosząc z ziemi spodnie Syna i ulubioną lalkę Córeczki.
Módl się odkładając do kubka szczoteczki i myjąc umywalkę z resztek pasty.
Módl się, kiedy gotujesz obiad.
Módl się układając buty i zmywając talerze.
Módl się sprzątając po śniadaniu.
Módl się na każdym kroku, podczas zwykłych czynności.
Niech staną się pretekstem.
Módl się o swoją rodzinę.

Bo jeśli nie ty, to kto?












Specjalna okazja

Nigdy nie miała za wiele.
Jedna para spodni do szkoły, a druga do krów i do pracy w polu. Spódnica w kwiaty, kremowa sukienka za kolano i brązowa bluzeczka, co ją do tej spódnicy w kwiaty nosiła.
I płaszcz jeszcze miała. Wełniany, porządny, w kolorze zgniłej zieleni. Dwa rozmiary za duży, odziedziczony po zmarłej Babci. Wiązała go w pasie i nosiła z podniesioną głową. Bo mieć taki płaszcz w tamtych czasach, to było coś.
Do tego rajstopy kilka razy cerowane i dwie pary butów. Jedne do chlewu, a drugie.. drugie skórzane. Ale co z tego, że skórzane, jak śniegu po pachy, a one nieocieplane, wiosenne takie.. i troszkę na zgięciu już pęknięte od roku.

Kiedyś oszczędzało się wszystko co było, bo było mało, albo nic nie było.
Kiedy już coś lepszego przyszło w paczce z zagranicy, to zawsze tylko na specjalne okazje pozwolono wyciągnąć i nosić. I broń Boże nie poplamić! A potem szybciutko zdjąć, schować do szafy i czekać.. na kolejny wyjątkowy dzień.
Krochmalone, bielutkie obrusy. Ślubne porcelanowe zastawy w kwiaty, błyszczący nowością komplet sztućców i te zdobione szklanki. Sztuk sześć.
Wszystko dla gości. Wszystko na specjalne okazje i te bardzo wyjątkowe dni.

I teraz, czterdzieści lat później, Ona nadal nie potrafi inaczej.
Ciągle szanuje, przesadnie oszczędza,odkłada na kiedyś.
Jak tylko coś dostanie w prezencie, to chowa głęboko do szafy na wyjątkową okazję. Potem tylko pozostaje mieć nadzieję, że kiedy ta wyjątkowa okazja w końcu przyjdzie, to będzie o tej rzeczy jeszcze pamiętać. Wyciągnie ją z dna szafy, ręką z kurzu obmiecie i użyje, celebrując każdy moment.
Mocno uchwyci się tych ulotnych chwil i chociaż raz na jakiś czas poczuje że jest ważna i warta tego, co najlepsze.

W szafie wiszą piękne kostiumy, spódnice każdego koloru, no i sukienka na święta. Już niestety za ciasna. Doczekała się dwóch wyjść i jednego prania.
W komodzie leżą dwie bluzki poskładane w kosteczkę. Mają metki i pachną nowością. Też czekają na te wyjątkowe chwile, dla których warto było je kupić.
I spodnie eleganckie i sweterek, który na 50-te urodziny dostała. Bawełniana apaszka, skórzana torebka i szpilki. Ach te szpilki..cudo! W takich to chodzi się jak w kapciach, takie są wygodne. Ale ona w nich nie chodzi za często.. bo czy do Biedronki w szpilkach się chodzi?!
Więc stoją i czekają.
Na odpowiednią okazję, odpowiedni dzień i tą właściwą chwilę.

Oprócz tego szafa mieści całe mnóstwo ubrań po domu, na co dzień. Podniszczonych, spranych, rozciągniętych.. takich do ogrodu, do wyjścia na spacer do lasu i do kuchni, bo przy obiedzie zawsze się człowiek upaprze.
W takich przeżywa codzienność. Czy czuje się w nich dobrze? Czy taką siebie lubi?
Nie sądzę.
Myślę, że udaje. A może przywykła..

W tej starej komodzie leżą jeszcze wyszywane obrusy, komplet ręczników pod kolor łazienki, porcelana.. jak nowa. Podarowana przez przyjaciół w dniu ślubu, ponad trzydzieści lat temu.

Mimo, że na wiele Ją stać, to chyba jeszcze nie wie, że jest tego wszystkiego warta.
Jeszcze nie wie, że każdy dzień może być tym wyjątkowym i specjalnym, jeśli tak zdecyduje.
Jeszcze chyba nikt jej nie powiedział, że Ona sama jest tak bardzo wyjątkowa i tak bardzo specjalna.
Że może tego wszystkiego używać, że to nie jest marnowanie, wcale nie jest szkoda tego używać w normalne dni.

Nie lubię patrzeć, kiedy siebie traktuje gorzej niż wszystkich wokoło.
Kiedy siebie stawia zawsze na końcu.
Kiedy oszczędza, chowa na dnie szafy, boi się, że się zakurzy, zniszczy, stłucze, ubije..
Kiedy siebie nie kocha na tyle mocno, żeby to, co ma najlepsze używać i mieć z tego radość.
Codziennie.

Bo przecież czy to coś złego, traktować siebie dobrze? Czy to źle korzystać z tego, na co tak ciężko pracowało się latami?

Dzisiaj powinnaś otaczać się pięknem. Dzisiaj używać to, co najlepsze. Dzisiaj rozpieszczać siebie chociaż odrobinę. Wytrzeć ciało miękkim ręcznikiem, na szyję przewiązać jedwabną apaszkę, w ładnej piżamie zasypiać każdego wieczora.
Dzisiaj umaluj usta ulubioną szminką, zanurz się w wannie pełnej gorącej wody po długim dniu i wklep krem inny niż NIVEA. Maseczkę zrób, co pod lustrem w łazience leży od tygodni.
Dzisiaj powyrzucaj wszystko, co niepotrzebne. Co wcale nie cieszy, co ładne już nie jest. Stare, zepsute, wytarte, podniszczone.. w czym czujesz się źle i tak też wyglądasz.
Wyrzuć rozciągnięte majtki i skarpetki które nie trzymają się stopy. Wyrzuć ubite kubki i talerze, przeterminowaną odżywkę do włosów i te spodnie, które cię pogrubiają.
Dzisiaj musisz oczy nacieszyć piękną porcelaną przy królewskim śniadaniu i z filiżanki za kilkadziesiąt złotych wypić kawę o dwunastej w południe.
Dzisiaj kupić sukienkę i ubrać ją od razu. Albo następnego dnia. Niech nie wisi tygodniami jeszcze z metką, pachnąca nowością. Niech pachnie Tobą, albo dzieckiem, które przyjdzie się przytulić. Niech pachnie życiem i zwykłymi obowiązkami, nawet jeśli tylko dzieci i listonosz będą cię w niej widzieć.. załóż ją i pięknie wyglądaj.

Dzisiaj możesz sobie pozwolić na gotowanie obiadu w eleganckiej bluzce z koronką i włożyć kolczyki, które tak bardzo lubisz.
A jak się bluzeczka upaprze - to wypierz. A jak wypierzesz, to ubierz znowu i znowu.. przestań wreszcie czekać. Przestań odkładać na kiedyś, na później.
Czasy mamy lepsze, niż kiedyś.
Nie wiadomo, jak będzie za kilka lat. Może kiedyś wróci to, co było i wtedy będziemy się martwić.
Znowu zaczniemy odkładać, szanować do przesady, upychać na dnie szafy i wyciągać tylko dla gości.. ale nie dzisiaj.
Jeszcze nie.

I chcę mojej kochanej Mamie powiedzieć wszystko to, do czego sama dochodzę od kilku dobrych lat.
Chcę jej powiedzieć, że świeczki trzeba zapalać, a nie trzymać w celofanie przez lata.
Chcę jej powiedzieć, że obrusy, nawet te najpiękniejsze, są do tego, żeby je położyć na stole. Że ładnymi sztućcami można jeść jajecznicę w poniedziałek i pierogi z jagodami w środę, a porcelanowe talerze są od jedzenia w nich zupy pomidorowej. Nie tylko do rosołu w rodzinne święta.
Chcę jej powiedzieć, żeby zaczęła o siebie dbać, bo dla nas jest całym światem.
Muszę jej powiedzieć, że zasługuje na wszystko co najlepsze już teraz. Nie musi czekać na wyjątkową okazję, bo ona już jest!
Pojawiła się wraz ze wschodem słońca i codziennie, niezmiennie się pojawia.

Ta okazja nazywa się dzisiaj, bo dzień dzisiejszy to święto.
Wielkie święto, które tak rzadko obchodzimy.

Bo dzisiaj jest dzień, który Pan uczynił. Mamy świętować dzisiaj! Cieszyć się, radować i używać! (Psalm 118;24)
Żeby jutro nie trzeba było żałować, że tego nie zrobiliśmy. Żeby nie żałować, że tą piękną bawełnianą apaszkę pogryzły mole..

Sama ciągle się tego uczę.
Mówią o tym świeże kwiaty na stole w salonie.
Mówi o tym pięknie nakryty stół w środę.
Mówią o tym zapalone wieczorem zapachowe świeczki..
Uczę się świętować to święto codzienności.

Jakiś czas temu Milenka powiedziała: Mamusia, to Milenka chcie ublać, i podała mi swoją najładniejszą sukienkę.
I już miałam jej powiedzieć, że dzisiaj nie, bo dzisiaj mamy wtorek, a ta sukienka na niedzielę jest.. ale niby dlaczego na niedzielę?!
Zaraz wyrośnie, zaraz rękawki będą za krótkie. Niech nosi ją dzisiaj, a może i codziennie, jak tak ją lubi.

Przecież muszę ją nauczyć nie odkładać rzeczy na specjalne okazje.
Nie odkładać życia na lepsze dni.
Muszę ją nauczyć, że każdy dzień jest specjalną okazją.. jeśli tylko tak postanowimy.



Święta wymówka

Moja droga do bycia mamą naszej trójki, nie była prosta.

Pierwsze Dziecko straciliśmy.
Z tego trudnego czasu, do dzisiaj w pamięci mam bardzo wyraźny obraz malutkiego bukietu przebiśniegów w białym wazoniku. Stały na moim stoliku nocnym, zaraz przy łóżku, w którym spędziłam kilka dni.
Przyniosła je Znajoma z pracy i dołączyła krótką wiadomość, że czeka na nasz telefon, jeśli tylko będziemy czegoś potrzebować.
Nie zapomnę tych przebiśniegów do końca życia.

Pamiętam jeszcze kartkę od Kobiety, która sama straciła kilkoro dzieci we wczesnym etapie ciąży. Pamiętam jak przyszła i przytuliła mnie bez słowa. Pamiętam jak mogłam wypłakać się w Jej ramionach w pewności, że dokładnie wie, co przechodzę. Na te kilka chwil zastąpiła mi Mamę, która była wtedy setki kilometrów ode mnie.
Wiele osób się o nas modliło. Do dzisiaj jestem wdzięczna za każde jedno westchnienie w Bożą stronę w naszej sprawie. Jestem pewna, że to właśnie dlatego czułam pokój, którego nie rozumiałam..
Modlitwy innych ludzi zawsze były i będą dla naszej rodziny bardzo cenne, ale niestety nie pamiętam imion większości ludzi, którzy się modlili. Byłabym w stanie wymienić dosłownie kilka.
Pamiętam jednak, że przebiśniegi przyniosła Jay, a pocieszała mnie Ali. One modliły się o nas, ale oprócz tego, zrobiły coś jeszcze. Wyciągnęły swoją rękę i okazały serce.
Płakały z płaczącymi.
Dosłownie.

Kiedy moją drugą ciążę musiałam praktycznie przeleżeć, nie miałam jeszcze malutkich dzieci, którymi trzeba się było zająć. Nie musiałam gotować obiadu, bo robił to za mnie ktoś inny. Leżałam w łóżku i uczyłam się na kolokwia, które jedno po drugim starałam się zaliczać. Przeglądałam materiały do egzaminów. Czytałam książki i pisałam swojego pierwszego bloga.
Jedyne, co mi doskwierało, to brak towarzystwa. Brak kogoś do rozmowy o pogodzie. Tak tylko, żeby zająć czymś myśli. Zapomnieć chociaż na chwilę, że Malutki potrzebuje jeszcze kilkanaście tygodni.. a pcha się na świat coraz usilniej.
Pamiętam, kto mnie wtedy odwiedził.
Pamiętam doskonale, chociaż minęło już prawie dziewięć lat.

Kolejne ciąże były trudniejsze. Znowu musiałam leżeć, a miałam już duży dom, obiad do gotowania i małe dzieci. Ktoś musiał wyprasować im ubranka, wykąpać, przygotować kanapki na śniadanie i pomóc wyczyścić nos w środku nocy.
I oczywiście, Mąż był bezcenny. Modlitwy ludzi też, ale.. nie zapomnę obiadów, które gotowała mi mama. Nie zapomnę tych osób, które poświęciły swój czas i odwiedziły mnie chociaż na kilka minut.
Nie zapomnę, kiedy pewnego dnia przyszła do mnie moja Bratowa. Nie przyszła na kawę, nie chciała też herbaty.
Przyszła pomóc. Zapytała po prostu: Co mogę zrobić? Poprasować, umyć podłogę, czy poodkurzać?
I wtedy zaczęła prasować.. i tak wyprasowała, że nigdy nic tak dobrze wyprasowane nie było. A przy tym pogadała, pośmiała się i pomogła zapomnieć, że ciąża zagrożona.. że dziecko na świat kolejny raz pcha się za wcześnie.
Pamiętam, że właśnie tego najbardziej wtedy potrzebowałam.


Taki czas, w którym pozostaje ci tylko czekać, czas w którym nie wiesz, czy twoje Dziecko będzie w ogóle zdolne przeżyć po urodzeniu, jest.. co najmniej trudny.
Bo to Dziecko przecież już tak bardzo zdążyłaś pokochać. Ma imię. M też swoje miejsce w waszej sypialni.
Wtedy modlitwa ma ogromne znaczenie. Wsparcie bliskich i tych, których ledwo znasz też.
Bo przez modlitwę dzieją się niesamowite rzeczy, ale czasami mam wrażenie, jakbyśmy zapomnieli, że Bóg chce działać też przez nas. Użyć nas do pracy w praktycznym wymiarze.
Przez nasze zwykłe życie, chce robić niezwykłe rzeczy dla innych.

Absolutnie nie umniejszam roli modlitwy w naszym życiu.
To jedna z najbardziej potężnych broni, jakie mamy.
I oczywiście powinniśmy się modlić, ale.. niech modlitwa nie stanie się naszą wymówką, żeby nie robić nic więcej. Takim rozgrzeszeniem za siedzenie z założonymi rękami, podczas gdy można zrobić coś.
Cokolwiek!

Musimy uważać, żeby będę się o ciebie modlić nie stało się nic nie znaczącym hasłem. Taką świętą wymówką, którą rzucamy bez zastanowienia wszystkim, którzy opowiadają nam o swoich problemach.

Wiem, że masz swoje życie, swoje sprawy, mnóstwo obowiązków, ale tak szczerze.. kto z nas nie ma?
Kto ma dzisiaj wolny czas? Taki do wykorzystania na cokolwiek?

Niewiele jest osób, które naprawdę regularnie mają zamiar się modlić. Które naprawdę będą pamiętać o tobie w krótkiej  modlitwie przed wyjściem z pracy i w tej wieczornej, na którą często brakuje już sił.
Ile razy ty sama zapomniałaś, że obiecałaś komuś modlitwę?
Ja przyznaję, że sama wiele razy zawiodłam.

Módlmy się o innych, ale spróbujmy też częściej pytać - jak mogę ci pomóc? Co mogę dla ciebie zrobić? Jak cię odciążyć?
Ciągle się tego uczę.

Czasami są sytuacje, w których zapewnienie o modlitwie jest cenne, ale pomoc.. taka fizyczna i namacalna - bezcenna.
Czy nie tym mamy się wyróżniać?
Czy nie w ten sposób mamy świecić?
Nie  uduchowionymi  hasłami. Nie tłumaczeniem, że Pan Bóg jest blisko i jest w stanie pomóc w każdej sytuacji. Czasami tego nie da się wytłumaczyć.
Czasami trzeba to po prostu pokazać.

Być tu na ziemi Jego rękami. Tymi, które noszą noworodka w czasie kolki.
Być Jego nogami. Tymi, które pokonają trasę do piekarni i przyniosą świeże pieczywo pod same drzwi.
Być Jego oczami. Oczami otwartymi na potrzebę. Oczami, które dostrzegą przemęczenie na twarzy przyjaciółki i rozpoznają uśmiech przez łzy.
Musimy być Jego uszami, które między słowami usłyszą wołanie o pomoc. Bo czasami tak trudno jest poprosić wprost.. sama wiesz.


O naszym Bogu mówimy najwięcej, kiedy milczymy.
Najgłośniej krzyczy o Nim nasza codzienność.
O Bogu w którego wierzymy, opowiadamy miłością okazaną w czynie. Nie pustymi słowami, które nie mają żadnego poparcia w rzeczywistości.
Bo miłość, to czasownik.
To umycie podłogi. To spacer z niemowlakiem. To świeżo wyprana pościel i kupiony na poczcie znaczek.
Wyręczenie kogoś w obowiązkach, które w pewnych okolicznościach, swoim ciężarem po prostu przytłaczają.

Zmęczona młoda mama na przykład, najczęściej marzy o chwili nieprzerwanego snu, albo o tym, żeby któregoś dnia ktoś ugotował za nią obiad. Dla niej, nieoceniona jest pomoc przy umyciu okien, albo opieka nad dzieckiem, żeby mogła spokojnie wziąć prysznic.
Samotna starsza Pani nie pogardzi towarzystwem. Marzy o rozmowie przy filiżance herbaty, zakupach raz w tygodniu i podwiezieniu jej do przychodni. Doceni nawet krótki telefon. Odrobinę zainteresowania będzie rozpamiętywać tygodniami.
Jeszcze ciepłe pierogi dla kogoś, kto stracił najbliższą osobę.
Odkurzenie dywanów w mieszkaniu Dziadka, któremu trudno się schylać.
Wykupienie lekarstw przyjaciółce, która z trójką chorych dzieci w domu próbuje ogarnąć rzeczywistość.
To jest wiara czynna w miłości.

'Kiedyś modliłam się o to, żeby Pan Bóg nakarmił głodnych, żeby zrobił to czy tamto, ale teraz modlę się, żeby pokierował mnie we wszystkim, co ja sama powinnam zrobić.
Kiedyś prosiłam o odpowiedzi, ale teraz modlę się o siłę.
Kiedyś wierzyłam, że modlitwa zmienia rzeczywistość, ale teraz wiem, że modlitwa zmienia nas i to my zmieniamy rzeczywistość.'
Matka Teresa z Kalkuty

Możemy mówić o dobrym Bogu pełnym miłości.
O Bogu, który zaspokaja potrzeby i zna każdą naszą troskę.
Możemy mówić, opowiadać godzinami..
A możemy naszego kochającego Boga po prostu komuś pokazać.
To znaczy więcej, niż tysiące słów.




U... ważniej

Powiedziała, że to piękne uczucie.
Na początku trzeba trochę z siebie dać, wykazać się silną wolą i wytrwałością, ale mówiła, że warto.
Przekonywała mnie, że przynosi niesamowitą radość, poczucie spełnienia i spokój w niespokojne dni.
Nadaje wolniejszy rytm życiu.
Dostarcza doznań, jakich większość z nas w tym szalonym pędzie, najzwyczajniej w świecie nie zna.

Bo my na szybko jemy śniadanie, na szybko zmawiamy modlitwę i dajemy buziaka na dobranoc.
W biegu zakupy i Wesołego Alleluja.
W pośpiechu kawa i telefon do Mamy.
Podczas zwykłej rozmowy z mężem, w głowie tłoczą się tysiące innych myśli. Dziesiątki niezałatwionych spraw błaga o naszą uwagę.
Mamy wielu znajomych, a mało relacji.
Jesteśmy jedną nogą tu, drugą tam.
Jedną ręką lepimy babki z piasku, drugą kończymy smsa i sprawdzamy pocztę.
Jednym uchem słuchamy dziecka, drugim wiadomości w telewizji.
Za dużo chcemy na raz.
Za dużo w tym samym czasie.

A gdybyśmy tak uważniej słuchali, może mniej byłoby nieporozumień.
Gdybyśmy uważniej patrzyli, może moglibyśmy wystarczająco wcześnie zauważyć i nie mieć do siebie potem żalu.
Gdybyśmy uważniej żyli, może.. żylibyśmy naprawdę?
W zadowoleniu z małych rzeczy i niepozornych chwil.

Mówiła jeszcze, że wszystko ma znaczenie i nawet najmniejsza rzecz może dawać taką prawdziwą i nieudawaną radość.
Podobno kiedy człowiek bardzo się spieszy, jest w stanie tyle samo spraw załatwić co wtedy, kiedy uważnie podchodzi do życia. Ale w tym wolniejszym tempie, z uważnością w tle, ma z tego ogromną satysfakcję przy okazji.
Ale trzeba dać się namówić.
Trzeba dać się namówić i z premedytacją zacząć praktykować uważność  na co dzień.

Ja uwierzyłam i uparcie próbuję, chociaż uważności nie ma w słownikach.
W moim osobistym słowniku tego słowa przez lata nie było, Słownik Języka Polskiego PWN go nie zna i nawet edytor tekstu uparcie podkreśla go na czerwono.
To jakby nowy twór w tym zabieganym świecie. Znany tylko nielicznym.
Tym, którzy życie chcą przeżyć, nie tylko przewertować je na szybko, bez wgłębiania się w treść.

Jednym z największych błędów człowieka, a w szczególności nas, rodziców, jest niedocenianie tego momentu, tej chwili. Tak często myślami jesteśmy tak daleko..
Zawsze wydaje nam się, że przyjdą te ważniejsze chwile, które warto będzie zapamiętać. Ale to błąd. Wielki błąd.
Kłamstwo, przez które naprawdę wiele tracimy.

Dlatego codziennie, chwila po chwili, godzina po godzinie, czy to błahostka czy sprawa wielkiej wagi, staram się nad sobą pracować.
Pracuję uparcie, bo to nie przychodzi samo. Uważność  trzeba ćwiczyć.
Każdego dnia trzeba chcieć skupić się na życiu.
Takim życiu w pełni świadomym, skierowanym na tu i teraz.


Ale wiem, że powoli można nauczyć się odkładać książkę podczas rozmowy z Synem.
Wstać dziesięć minut wcześniej i nie spieszyć się jedząc śniadanie. Odłożyć komórkę. Cieszyć się smakiem jajecznicy ze szczypiorkiem i rodziną, która siedzi przy tym samym stole.
Można nauczyć się spacerować i nie wybiegać myślami w przyszłość. Nie zamartwiać się, budując czarne scenariusze.

Można na sto procent robić kanapki. Mieć radość z pełnej lodówki, świeżej bułki i domowego masła.
Można skupić się na tej jednej czynności, zacząć i skończyć. Czerpać przyjemność z tak prozaicznej czynności, jak robienie kanapki na śniadanie.
Można całą sobą się zaangażować w rysowanie kotka z dwulatką. Usiąść na dywanie, posadzić ją przed sobą i rysować koślawego kotka. Głaskać ją po włoskach, wpatrywać się w jej uśmiech.. cieszyć się tymi chwilami.

Ostatnio odkryłam nawet, że gotowanie znowu sprawia mi radość. Tak jak kiedyś.
Nie biegnę do następnej rzeczy, bo pośpiech nic nie zmieniał. Nic nie wnosił. I tak musiałam ugotować obiad. Zadanie to samo, ale teraz po prostu cieszę się gotowaniem. To dużo zmienia. Na lepsze.
Cieszę się tym, jak Mili stoi na krześle i podaje mi ziemniaki. O tym właśnie marzyłam jeszcze trzy lata temu. Co chwila odkrywam garnek pełen nieziemsko pachnących warzyw i przypraw, słucham przy tym muzyki, szepczę modlitwę, zerkam na Malutką.
Cieszę się.

Czasami trzeba robić więcej rzeczy w tym samym czasie. Czasami sytuacja nas do tego zmusza. Znam to i rozumiem.
Ale doszłam też do wniosku, że wielozadaniowość tak naprawdę bardzo mnie spowalnia.
Niby chcę, żeby było szybciej, ale kiedy staram się odpisać na maila próbując przy okazji pokazywać Mili obrazki w książce, piszę maila dwa razy dłużej.
Nie mogę się skupić, Malutka mi przeszkadza. Najczęściej kończy się tym, że cierpliwości mam coraz mniej.. a gdybym skupiła się na mailu, kiedy Ona je drugie śniadanie, byłoby szybciej, spokojniej i prościej.
Po prostu.

Czasami zastanawiałam się, co zrobić z tą całą listą obowiązków, którą mam w głowie. Listą, która wyraźnie mówi, że trzeba to, tamto i jeszcze co innego.
Moja Przyjaciółka, która o uważności mi powiedziała zapewniała, że tej listy się nie zapomina. Podobno człowiek pamięta o rozwieszeniu prania, o odpisaniu na maila, o ważnym spotkaniu. Mimo uważności i uwadze skupionej konkretnie na tu i teraz, każda kolejna rzecz do zrobienia po prostu czeka na swoją kolej w naszej podświadomości.

Te myśli, zadania, ciągle gdzieś tam są. Trzeba tylko nauczyć się na chwilę je wyłączyć.
A jeśli ciągle nie potrafisz zapomnieć, to zapisz. Przelej myśli na papier, telefon, tablicę, która wisi w kuchni właśnie po to. A potem spróbuj zapomnieć, odłożyć na później.
Kiedy skończysz robić jedno, popatrzysz na zapisaną listę i wszystko będzie jasne. Będziesz dokładnie wiedzieć co robić. O niczym nie zapomnisz.

I nie myśl proszę, że gdybyś miała takie życie jak ja, to wtedy może mogłabyś spróbować, ale teraz.. nie masz szans. Albo gdybyś też była tylko z dziećmi w domu, to miałabyś szansę na bardziej uważne życie, ale póki co harujesz dniami i nocami.

Wiesz.. kiedy człowiek jest w pracy, może tęsknić za czasem z dziećmi. Może żałować, że nie ma szansy na bycie z nimi w domu. Może myśleć o bezpowrotnie uciekającym czasie i o tym, że taka ładna pogoda, a on siedzi w biurze z klimą.. człowiek może. Też tak robiłam.
Bo człowiek dużo może. Może uprzykrzać sobie życie takim myśleniem, sam się pogrążać, albo to życie celebrować. Wziąć się za siebie i zmusisz się do zmiany sposobu myślenia.
Uważnie delektować się każdą chwilą.

Bo skoro i tak musisz siedzieć w biurze i nie masz szans na nic innego, to czemu nie zostawić wszystkiego tego, co jest w domu - w domu - i pogodzić się z sytuacją. Spróbować się nią cieszyć.
Oczyścić myśli, uśmiechnąć się do koleżanki z tego samego biura i zabrać się do pracy, którą podobno lubisz?
Skoro i tak jesteś w domu z malutkim dzieckiem i nie masz możliwości wrócić do pracy, to czemu nie zacząć akceptować tego co jest i cieszyć się każdym momentem spędzonym z maluszkiem?
Skoro i tak musisz dojeżdżać w korkach do pracy - ciesz się podróżą. Wykorzystaj ten czas. Słuchaj ulubionej płyty, ucz się hiszpańskiego, rozmawiaj z Bogiem..
Skoro i tak musisz zrobić zakupy, zrób to uważnie, ciesz się chwilą. Można!

Uwierz mi, że się da.
Nie trzeba siedzieć w domu z dziećmi, żeby zabrać się do pracy nad własnymi myślami i zacząć ćwiczyć uważność.
To kwestia nastawienia do życia, nie rzucenia pracy zawodowej i skupienia się na dzieciach.
Cokolwiek robisz, możesz robić to uważnie, albo możesz po prostu pozwalać, żeby kolejne dni przeciekały ci przez palce zupełnie niezauważone.

Możesz kiedyś nie pamiętać, że usypianie dwulatki było takie przyjemne, bo nigdy nie pozwoliłaś sobie na celebrowanie tych ulotnych chwil.
Możesz nawet nie wiedzieć, jak wiele radości może sprawić przyjmowanie gości i zwykłe, codzienne czynności, bo zawsze biegasz po domu poddenerwowana, odhaczając kolejne punkty na liście.
Możesz nawet nie zdawać sobie sprawy, jak mądre i emocjonalne masz dzieci. Zazwyczaj nie słuchasz zbyt uważnie tego, co mówią . Nie masz na to czasu.
Możesz przegapić Boże cuda w twojej codzienności, bo wmówiłaś sobie, że uważność nie jest dla ciebie.

Tylko od ciebie zależy, czy twoja głowa będzie pełna zadań, myśli, zmartwień.. czy skupisz się na tym, co właśnie jest. Tu i teraz.
Od ciebie zależy, czy cokolwiek robisz, będziesz robić na 100%. Całą sobą.
Jak dziecko, które kiedy tańczy - tańczy.
Kiedy śpiewa - śpiewa.
Dla którego nic innego się nie liczy, kiedy czyta z tobą książeczkę.
Dziecko potrafi robić rzeczy z zaangażowaniem i uważnością godną naśladowania.
Przypatrz się.
Naśladuj.

Mind Full czy Mindful?

Zastanów się uważnie i wybierz.. uważność.
Sama przekonałam się, że warto.



Drugie urodziny

Właśnie siedzę sama w domu.
Upajam się spokojem, za którym tęskniłam od bladego świtu.

Zaparzyłam ulubioną herbatę o smaku pigwa z truskawką i piszę kolejnego posta.
I źle mi się pisze.
Chociaż kocham pisać, to czasami źle mi się pisze.

Źle mi się pisze o moich błędach. O tym, jak uczę się z własnych doświadczeń, albo jak się nie uczę.. i ciągle, uparcie potykam się w tych samych miejscach.
Źle mi się pisze kiedy wiem, że czytają to moi sąsiedzi, mamy kolegów moich synów, nauczycielki, szwagierka, znajomi, przyjaciele, fryzjerka, znajomi znajomych.. cieszę się, że czytają, ale dziwne jest to, jak dużo o mnie przez to wiedzą.
No i Maciek czyta.
Mąż, który wie o mnie wszystko i widzi każdego dnia, ile w tym moim pisaniu jest prawdy o naszej codzienności.

Źle mi się pisze bo czasami nie wiem, gdzie jest granica szczerości przed tysiącami obcych mi ludzi. Nie wiem kiedy ją przekraczam.

Źle mi się pisze bo często jest tak, że wczoraj tekst tak bardzo czułam, a dzisiaj nie czuję zupełnie nic. Wiem, że to co chcę napisać, jest prawdą. Wiem, że tak wierzyć i myśleć powinnam, a jednak mam dzień w którym całą sobą, każdemu zapisanemu słowu, mam ochotę zaprzeczyć.

Źle mi się piszę, kiedy dostaję od was maile typu  podziwiam cię, a to tak nie zawsze wszystko idealnie u nas wygląda.. nie zawsze jest wdzięczność, nie zawsze uśmiech, nie zawsze spokojny ton.

Źle mi się pisze, bo takie to jest jeszcze wszystko niedoskonałe. Takie nieidealne.
Ciągle się uczę. Nikt mi nigdy nie pokazał co się powinno, a co nie.. muszę sama do pewnych rzeczy dochodzić. Krok po kroku.

Źle mi się pisze, bo za bardzo przejmuję się ludźmi i tym, co pomyślą, jak skomentują moje mądrowanie, które mądrowaniem wcale miało nie być.

Źle mi się pisze, bo najczęściej nie widzę efektów mojej pracy.

Ale piszę.
Już drugi rok piszę.
Kiedy tylko mogę, kiedy tylko znajdę kilka minut, to uparcie klikam w klawiaturę mojego starego laptopa.
I ciągle mam nadzieję, że chociaż czasami źle mi się pisze, to w tych niedoskonałych słowach nieidealnej kobiety, jesteście w stanie znaleźć cudownego, dobrego Boga.
Bo tylko na tym tak naprawdę mi zależy.
Chcę wskazywać wam na mojego Ojca w Niebie.
Na pełnię radości w Nim.
Na pełnię życia w Nim.
Na pełnię pokoju, miłości i przebaczenia.. w Nim.
Na rzeczywistość, której człowiek nigdy nie będzie w stanie doświadczyć sam, bez uchwycenia się Jego ręki.

Zależy mi na tym, żeby wskazywać wam na szczęście, które może mieć każdy człowiek, bez względu na wszystko. Bo z Bogiem szczęście to nie emocja. To stan ducha, to wieczna gwarancja.
Pan Jezus wynosi szczęście na inny, nowy poziom.
Z Bogiem można być szczęśliwym, a nie tylko bywać. Przy ładnej pogodzie, dobrym humorze, po udanym dniu  w pracy.

Dociera do mnie na nowo i na nowo, że tu nie chodzi o mnie. Nie chodzi o to, co ja mogę, co ja potrafię, co ja czuję, albo czego nie czuję, bo mam gorszy dzień.
Nie chodzi o to, jak mi się pisze.
Nie chodzi o to, jak bardzo nieodpowiednia czasami jestem, żeby pisać na taki czy inny temat.
Chodzi o Niego.
O Jego doskonałość.
Chodzi o to, co On zrobił dla każdego z nas i co może robić przez nas.
Chociaż nie raz  źle nam się pisze..

Na niektóre blogi wraca się, żeby pooglądać piękne zdjęcia.
Na inne, żeby poczytać, choćby tytuł nie mówił zupełnie nic. Czasami są to tylko dwa zdania.. ale z takim jakimś głębokim sensem.
Są miejsca w sieci, które ceni się za humor, za dobre rady, za niezliczoną ilość inspiracji, pomysłów i sposobów na wszystko.
U mnie nie ma pięknych zdjęć. Tekst zazwyczaj długi, bez humoru.
Nie znam też sposobów na wszystko.

Ciągle mam jednak nadzieję, że wracacie tu po to, żeby szukać Boga. Żeby poznawać Go lepiej i być bliżej Niego w zwykłej codzienności.
Mam nadzieję, że za niedoskonałymi słowami, w zbyt długich postach i gdzieś obok błędów, które zawsze gdzieś się wkradną, znajdujecie Wszechmocnego.

Jeśli tak... to osiągnęłam swój cel.

I chociaż dzisiaj nie widzę efektów, których kiedyś tak bardzo oczekiwałam, mój Maciek ciągle mi powtarza:
Kiedyś Pan Bóg pokaże ci to, czego dzisiaj nie widzisz.
Kiedyś zobaczysz efekty swojej dzisiejszej pracy.
A potem jedzie z dziećmi do Babci, żebym mogła napisać kilka zdań..

Być może Pan Bóg pokaże mi kiedyś Mamy, które postanowiły spojrzeć na siebie i swoją mało znaczącą rolę z Bożej perspektywy.  KLIK    KLIK
Pokaże mi Mężczyznę, który znowu Mu zaufał i czeka na spełnienie obietnicy w cierpliwości. KLIK
Pokaże mi Kobietę, która myślała że modlić się nie warto.. a teraz wie, że to nieprawda. Że Bóg słyszy nawet najmniejsze westchnienie w stronę nieba. KLIK
Pokaże mi Kogoś, kto zaczął doceniać swoją zwykłą codzienność i dostrzega w niej Boże cuda. KLIK
Cuda codzienności.

Dziękuję za te dwa wspólne lata, Kochani.
Jesteście dla mnie wsparciem, zachęceniem i radością.
Każdy komentarz cieszy mnie niezmiernie.
Każdy mail sprawia, że chce mi się bardziej i więcej.
Każde udostępnienie wpisu czy grafiki jest dla mnie nagrodą samą w sobie.
Dziękuję.

Ściskam was wszystkich urodzinowo.