Dzieci to przeszkoda

25.2.16 Komentarze 4

Dzieci zawsze we wszystkim przeszkadzają.
Przeszkadzają przede wszystkim w prawdziwym życiu, dlatego trzeba się dobrze zastanowić, zanim się człowiek na taką przeszkodę zdecyduje.


Z dziećmi raczej nie dasz rady piąć się po szczeblach kariery i stawiać się w pracy na każde zawołanie szefa. Młode mamy nie błyszczą na tle innych, jeszcze wolnych, kolegów i koleżanek.
Dzieci przeszkadzają w studiowaniu i zdawaniu egzaminów w terminie. Piszą po ważnych notatkach, kasują prace magisterskie i nie śpią w nocy, żebyś w żadnym wypadku nie miała szansy się wyspać na to ważne zaliczenie.
Mało komu udaje się w towarzystwie małych, ciekawskich rączek spokojnie zjeść śniadanie, ciepły obiad i wypić kawę z koleżanką. Nie mówiąc o odpisywaniu na maile. Odebranie telefonu to kalkulacja, czy w ogóle jest sens, bo znowu płacze, krzyczy albo śpiewa na całe gardło. I tak nic nie będzie słychać..
Niegdyś beztroskie rodzinne imprezy stają się prawdziwym wyzwaniem i jedzeniem tortu i piciem kawy na zmiany.
Nie wszyscy z dziećmi u boku mogą sobie pozwolić na spokojne kupienie sukienki, weekend we dwoje czy wylegiwanie się nad brzegiem ciepłego morza. Dzieci przeszkadzają w czytaniu książek na tarasie, przeglądaniu ulubionej gazety i malowaniu paznokci.
Po powrocie z pracy nie czeka na ciebie wygodna kanapa i ulubiony serial. Nie czeka na ciebie zasłużony relaks w wannie i maseczka na zmęczoną twarz. To, co zastajesz w domu trafnie nazywają drugim etatem. Stęsknione dzieci wymagają twojej uwagi, przeszkadzają więc w rozbieraniu szpilek i eleganckiej garsonki, w odgrzaniu bigosu i ładowaniu zmywarki.
Nie możesz się skupić, żeby napisać smsa. Nie możesz zebrać myśli w rozmowie z mężem.
Przeszkadzają w sprzątaniu, wywieszaniu prania i obieraniu ziemniaków.
Przeszkadzają w spaniu, w wyjściu do kina i prowadzeniu samochodu.
Przeszkadzają w porannym prysznicu, myciu zębów, prostowaniu włosów i robieniu makijażu.
Przeszkadzają w remontach, budowaniu domu i leniwych porankach.
W oszczędzaniu na nowy samochód i w wymarzonym wyjeździe do Australii.
W chodzeniu po górach i zwiedzaniu Warszawy.
Nawet w sikaniu przeszkadzają..




Może oczekujesz, że teraz jest ten moment, w którym wszystkiemu zaprzeczę.
Napiszę, że to wcale nieprawda i nie ma co wierzyć w te wszystkie opowieści udręczonych macierzyństwem matek i styranych ojców.
Ależ to wszystko prawda! Może odrobinę przerysowana, ale prawda od początku do samego końca..
Przeszkadzają!
Studiowałam z niemowlakami- wiem jak to jest. Sprzątam i gotuję z dziećmi. Wykonuję codziennie setki czynności- zawsze z obstawą moich dzieci. Wczoraj próbowałam nawet kupić sobie coś w centrum handlowym z dzieckiem..kupiłam porcelanowego królika. To chyba wiele tłumaczy.

Z dziećmi wiele rzeczy nigdy, albo przynajmniej przez kilka lat, nie jest i nie będzie takie samo.
I możesz tęsknić za życiem przed dziećmi. Za błogą ciszą, randką raz w tygodniu, czystym lustrem w przedpokoju, autem bez okruszków z Flipsów i milionem innych rzeczy.. Możesz wzdychać i .. tracić czas. Bo co ci to da, że ponarzekasz? Poskarżysz się koleżance w pracy. Wykrzyczysz nieprzespane noce i niespełnione marzenia..no co ci to da?
A no da. Jeszcze większą frustrację i rozczarowanie własnym życiem.

A gdyby zmienić sposób myślenia? Inaczej na to przeszkadzanie popatrzeć..?
Z dziećmi u boku wszystko jest inne, ale to, czy lepsze, zależy tylko od nas. Od tego jak postrzegamy pewne sprawy i jak o tej misji bycia rodzicem myślimy. Bo to misja jest. Taka, jak żadna inna..
Misja bardzo specjalna.




Możesz widzieć niespełnione marzenia albo zacząć marzyć inaczej.
Możesz widzieć ograniczenia albo rozwój.
Możesz widzieć zamknięte drzwi albo nowe możliwości.
Możesz widzieć przerwaną rozmowę albo kogoś, dla kogo jesteś niezastąpiona. Tak. Szczególnie w tej chwili gdy masz gości i próbujesz skończyć ważną myśl..
Godziny bezowocnego brzdękolenia albo niepohamowaną pasję i talent wart uwagi.
Brak możliwości wyjścia na randkę albo malutki, pachnący Cud wtulający się w twoją pierś.
Męczące wakacje z trójką dzieci albo dwa tygodnie pełne niezapomnianych wrażeń, najszczerszego dziecięcego śmiechu i nieograniczonych niczym rozmów przed snem.
Zmarnowane przedpołudnie na placu zabaw albo czas wykorzystany na budowanie relacji trwających całe życie. Dobrze przecież wiesz, że to nie jest tylko plac zabaw..nie tylko zwykłe huśtawki i zjeżdżalnia.
To twoja niczym niezmącona uwaga. Ty w całości na poziomie dziecka. Jeśli tylko postanowisz do tego poziomu zejść. Jeśli tylko postanowisz, że na to nie będzie szkoda ci czasu.

Wszystko zależy od tego, na czym postanowimy się skupić. To, na czym się koncentrujemy, o czym myślimy i mówimy, zaczyna w naszym życiu dominować.
Czy na pewno chcemy widzieć nasze dzieci, Dary samego Boga, jako przeszkodę i balast?
Czy na pewno chcemy czas spędzany wspólnie traktować jak kolejny obowiązek i złodzieja wolności?
Wieczorna kąpiel i czytanie przed snem nie muszą być harówką.
Wspólnie odrabianie zadania i wyjścia na przedszkolne przedstawienia mogą być przyjemnością. Nawet wzruszyć nieraz się można..
Mogą sprawiać radość i być okazją, a nie przeszkodą w milionie innych rzeczy.





Tak się utarło, że jak wracasz z wakacji z wesołą trójeczką na tylnym siedzeniu musisz ponarzekać. No musisz, bo kto to widział być zadowolonym z wakacji z dziećmi?! One zawsze są męczące!
Nie dają się wyspać i zdrzemnąć po obiedzie, ani iść na spacer brzegiem morza wieczorem..o czytaniu dobrej książki nie wspominając.
Po takich wakacjach na pytanie: Jak było? Odpowiadasz: No, jak z trójką dzieci..
I nawet jak była pogoda, i lody były codziennie, wypady na zwiedzanie i pyszne obiadki u Pani Marii za rogiem. Nawet jak koło chałupy nie trzeba było robić, kwiatków podlewać ani w ogródku pielić przez dwa tygodnie..widzimy te dzieci jak przeszkodę do prawdziwych wakacji.
A czy te wakacje nie są właśnie z dziećmi najprawdziwsze? ... Takie bardziej, mocniej i w ogóle..wyciśnięte do ostatniej kropli..




Narzekać na dzieci nikt nas nie uczył. To przychodzi tak naturalnie..bo pojawił się ktoś, kto kradnie nam całe nasze dotychczasowe życie, więc czujemy się usprawiedliwieni zupełnie..musimy dać z siebie więcej, niż ktokolwiek wcześniej od nas wymagał. Musimy nasze Ja odstawić na bok tak często..za często.
Tego, żeby widzieć dzieci jako ciężar nie trzeba się uczyć, za to doceniania, zadowolenia i słów tak się cieszę, że jesteś - trzeba.
Musimy to robić z premedytacją. To się właśnie nazywa świadome rodzicielstwo.
Czasami mocniej się trzeba postarać i w ogniu jakiejś sytuacji w której ewidentnie przeszkadza- udać, że nie przeszkadza..że w sumie fajnie jak chce obok posiedzieć i nad uchem pośpiewać kolędy w maju..
Codziennie gestem i słowem zapewniać:
Kocham Cię i chcę, żebyś był częścią mojego życia. 




Ostatnio przeczytałam jak pewna mama czwórki dzieci, w tym trojaczków, napisała:
'Ciężko będzie wrócić do rzeczywistości szkolnej, oj ciężko. Ja tak uwielbiam kiedy dzieciaki są ze mną w domu: szczęśliwe, rozgadane, głośne, radosne. Na szczęście ferie już za nieco ponad tydzień'

Niecodzienne..prawda? Niespotykane. Chcieć...
Chcieć, żeby ci dzieci poprzeszkadzały. Chcieć usiąść z nimi i pogadać o ważnych przedszkolnych sprawach i o tym, jak to ciężko w tej szkole.. Inkę im zrobić i ulubione gofry. Albo gorące kakao, jeśli wolą. Chcieć słyszeć ich śmiech i rozmowy.
Chcieć słyszeć śpiew i śpiewać razem z nimi. Na całe gardło! Do tego tańczyć i skakać, aż się cały dom trzęsie.. wysłuchać pierwszych prób wlazł kotek na płotek na pianinie i kłótni z bratem od czasu do czasu. A potem jedno przepraszam i po sprawie.. to Przepraszam Benio.. kocham po prostu!! Zawsze mnie rozczula.
Chcieć mieć je w domu ze sobą, a nie odliczać dni do pierwszego września, do po feriach, po przerwie świątecznej.
Tęsknić za towarzystwem dzieci. Ich obecnością i pytaniami.
Nie wyganiać do pokoju i zabawek...bo przecież ciebie w tym pokoju nie ma. Ty jesteś w kuchni, salonie, sypialni..one chcą zawsze tam gdzie ty. Czy to naprawdę tak źle? Czy to nie przywilej?
Czy nie o tym marzyłaś głaszcząc zaokrąglony brzuszek?
Czy nie takie obrazy pojawiały się w twojej głowie?
Dlaczego teraz tak często staramy się od tego uciekać i odsuwać dzieci na bok? Przecież one chcą życie żyć z nami. Razem- nie obok stać i tylko się przyglądać..



Może się okazać, że ty właśnie z nimi zaczynasz żyć naprawdę. Że ten świat przed, nie był wcale taki kolorowy. Owszem. Był bardziej przewidywalny i poukładany, momentami łatwiejszy..ale może z dziećmi u boku właśnie zaczniesz poznawać jak smakuje prawdziwe życie, nauczysz się celebrować momenty, dostrzegać szczegóły. Może dzieci zmuszą cię do przewartościowania pewnych rzeczy i zwolnienia tempa. Pochylenia się nad tym co ma prawdziwą i wieczną wartość, nie przeliczaną na złotówki.
Może z nimi odkryjesz, że wartość ma być, a nie jak wciska nam świat- mieć.

Czasami trzeba pooddychać innym powietrzem. Oderwać się. Zakosztować ciszy. Takiej głuchej i totalnej, albo iść na spotkanie z przyjaciółmi, gdzie będą przyjaciele i... kropka. Bez dzieci.
Kupić coś na spokojnie i nawet przymierzyć przed. Poczytać, zaliczyć samotny spacer, randkę..
I to jest normalne! Szczególnie dla nas, rodziców. Chcemy czasami bez dzieci. Chcemy i potrzebujemy.
Ale niech to nie będzie zwyczajem.
Niech to nie będzie codziennością, że wszystko nam lepiej robić bez nich.
Dobrze jest się uczyć inaczej i nawet czasami wbrew sobie poudawać, że nie przeszkadzają wcale.. Ani odrobinkę..i że chcesz ich pomocy przy obiedzie, chociaż sama zrobiłabyś to o wiele lepiej i szybciej na pewno..


Dzieci to błogosławieństwo.
Dzieci to dar.
Dzieci nas uczą i ubogacają, nie ograniczają.
Przykro mi, że tak wielu z nas- rodziców, nie pamięta o tym na co dzień.
Mam tylko nadzieję, że kiedy rodzice tych przeszkadzających dzieci zostaną babciami i dziadkami, kiedy totalnie zwariują na punkcie swoich wnucząt, nie będą musieli walczyć z wyrzutami sumienia, że dla własnych dzieci nie mieli ani tyle cierpliwości, ani tyle serca, ani tyle czasu.


Rozmowa

23.2.16 Komentarze 0

„Weszłam do apteki po witaminę C. Stanęłam w kolejce – trzecia byłam i ostatnia. Przy okienku jakiś chłopak pakował już lekarstwo do torby, przede mną staruszeczka chowała stale kosmyk siwych włosów pod chustkę. Nie usłyszała, kiedy ją pani farmaceutka poprosiła do okienka. Podeszła po chwili, domyślając się, że skoro młodzieniec poszedł, to teraz ona podejść powinna. Podała receptę i czekała.
- Do zapłaty 156,16 zł powiedziała uprzejmie pani w białym fartuchu.
- Chciałabym jeszcze te paski do mierzenia cukru, tak może 10.
- Sprzedajemy po 50 szt. Kosztują 40 zł. Zapakować?
- Staruszka wyciąga portfel z kieszeni, szuka, zagląda, wysypuje na dłoń. Odwraca się do mnie i przeprasza, że tyle to trwa. Zaglądam przez ramię, niewiele ma tych pieniędzy. Upuszczam na podłogę 10 zł, podnoszę i mówię:
- Wypadło pani – i podaję jej banknot. Nie starcza. Płaci 156,16 zł, rezygnuje z pasków i powolutku wychodzi. Doganiam ją na chodniku, stoi trzymając się poręczy przy schodach. Uśmiecha się do mnie. Proponuję, że ją podwiozę.
- Kochaniutka, nie trzeba. Dla mnie każdy krok zrobiony samodzielnie to szczęście wielkie. A chodzić lubię, czas szybciej leci, a i do pustego domu nie chce się wracać. A kroki liczę, uważnie stawiam, bo ich już jutro mogę nie powtórzyć, mogę na nogi nie stanąć.
I masz tu te 10 złotych, mnie ono nie wypadło tylko tobie. Pomyliłaś się skarbie…I jedź powoli, żeby szczęśliwie do domu wrócić. Daleko mieszkasz?
- 25 km stąd.
- Daleko. Nie spiesz się, bo mgła. Jedź spokojnie. Spieszyć się nie trzeba. Bo dnia i tak nie przegonisz – co ma cię w nim spotkać, to spotka, co nie, to nie a drugi raz tego dnia już nie przeżyjesz.”

Napisała w komentarzu Kasia, czytelniczka jednego z moich ulubionych blogów szafatosi.pl

Bo ja naprawdę lubię czytać komentarze... właśnie dla takich zwykłych rozmów, w zwykłej aptece,  w kolejce po zwykłą witaminę C.

A ta Staruszka,  to już wcale nie taka zwykła..

About Time

17.2.16 Komentarze 0

Jedne są takie, że postanawiasz wyłączyć, za nim na dobre rozwinie się akcja. Szkoda na nie czasu i pieniędzy. Pop-cornu nawet szkoda.
Inne uważasz za ciekawe, ale zapominasz o nich już po tygodniu. Zapominasz tytuł, główny wątek i zakończenie. Pamiętasz tylko przystojnego aktora. A jak nie w twoim typie, to aktora nawet nie pamiętasz.
Jeszcze inne nazywasz odmóżdżaczami, bo na nich nie trzeba myśleć. Gapisz się w ekran i nie myślisz. W głowie pustka- w trakcie, jak i po. Jakieś schematy i szczęśliwe zakończenie. Banał.
Są takie, w których pamiętasz element zaskoczenia, fantastyczny pomysł i nieszablonową historię. Drugi raz nie ma jednak sensu oglądać, bo przecież nic cię już nie zaskoczy..
Są też przepełnione przemocą i nieludzką brutalnością. Widząc tylko plakat, albo jeśli jakimś cudem trafię na zwiastun, nigdy nie wiem co myśleć o ludziach, którzy takie rzeczy wymyślają..
Są chwytające za serce. Często oparte na prawdziwej historii. Na nich pozwalasz sobie na łzy i wzruszenie.
Niektórzy lubią śmieszne i głupie do granic możliwości, albo tak głupie, że aż śmieszne.
Są nisko i wysokobudżetowe. Potrafią kosztować miliony dolarów i dwa razy tyle zarobią.

Filmów różnego gatunku, w różnym klimacie są tysiące..ale tylko w niektórych można się szczerze zakochać. To filmy, które głęboko zapadają w pamięć. O których myślisz cały kolejny dzień, tydzień, miesiąc..nawet za rok pamiętasz szczegóły. Powtarzasz dialogi i wspominasz niektóre sceny.
Takich perełek jest naprawdę mało. Bardzo rzadko się zdarzają, ale są. Filmy, które zmieniają twój sposób patrzenia na świat. Które można oglądać w kółko i nigdy się nie nudzą.



I taki właśnie jest Czas na miłość. Film, który wam całym sercem polecam.
Byłam na nim w kinie (!!!). Jesień 2013, szaro buro i ponuro. A ten film, chociaż wybrany całkiem przez przypadek i na ostatnią chwilę, sprawił, że szare, bure i ponure stało się piękną jesienią, chociaż nic się w sumie nie zmieniło.
Przyznam się nawet, że film na samym początku wydawał mi się jednym z tych, które najchętniej bym wyłączyła za nim na dobre rozwinie się akcja. Podróż w czasie, to nie moje klimaty.. To był jednak taki okres mojego życia, w którym samo przebywanie w kinie z mężem było okazją do świętowania, więc zostałam. A potem nadziwić się sobie nie mogłam, że chciałam wyjść z tej sali..

To taka perełka w tym gąszczu nic nie wartego chłamu. Pośmiejesz się i wzruszysz na pewno. Obsada cudna i bohaterowie fenomenalnie wymyśleni.. Tacy wszyscy kochani są, normalni, prości i nieprzesadzeni. Rodzinka z innego świata. A ta muzyka..no i angielski akcent, który w filmach wyjątkowo mi nie przeszkadza.
Wiem, że film ma już ze 3 lata..ale to nic. Pomyślałam, że może akurat ktoś z was nie widział, a tak bardzo warto..



Warto kupić płytę i co jakiś czas obejrzeć. Przypomnieć sobie powagę życia.
Główny bohater mógł podróżować w czasie- my nie za bardzo. Ani ja, ani ty, drugi raz naszego życia nie przeżyjemy. Nawet jednej chwili nie powtórzymy raz jeszcze..a to poważna sprawa, sama przyznaj.
Jutro do nas nie należy, dzisiaj jest nam dane.
W tym filmie zobaczysz, że można  dzisiaj przeżywać dwojako. Że można celebrować codzienność w piękny i niezwykły sposób, a można te same sytuacje pozostawić totalnie nic nie znaczące, nie zauważając ich potencjału przejść obok obojętnie.

Polecam polecam polecam!



Pierwsza Miłość

15.2.16 Komentarze 0

Myślę o niej, kiedy dzieci budzą nas bladym świtem.
Myślę o niej, kiedy wkładam kolejną porcję brudnych ubrań do pralki i kiedy ładuję zmywarkę.
Myślę o niej, kiedy układam klocki lego i szukam pieska w gumowej książeczce.
Myślę o niej mieszając zupę i obierając ziemniaki.
Myślę o niej na zakupach w Biedronce i kiedy te zakupy do bagażnika ładuję.
Myślę o niej nad deską do prasowania i kiedy przebieram pościel.
Myślę o niej, kiedy serial się kończy i kiedy przeczytaną książkę odkładam na półkę.
Myślę o niej, kiedy cele kolejne osiągam i ciągle mam mało. I kiedy szczęścia nie czuje, choć dzieci zdrowe i mądre, i męża mam, i dom, i taras ogromny..
Myślę o niej, kiedy widzę czyjeś zdjęcia ze ślubu i z podróży poślubnej. Kiedy tak na każdym się przytulają i patrzą na siebie tym wzrokiem. W tych zdjęciach tak ją wyraźnie widzę..
Myślę o niej, kiedy leżę już w łóżku na pół śpiąca, Kiedy nagle dopada mnie myśl, że nawet z Nim dzisiaj nie pogadałam..nie przywitałam się rano i nie powiedziałam dziękuję w ciągu dnia.
Ani jednego, małego dziękuję.

Myślę o mojej pierwszej miłości. Tej gorącej, świeżej i gotowej na wszystko.
Nie liczącej zysków i strat.
Tej w której totalnie przepadłam, przez którą dla świata mnie wcale nie było.
Tej bez  później, jestem zmęczona, zaczekaj
Tej bez  jutro, za tydzień, w następną niedzielę.
Tej bez  miliona pytań i wątpliwości tysiąca.
Tej która szła ręka w rękę, bez żalu i ciągłego oglądania się w tył. Bez wątpliwości, bez żadnego ale.
Tej która tak bardzo potrafiła zaufać, nie strzelała fochów, i obce jej były wymówki.
Tej, która szukała okazji do spotkań i rozmów bez końca.
On był tym, który mi za wszystko wystarczał.
Niczego więcej nie chciałam, tylko być blisko. Tylko w Jego silnych, bezpiecznych ramionach się schować i tam już na zawsze pozostać.

Pamiętam jak wszystkim w około o Nim mówiłam. Jak bardzo chciałam, żeby Go poznali.
Pamiętam, że On pierwszy zawsze wiedział co mi ból sprawiło, a co przyniosło radość. O wszystkim Mu zawsze mówiłam.
Pamiętam, że z Nim dopiero poznałam ile jestem warta i jak bardzo cenna. Że nie muszę po szczeblach kariery się piąć, żeby coś znaczyć. Zawsze mnie kochał i będzie kochał bez względu na wszystko. Nie za coś, a pomimo wszystko.
Pamiętam jak dawał mi siłę, by stawać się najlepszą wersją siebie.
Pamiętam jak o świcie wstawałam, żebyśmy mogli się spotkać. Pogadać spokojnie.
Pamiętam jak doczekać się nie mogłam naszych rozmów i tego jak mówił, i tego jak słuchać potrafił. I że zawsze czekał. Zawsze był na każde skinienie.
Pamiętam, jak był moją pierwszą myślą rano i ostatnią wieczorem.
Pamiętam też, jak chciałam wszystko o Nim wiedzieć, i poznawać codziennie bardziej..
Bo On smak życiu niepowtarzalny nadaje i sens, dla którego każdy dzień ma znaczenie.



Myślę o pierwszej miłości w tych codziennych momentach i wiem, że nie taki był Jego plan. Mam sobie za złe, że dałam się wciągnąć w ten pęd i gonitwę. W to zabieganie, które nie ma końca.
Zastanawiam się przy tym jak to się stało, że brudne skarpetki stały się ważniejsze niż On. I film, i książka, i relaks u fryzjera, zakupy..Może zbytnio upraszczam. A może wcale nie i jak się głębiej zastanowić, to tak właśnie jest. Widzę prawdę, która boli. A prawda jest taka, że w tym pośpiechu tak łatwo zapomnieć o Najważniejszym- o Ukochanym mojej duszy. A nie tak miało być..
Nie tak miało być, że razem jesteśmy, a jednak osobno.
Że szczęścia poza Nim szukam i cele mam inne, i wizje przyszłości. W jednym kierunku mieliśmy patrzeć i życie przejść razem za rękę.
Nie taki był plan, żebym od Niego ten głupi serial wolała i książkę. Choćby najlepsza, zawsze miała być któraś z kolei, a On zawsze pierwszy.
Nie tak miało to wyglądać, że w biegu cały dzień spędzam i On nawet w jednej myśli się nie pojawi. Dziękuję zapomnę, a prosić pamiętam, gdy trudno..
Że moja miłość słabnie i stygnie powoli. Zawsze miała być świeża, największa ze wszystkich- miłość na śmierć i na życie. Na dobre i na najgorsze. W szczęściu i biedzie. Do końca gorąca..

On nie chce widnieć na szarym końcu mojej listy obowiązków. Nie chce wypełniać luk w terminarzu. Chce pierwsze miejsce w moim sercu zajmować na zawsze.
Nie chce całymi dniami czekać. Nie chce skrawków mojego czasu, jakichś ochłapów i resztek. Rozmowy między jedną łyżką zupy a drugą. W kolejce do kasy. W przychodni na korytarzu..wtedy, kiedy już nic innego do roboty nie mam.
Nie chce uścisku w biegu. Szybkiego cześć, jak się masz.. Chce rozmawiać jak kiedyś.
Chce wziąć mnie w ramiona, przytulić. Pobyć tylko ze mną, sam na sam. Żeby nic mojej uwagi nie rozpraszało. Żebym mogła Mu w oczy popatrzeć i na Nim jedynie się skupić. Żebym tęskniła jak dawniej i doczekać się nie mogła, aż Jego głos znowu usłyszę.
Nie chce o moją uwagę zabiegać. Dwoić się, troić, grać na emocjach, wzbudzać poczucie winy czy obowiązku..
On zawsze chciał szczerej bliskości. Prawdziwej relacji. Nie takiej na pokaz i tylko od niedzieli i święta.

Myślę o mojej pierwszej miłości do Niego i wiem, że codziennie muszę lepiej o nią dbać. Świadomie do niej wracać każdego dnia i pielęgnować jak najcenniejszy skarb.
W wielkich i małych sprawach codziennych kochać Go całym sercem i duszą. Z całych moich sił i ze wszystkich myśli.
Tęsknić i pragnąć jak kiedyś. Robić wszystko, żeby tak jak na początku On widział wyraźnie, że całym życiem jest dla mnie. Wszystkim we wszystkim. Że On mi wystarcza.
Bo taki był właśnie Jego plan. Tak właśnie miało być zawsze.

I wiem, że chcę do niej wrócić. I wracać jak tylko znów zacznie stygnąć.
Nie tylko o niej myśleć i ze smutkiem wspominać jak było, a żyć nią codziennie.

Bo przecież cały mój świat w tym pięknym imieniu się kryje:

Jezus


                              













Jeden Jedyny Krok

11.2.16 Komentarze 2

Ani groźbą, ani prośbą.
Ani krzykiem, ani szeptem, ani nawet łzami bezsilności i błaganiem o posłuszeństwo.
Nie działa kara, nagroda, przytulenie, głaskanie, brak bajki i samotność w pokoju.  I opadłe ramiona też nie.
Udawanie, że nie wrzeszczy- jak wrzeszczy.
Zagłuszanie muzyką, stoicki spokój, długie tłumaczenie i krótkie komendy.
Powtarzanie tej samej formuły razy sto wydaje odbijać się echem od ścian jego małego, ślicznego pokoiku.
Konsekwencja, wyznaczanie granic, trzymanie się zasad, dotrzymywanie raz danego słowa.
Tablica motywacyjna- smutne i uśmiechnięte buźki za bycie miłym, grzecznym, dzielenie się..i za poranne ubieranie bez krzyku.
Nic. Po prostu nic nie pomaga.

Nie potrafię przywyknąć do płaczu o nic.
Do marudzenia, jęczenia, wrzasku, histerii, walenia drzwiami i w drzwi.
Do kopania ze złości i uderzania pięściami w podłogę.
Nie potrafię nie reagować i robić swoje.
Nie potrafię, choć kilka lat staram się z całych sił.

Mówią: zostaw- niech się wywrzeszczy, przejdzie mu.
Mówią: wlej mu w tyłek i się skończy!
Mówią: do dziecka trzeba na spokojnie, cierpliwie tłumaczyć, tylko wtedy posłucha.
Mówią: wyznacz granice i bądź konsekwentna, to klucz do sukcesu.
Mówią różne rzeczy.
Niech mówią. On i tak swoje wie i jak się uprze, to choćby świat się walił to nic, ale to nic nie pomoże.
I kopie, i tupie, i gardło zdziera tak, że chrypę ma potem przez kilka godzin.
Zawsze się boję, że obok domu ktoś przechodzi i myśli, że dziecko maltretujemy i albo pomoc społeczną naśle albo policję..

W takich chwilach mam ochotę przestać pisać.
Usunąć bloga i wszystkie teksty skasować- głównie te o tym, jak ważne jest żyć pięknie z dobrymi słowami na ustach za zamkniętymi drzwiami, kiedy nikt nie patrzy..o zauważaniu cudów w codzienności, nawet tej szarej, zwyczajnej i trudnej czasami.
Albo jeszcze lepiej- założyć nowego, pod nazwą  Rzeczywistość Codzienności i pisać o takich dniach jak ten. O tym, że sobie nie radzę. Że cierpliwości mi brakuje.

Wiem, że trzeba przetrzymać. Zacisnąć zęby, policzyć do dziesięciu. Albo do stu jeśli trzeba.
Wybiec z domu, by za trzy minuty wrócić..
Bo mamy za trzy minuty wracają. No..góra pięć.
Trzeba łzy otrzeć rękawem i w chusteczkę w płaszczu schowaną nos wytrzeć.
Ogarnąć się i wrócić. A wszystko to w te pięć minut.
I chociaż czasami wracać się nie chce, a w największą ulewę i wiatr spacer bym wolała- to wracam.
Bo mama co kocha, zawsze wraca przecież...

Nie będę udawać, że cierpliwości mam dosyć.
Że mi jej nie brakuje rano, w południe, wieczorem i w nocy.

Kiedy w poniedziałek go z łóżka nie mogę wyciągnąć, a wiem, że w sobotę od 6 już chodził wyspany.
Kiedy cały dzień przy garach spędzam, a on jeść nie chce za chiny. I wymyśla, marudzi, wierci się przy tym aż w końcu kompot na podłogę wyleje.
Kiedy mąż z dziećmi w aucie czeka, a kolejka na pół sklepu i problem jakiś przy kasie..
Kiedy po raz kolejny z pokoju wychodzi bo chce wody, siku, nie może spać, jest mu za ciepło...kiedy ciszy najbardziej na świecie potrzebuję i spokoju, a tym łażeniem Mili obudzi.
I kiedy nie wiem, o co płacze..a że mówić nie potrafi, to stęka i płacze, płacze i stęka..
Kiedy się spieszę, a on każdy kamyk ogląda, każdego ślimaka i patyk po drodze.
Kiedy ząbkuje i chce na rękach pół nocy spędzać..na moich rękach jedynie.
Wtedy jej nie mam. Ucieka, paruje czy nie wiem co jeszcze..

Pan Bóg używa moich dzieci - bardziej, niż czegokolwiek innego w moim życiu - do tego, żeby mnie uczyć. Żebym rosła duchowo, dojrzewała dla Jego chwały.
Nawet jeśli udaje mi się spędzić sam na sam z Bogiem niewiele czasu każdego dnia, Jego lekcje czekają na mnie w każdej chwili, jaką spędzam z dziećmi.

Jesteśmy niecierpliwi okropnie.
Widać to wszędzie: i w domach i na ulicach. W szkołach, sklepach i urzędach. Na placu zabaw, w parku, w kuchni i dziecięcym pokoiku. W restauracji, u lekarza, u fryzjera też.
Chcemy już i teraz. Chcemy po naszej myśli. Chcemy łatwo, szybko i sprawnie.
A jak nie to trąbimy, wykłócamy się, krzykniemy nie raz. Wzdychamy, drepczemy, marudzimy pod nosem, drzwiami trzaśniemy.
Wie każdy jak jest. Jak to w realu wygląda.

Kiedyś się o nią modliłam. Codziennie wołałam do Boga o cierpliwość.
Taką na już i na teraz. Pilne zamówienie składałam.
Nie rozumiałam zupełnie, dlaczego po moich modlitwach dzieci są jeszcze bardziej wymagające, kolejki w sklepie dłuższe, a na drogach mam wszędzie czerwone..przecież błagałam wręcz. Przecież Bóg wie, że tak bardzo jej potrzebuję. Każdą ilość przygarnę..a tu ciągle pod górkę.
Kiedyś myślałam, że ją dostanę jak ładnie poproszę. Szukajcie a znajdziecie, proście a będzie wam dane i takie tam..

Z cierpliwością jest jednak inaczej.
Cierpliwości nikt nam nie da tak po prostu. Nie będzie podana na tacy.
Nie jest tak, że poprosisz, a za chwilę już ją dostajesz i potrafisz po raz setny odpowiedzieć na to samo pytanie, przetrzymać histerię, tłumaczyć łagodnie bez krzyku i nerwów..
Cierpliwość jest owocem prób. Nie jest przydzielona, ale wypracowana.
Dostajesz od Boga nasionko, o które troskliwie musisz zadbać.
Trzeba wytrwale, dzień po dniu je pielęgnować.
Żeby owoc był piękny, zdrowy, mięsisty- potrzeba pracy. Wytrwałej. Takiej codziennej i sumiennej.



Nie jesteśmy w tym  wcale sami. Mamy wsparcie i pomoc Najwyższego.
Dać z siebie musimy 100%, a Bóg wszystkie braki wypełni.
On chce naszego rozwoju, dlatego pozwala nam pracować. Pozwala nam na wysiłek i wymaga od nas zaangażowania. I chociaż nie raz marudzimy, Bóg za bardzo nas kocha, żeby dać nam wszystko na tacy podane.
On naszą siłą się staje codziennie, dzięki której możliwy jest każdy kolejny krok. I kolejny..i jeszcze jeden..

Bo to właśnie o ten jeden jedyny krok chodzi.
Jeden! Słyszałaś?
Nie myśl o przyszłych tygodniach, miesiącach i latach. Myśl o tym co tu i teraz. O tym jednym kroku do przodu.
O jednej dobrej decyzji.
Jednej zmianie perspektywy.
Jednym odpowiednim nastawieniu.
Jednym słowie i jednym geście.
Jednej postawie cierpliwości.
Tylko jeden krok na raz. Nie więcej. No przecież dasz radę!
Te małe zmiany doprowadzą ciebie i mnie do wielkich rezultatów.

Czas na wzrost moja Droga.
Mimo, że wcale nie czekam na tupanie w podłogę, krzyk i histerię.
Wcale nie marzę o soku wylanym, kłótni o autko i klocki lego. Kolejnej..
Ani o kolejce w sklepie nie marzę.

Ale jeśli już przyjdzie mi cierpliwość ćwiczyć, to wiem, że ten jeden krok dam radę zrobić.
Tylko jeden na raz.
Niby niewiele, ale w końcu przyjdzie zmiana.
Zobaczysz owoc swojej pracy. I inni też zobaczą. Na pewno..
A Bóg już teraz widzi serce, które tych zmian pragnie.

Bo tutaj nie chodzi o bycie perfekcyjnym, ale o serce chcące się uczyć.
Chodzi o postęp.
Odważne stawianie małych kroczków w dążeniu do duchowej dojrzałości.





Owoce zapiekane pod kruszonką

9.2.16 Komentarze 0

Uwielbiam ten przepis. Szczerze kocham.
Jestem raczej z tych słodko-lubnych, dlatego dzisiaj znowu będzie coś na deser.
Ale to nie takie zwykłe  coś ...zdrowe, pożywne i naprawdę przepyszne!
Idealny podwieczorek na chłodniejsze dni.

Owoce zapiekane pod kruszonką mogą cię nie raz uratować, kiedy goście już w drodze, a na pieczenie ciasta nie masz już czasu.
Przepis jest szybki, a deser najlepiej smakuje jeszcze ciepły! W duecie z gałką lodów waniliowych na pewną wprawi w zachwyt nawet najbardziej wymagającego gościa.

Inna nazwa deseru to crumble. Przepis jest wam pewnie znany w różnych wersjach.
Podstawowa wersja kruszonki to zawsze:
2 części mąki
1 część masła
1 część cukru
Oznacza to, że jeśli chcemy zrobić kruszonkę z 200 g mąki, trzeba jeszcze dodać 100 g cukru i 100 g masła.
Taki stosunek składników jest podobno najlepszy.


Ja lubię jednak kombinować z tradycyjnymi przepisami, szczególnie w stronę ulepszania ich pod względem zdrowia. Dlatego moja kruszonka zawiera mniej cukru i jest mixem różnych wartościowych rodzajów mąki, płatków owsianych i migdałów.
Do crumble można użyć sezonowych owoców latem czy jesienią, lub mrożonych o dowolnej porze roku.


Owoce zapiekane pod kruszonką
Składniki:  (na naczynie żaroodporne o wymiarach ok. 20cm x 30cm)
1 kg jabłek
30 dag malin (mogą być mrożone)
2 łyżeczki cynamonu
laska wanilii (dosyć tanie są np. w Lidlu)
200 g masła (miękkiego)
100 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej (np. z Biedronki)
50 g mąki jaglanej
50 g mąki gryczanej
100 g płatków owsianych górskich
100 g cukru trzcinowego
płatki migdałowe

Przygotowanie:
- jabłka obrać, pokroić w grube cząstki i dusić z odrobiną wody na małym ogniu ok. 10 min (aż lekko zmiękną),
- maliny rozmrozić (jeśli używamy zamrożonych), wymieszać z jabłkami, cynamonem i ziarenkami wanilii (należy rozciąć laskę wanilii i delikatnie wydrążyć ziarenka),
- połączyć masło z cukrem, różnymi rodzajami mąki i płatkami owsianymi,
- wyłożyć owoce do naczynia żaroodpornego, przykryć warstwą kruszonki, posypać płatkami migdałowymi i wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni,
- piec do zarumienienia, ok. 20-25 minut (uważaj na płatki migdałowe, które brązowią się najszybciej- możesz nakryć kruszonkę papierem do pieczenia, żeby się nie spaliły),
- podawać na ciepło.



Mimo małej ilości cukru, deser jest naprawdę wystarczająco słodki, pomimo dodatku kwaśnych malin.
Na zimno, nawet na drugi dzień, kruszonka nadal jest pyszna i chrupiąca!
Można mieszać dowolne rodzaje mąki w dowolnych proporcjach. Można również zastąpić część mąki np. orzechami, a do owoców dodać rodzynki.

Kruszonkę można spokojnie zamrozić, więc jeśli zrobisz więcej na raz, następnym razem zrobisz podwieczorek o wiele szybciej :)

Smacznego!

Ryzykowny interes

6.2.16 Komentarze 3

Myślisz, że wiesz, co cię czeka kiedy maleństwo przyjdzie na świat.
Przeczytałaś dużo książek i mądrych artykułów.
Przeprowadziłaś tysiące rozmów i wysłuchałaś miliona rad doświadczonych koleżanek.
Przygotowałaś się, jak mogłaś najlepiej- fizycznie, psychicznie i duchowo chyba też.
Jesteś gotowa na ból porodowy i to wszystko co potem.
Cały plan ułożyłaś już w głowie:
Po pierwsze to będzie dziewczynka. Albo na pewno chłopiec. Inna opcja to: byle zdrowe i wszystko mi jedno- a to akurat rzadko spotykane.
Masz wyraźny obraz nocnych karmień i całodobowej opieki. Spacerów, przewijania, zakupów w pośpiechu.
Pierwsze tygodnie będą monotonne- sen i jedzenie. Jedzenie i sen. Błogi spokój. Będziecie się do siebie przyzwyczajać. Oswajać nową sytuację. Przecież noworodki tylko jedzą i śpią..tak pisali.
Wiesz też, że fryzjer i kosmetyczka będą odległym marzeniem i nic a nic ci to nie przeszkadza. Albo inaczej.. przecież i fryzjer i kosmetyczka będą twoją chwilową odskocznią, która ci się należy, więc pójdziesz. Dziecko ma przecież ojca, no nie?
Do formy dojdziesz szybciutko- odpowiednia dieta, bieganie i fitness dla mam dwa razy w tygodniu.
Będziesz karmić piersią do roku. Co najmniej. A potem żadnych słoiczków, tylko domowe zupki na warzywach eko.
Dziecko będzie zasypiać samo, w swoim łóżeczku. Na pewno nie w wózku i na pewno nie na rękach.
O powrocie do pracy ani razu nie zatęsknisz. Bo co to za matka, która tęskni..
Nie będziesz krzyczeć. Będą za to długie rozmowy, wyznaczanie wyraźnych granic i konsekwencja.
Basen dwa razy w tygodniu. Dodatkowy angielski też z pewnością gdzieś wciśniesz. A jeśli to dziewczynka, bez baletu się nie obejdzie.
Kiedy z malutkiej córeczki wyrośnie nastolatka, będziecie razem chodzić na zakupy. Jak najlepsze przyjaciółki..będzie ci się zwierzać. Przegadacie całe wieczory, a pod ciepłym kocem obejrzycie nie jedną komedię romantyczną- tą ze szczęśliwym zakończeniem i tkliwymi tekstami.
Potem już tylko szczęśliwy ślub, zdrowe wnuki, świetlana przyszłość..
A kiedy z chłopczyka wyrośnie mężczyzna, będziecie spacerować pod ramię. Opowie o nowej pracy i poradzi się co kupić żonie na rocznicę.
I pójdą za Bogiem. Pójdą na pewno. Przecież mają w nas przykład, a wieczorami Biblię razem czytamy, modlimy się przed snem. Dużo rozmawiamy o Zbawicielu. Do kościoła prowadzimy..

Świadoma zmęczenia i nadciągających obowiązków jesteś gotowa, żeby nią być.
Żeby być Mamą najlepszą na świecie. Jedyną taką spośród wszystkich mam...

I wtedy rodzi się Dziecko.
Dar samego Boga, Cud nad cudami.
Wymarzone, wyśnione, wyczekane, wymodlone - Twoje Dziecko.

Tak na prawdę nigdy nie wiesz, jakie ono będzie. Jaki od Boga Dar dostaniesz.
Nie wiesz, jaki będzie miało nosek, jakie oczy i włoski.
Nie wiesz, czy będzie zdrowe całkowicie, czy może z astmą, z alergią, czy chorym serduszkiem.
Nie wiesz czy wyniki krwi przyjdą dobre.
Nie wiesz, czy czekają cię noce przespane od pierwszych miesięcy, czy może przy kolkach będziesz płakać po cichu, a wyśpisz się po kilku latach dopiero.
Nie wiesz, czy ono da ci się oswoić z nową sytuacją, czy na głęboką wodę zostaniesz rzucona.
Nie wiesz, czy będzie chciało pić z piersi i zasypiać gdzie indziej niż w twoich ramionach, słysząc bicie twojego serca.
Nie wiesz, jaki będzie miało charakter i czy w życiu sobie poradzi.
Nie wiesz, czy jak posadzisz w piaskownicy to będzie grzecznie babki robiło, czy zwiedzisz z nim cały plac zabaw w pięć minut i po drabinkach będziesz je gonić.
Nie wiesz, czy z buntem dwulatka będziesz się mierzyć i czy na środku Tesco zrobi cyrk o ukochane żelki.
Nie wiesz jakie zabawy polubi i czy pokocha jazdę konną i psy - jak ty.
Nie wiesz, czy będzie nerwowe, czy wymyślate, czy jadek- a może niejadek. Czy domowe papki będzie zajadać i brokuły polubi.
Nie wiesz, czy bez problemu nauczy się czytać, a pisać będzie najładniej w klasie.
Nie wiesz, czy będziesz tą matką, która spać będzie spokojnie, czy może jedną z tych wyczekujących po nocach przy oknie kuchennym, modląc się żeby wróciło bezpiecznie.
Nie wiesz nawet, czy spotka na swojej drodze życzliwych ludzi i czy pokocha tą właściwą dla siebie osobę.
Nie wiesz w jakie wpadnie towarzystwo i jakich słów nauczy się w szkole.
Nie wiesz, ile popełni błędów i czy będzie chciało twoich rad słuchać.
Nie wiesz, czy będzie lubiła z tobą zakupy, czy z inną przyjaciółką przegada wieczory pod kocem.
Nie wiesz, czy opowie ci o szkolnym meczu albo o tej fajnej dziewczynie.
Nie wiesz, czy w sądzie będziesz się wstydzić i kuratora na kark dostaniesz, bo paczkę chipsów za 5 złotych ukradnie.
Czy przeżyje w małżeństwie 50 szczęśliwych lat, czy 2 zupełnie stracone. A może nigdy na ślubnym kobiercu nie stanie..
Nie wiesz, czy wnuki będziesz bawić i czy będzie komu niezdrowe słodycze kupować.
Nie wiesz, czy Boga całym sercem pokocha i w ślad za Nim pójdzie, czy może swoje drogi wybierze, nie chcąc znać Zbawiciela.
Nie wiesz, czy to ty na pogrzebie będziesz płakać, czy ono nad twoim grobem stanie.
Nie wiesz.

My nie lubimy nie wiedzieć. Lubimy, jak wszystko jest jasne i klarowne. Kiedy wiemy, na co się decydujemy.
Lubimy piękne scenariusze i szczęśliwe życie. Takie książkowe i poukładane.
Chcemy posłuszne dzieci i poukładane nastolatki. Chcemy patrzeć na ich szczęśliwe życie, rozpieszczać wnuki..
Lubimy pełną kontrolę nad wszystkim. Lubimy jak od nas wszystko zależy i jak sobie pościelimy tak się wyśpimy.

Nagle się jednak okazuje, że możesz planować ile tylko chcesz. Możesz chcieć tak lub inaczej. Widzieć przyszłość po swojemu, w marzeniach snuć różne wersje wydarzeń, ale co będzie- nie wiesz. I inaczej nie będzie.
Bo dziecko i jego przyszłość, to jedna wielka niewiadoma. Odrębna historia. Inna niż wszystkie ci znane, niż wszystkie wymyślone i zaplanowane.
Dajesz z siebie wszystko co najlepsze, a ono i tak swoje decyzje podejmie. Dobre czy złe - tego nie wiesz.
Dziecko to ryzykowny interes. Godzisz się na wszystko w ciemno, bez gwarancji powodzenia.

Kiedy nie mamy kontroli, przychodzi strach. Przychodzi zmartwienie i niepokój o sprawy większe i mniejsze.
Najpierw martwisz się o to, czy nie jest za ciepło ubrane i czy zęby umyło, potem przychodzą inne zmartwienia- oceny, koledzy, słownictwo.
Czasem o katar się martwisz, a czasem, czy znajdzie się dawca...jest różnie.

Jak to matka, zwyczajnie się boisz, choć strach nic nie pomoże. Zamartwianie niczego nie zmieni.
Bo nie masz kontroli nad większością z tych rzeczy, o które się troszczysz - niestety..

Mam poziom  master  w zamartwianiu.
W ciągu prawie 7 lat życia mojego dziecka martwiłam się o tysiące rzeczy.
Chodzenie, raczkowanie, jedzenie, AZS, odbijanie, choroby po szczepieniach, kolki, lot samolotem, krzywe nóżki, astmę, raka (setki razy), kaszel, gorączkę, pierwszą noc poza domem, kolegów, szkołę, przedszkole, nauczyciela...no tysiące.
Zdążyłam się zamartwiać czy będzie miał dobrą, kochającą żonę i czy będzie pokój w kraju, kiedy dorośnie. Myślałam jak to będzie jak z domu wyfrunie i widzieć Go będę na niedzielnym obiedzie jedynie. Już nawet płakałam martwiąc się, jak sobie z tą Jego dorosłością poradzę. I czy na studia mnie będzie stać, i czy praca będzie dla Niego..I dziś o kilka rzeczy się bałam. Codziennie to robię, choć nic tym nie zmieniłam. Nie zabrałam ani jednej choroby, nie sprawiłam, że mniej płakał przy kolkach, nie uchronię od usłyszenia brzydkich słów i niepowodzeń na egzaminach.
Chociaż czasami plan mam inny, muszę zaakceptować to, co jest.
Codziennie na nowo uczę się wołać: Boże, Ty przecież wiesz najlepiej..oddaję Go w Twoje kochające ramiona. 
I robię swoje, odganiając głupie myśli. Przynajmniej się staram..
Bo przyszłości nie zmienię, ale o teraźniejszość mogę zadbać.

Bo w życiu jest różnie. Czasami idealny scenariusz wypali i jest pięknie, a czasami nie, choć ty taka nieprzygotowana na komplikacje..
Trzeba umieć zaufać. Trzeba nauczyć się swój strach i niepokój, niepewność i zmartwienia na Niego złożyć. Tego, który to wszystko za ciebie poniesie, jeśli Mu pozwolisz.
Bo czy dla Boga cokolwiek jest zaskoczeniem?
Czy On nie wiedział, jakie dziecko ci da i z czym codziennie będziesz się mierzyć? Jakie walki będziesz prowadzić?
Wiedział. Wiedział też, że możesz je wygrać. Zostać zwycięzcą we wszystkim, bo nigdy nie dostaniesz niczego ponad twoje siły. Nigdy za dużo.




On zna twoje dziecko. Zna jego przyszłość i każdy szczegół jego życia.
Boga nic nie zaskoczy, bo On każdą minutę naszego istnienia ma w swoim ręku. I życia naszych dzieci też.
Czy to nie ulga?
Czy ta myśl nie przynosi ukojenia?

Ty Mamo kochaj, choć ta miłość niejedno ma imię.
Ty Mamo módl się wytrwale. Może latami, z bólem serca i łzami, w bezsilności nie raz na kolana padasz, a wołanie do sufitu wydaje się docierać jedynie.
Ty Mamo ufaj i w Bożych ramionach codziennie swoje dziecko zostawiaj. Tam jest bezpieczne. Tam ma najlepiej. Pan Bóg ma swoje sposoby. Swoje drogi dla niego lub dla niej przygotowane.
Zaufaj, a doświadczysz pokoju.
Boży pokój jest również dla ciebie. Ten, który przewyższa wszelki rozum. Ten, który będzie strzegł twojego serca i twoich myśli. (List do Filipian 4;7)
Masz szansę znowu pomyśleć: będzie dobrze!
I spać spokojnie masz szansę.

Bo to wszystko czego nie wiesz może i przeraża.
Może myślisz o przyszłości nie raz i boisz się, że tak wiele od ciebie wcale nie zależy. I tak trudno jest przestać rozmyślać i oddać to Bogu w całości, ale wiedz, że w ciszy i zaufaniu jest nasza moc, droga Mamo. (Ks. Izajasza 30;15)
Rób swoje i uspokój myśli - Bóg wie co robi.
Bóg słyszy każde twoje westchnienie.
Każde jedno ma sens.



Czytaj na zdrowie - czyli jak czytać etykiety spożywcze?

3.2.16 Komentarze 0

Obiadek dla malucha mający w składzie MOM zamiast mięsa, a owocowy deserek dosładzany cukrem.
Sok malinowy, w którym nie ma malin.
Polewa czekoladowa bez czekolady, a jogurt truskawkowy bez truskawek.
Serek waniliowy, w którego składzie wanilii nie ma..

To nie żarty. To rzeczywistość w sklepach na całym świecie.

Przed kupnem laptopa, telewizora czy jakiegokolwiek innego sprzętu, przeglądamy fora internetowe, rankingi i czytamy opinie na temat różnych modeli.
Za nim wydamy choćby złotówkę chcemy mieć pewność, że kupujemy produkt wart naszych pieniędzy. Zazwyczaj zwracamy uwagę nie tylko na cenę, ale zależy nam również na jak najwyższej jakości.
Dlaczego więc w supermarkecie wkładamy do koszyka śmieci?
Jedzenie, które jedzeniem nie jest. Truciznę, którą sami stopniowo dawkujemy sobie i naszym najbliższym.
A wszystko to w odgórnie przyjętych normach i pod nadzorem odpowiednich organizacji, którym przecież można ufać... prawda?

Jedzenie coraz częściej nie ma smaku- ma za to aromat. Nie ma też koloru, tylko odpowiedni barwnik.
Emulgatory, konserwanty, przeciwutleniacze, wzmacniacze smaku, aromaty, barwniki, stabilizatory, zagęstniki i środki spulchniające to dla nas codzienność.

Co zatem możemy zrobić, żeby zminimalizować ilość zjadanych przez nas substancji toksycznych?
Jak chronić siebie i najbliższych?
Odpowiedź jest bardzo prosta- musimy zacząć kupować świadomie.
Co to oznacza w praktyce? Czytanie etykiet dołączonych do produktów spożywczych! Nic prostszego, prawda? A jednak..
Należy nie tylko czytać etykiety, ale również rozumieć to, co czytamy.
Musimy wiedzieć co nam szkodzi, a co nie. Bez tej wiedzy trudno będzie nasze zakupy nazwać świadomymi.
Ciągle spotykam ludzi, którym syrop glukozowo-fruktozowy kojarzy się z owocami, a kwas cytrynowy z sokiem cytrynowym. No cóż.. ;)

Etykiety spożywcze zawierają wiele różnych informacji, jednak chcąc zaoszczędzić czas, osobiście zwracam uwagę głównie na dwie rzeczy:

WAGA PRODUKTU
Waga produktu netto podana na etykiecie, może nie ma nic wspólnego ze zdrowiem, ale z oszczędnością- jak najbardziej. Bardzo często dajemy się nabrać na duże kartony, w których samego produktu jest mniej, niż w malutkich paczuszkach tego samego produktu - a cena zazwyczaj jest niższa. Bardzo często porównuję wagę tego samego produktu różnych firm po to, żeby wybrać najbardziej atrakcyjną ofertę. Nie zawsze jest tak, że im większe opakowanie, tym lepsza cena. Warto zwracać na to uwagę i porównywać ceny za 100g, 1kg, 100ml, 1 sztukę itd. podane pod główną ceną towaru w supermarketach.

SKŁAD
Skład produktu to spis wszystkich surowców, które zostały użyte w procesie produkcji.
Czasami rozszyfrowanie tego dziwnego języka na tyle nas przeraża, że po prostu nie czytamy składu w ogóle. A szkoda, bo właśnie ta informacja na etykiecie powinna interesować nas najbardziej i decydować o tym, czy dany produkt nadaje się do spożycia, czy lepiej go nie kupować.

Spisałam kilka wskazówek, które mam nadzieję pomogą wam oswoić się z tematem.

1. Złota Zasada
Podstawowa zasada brzmi: im prostszy skład, tym lepiej. 
Na przykład sok pomarańczowy powinien zawierać pomarańcze, jogurt naturalny mleko i bakterie, a przecier pomidorowy- pomidory. Niestety w praktyce nie jest łatwo znaleźć takie czyste produkty.
Jeśli na etykiecie widnieje długa lista przepełniona E-dopalaczami, stabilizatorami, wypełniaczami i innymi cudami- lepiej odłóż takie jedzenie na półkę.
Sięgaj zatem po produkty jak najbardziej podstawowe, naturalne, bez zbędnych dodatków: Wyjdzie ci to z pewnością na zdrowie.

2. Kolejność Składników
Składniki pojawiają się na etykiecie w porządku malejącym. To oznacza, że jako pierwszy zawsze wymieniony jest składnik znajdujący się w produkcie w największej ilości, a ostatni- w najmniejszej.
Na przykład, jeśli na etykiecie soku malinowego widnieje następujący skład: cukier, woda, zagęszczony sok malinowy, aromat, to musimy mieć świadomość tego, że napój wyprodukowano z większej ilości cukru niż malin.

3. Czego unikać?
Uważa się, że źródłem największych problemów zdrowotnych (głównie astmy, reakcji alergicznych, chorób oskrzeli, bólów głowy) spośród wielu dodatków spożywczych są:

benzoesan sodu (E 211)- napoje bezalkoholowe, keczup, lekarstwa
glutaminian sodu (E 621)- zupy w torebkach, przyprawy w płynie i w proszku
siarczyny i ich pochodne (E 221, E 226)- suszone owoce, warzywa konserwowe
azotyny i ich pochodne (E 249, E 250)- wędliny, przetwory mięsne
tatrazyna (E 102)- słodycze, napoje
dwutlenek siarki (E 220)- marynaty, soki owocowe, suszone owoce
kwas sorbowy (E 200)- bakalie, keczup

Nie wszystkie barwniki, konserwanty i emulgatory są toksyczne.
Można wyodrębnić też takie, które są bezpieczne lub przynajmniej akceptowalne.

Nie jestem w stanie wymienić tutaj wszystkich, ani nawet części z nich.
Listę dodatków uznawanych za niebezpieczne, jak również te nieszkodliwe dla zdrowia, znajdziesz na przykład TUTAJ

Oprócz E-dodatków, ja staram się unikać również:
aromatów
cukru
mleka w proszku
MOM (mięso oddzielone mechanicznie- więcej na ten temat TUTAJ)
syropu glukozowo-fruktozowego

4. Nie daj się nabrać!
Producenci żywności robią wszystko, żeby odwrócić naszą uwagę i uśpić czujność.
Kuszą nas pięknymi nazwami i sprytnymi chwytami marketingowymi. Wrzucamy do koszyka wzbudzający nasze zaufanie produkt bez czytania etykiety, po czym jesteśmy rozczarowani.
Na przykład sok na którym widniał napis '100%' okazał się sokiem ze '100% smaku' czy '100% witaminy C', a nie tym czego oczekiwaliśmy- 100% owoców.
'Domowy Żurek' zawiera konserwanty,  'Chleb żytni razowy na zakwasie' kupiony przez nas bez czytania etykiety, okazuje się mieć w składzie pszenicę, żyto i drożdże. Do tego Mleko Prawdziwe z popularnego supermarketu, które z prawdziwym nie ma nic wspólnego.

Nie wierz napisom: BEZ cukru czy BEZ konserwantów.
W takich przypadkach należy zadać sobie pytanie: co w zamian zawiera ten produkt?
Możliwe, że zamiast białego cukru w składzie pojawi się o wiele bardziej szkodliwy słodzik, a bez konserwantów oznacza z barwnikami, aromatami i emulgatorami.
Hasło bez konserwantów na opakowaniach np. makaronów czy jogurtów nie jest niczym nadzwyczajnym, podczas gdy produkty te nie mogą być utrwalane konserwantami, więc naturalne jest, że ich tam nie ma.

Często spotykamy też napisy: Bogate w błonnik czy  Bogate w witaminy
Każdy myśli wtedy, że kupuje np. zdrowe ciasteczka owsiane z błonnikiem i pożywne płatki śniadaniowe wypełnione witaminami..a co oprócz tego? Cukier, konserwanty, spulchniacze i inne cuda, a witaminy oczywiście syntetyczne. Smacznego.

5. Nie daj się zwariować
Zasada, którą piszę zawsze i w każdym poradniku, jaki znajdziecie na tej stronie.
Daj sobie czas. Za nim z łatwością będziesz w stanie rozszyfrować etykietowy język prawdopodobnie minie trochę czasu. Teraz może spędzisz go trochę więcej analizując skład poszczególnych produktów, ale drugi raz nie będziesz musiała tego robić. Będzie po prostu- tak jak ja teraz- wkładać do koszyka sprawdzone wcześniej rzeczy.
Zachęcam cię do przejrzenia zawartości kuchennej szafki, ale nie wyrzucaj wszystkiego.. z doświadczenia wiem, że niektóre produkty choćby nie wiem co- będą zawierać np. cukier. Szukajmy ideału, ale nie ma co przesadzać..
Dajmy na to ketchup. Można znaleźć dobry produkt, ale jeszcze nie spotkałam się z ketchupem bez cukru w składzie..dlatego kupuję taki, w którym jest jak najwięcej pomidorów, w którym nie ma konserwantów i innych dodatków. Wybieram najlepiej z pośród tych dostępnych w sklepach i przymykam oko na cukier. Jeśli będę miała kiedyś możliwość- zrobię ketchup sama. Bez cukru. Ale na teraz to jest moja najlepsza opcja i tego się trzymam. Nie katuję się wyrzutami sumienia, że moje dzieci jedzą cukier..
We wszystkim trzeba zachować zdrowy rozsądek :)


6. To będzie pomocne
Nie da się ukryć, że jest to dosyć obszerny temat.

Jeśli chcesz pogłębić swoją wiedzę polecam programy:

 Wiem co jem wszystkie odcinki znajdziesz TUTAJ
 Wiem co kupuję - wszystkie odcinki znajdziesz TUTAJ

Polecam również rewelacyjne książki Julity Bator Zamień chemię na jedzenie
Książki pisane są  prostym i zrozumiałym językiem. Są pełne praktycznych porad, a co najważniejsze (przynajmniej dla mnie), każda jedna z nich została wcześniej przez autorkę przetestowana na jej własnych dzieciach :)
Po lekturze tych książek poczułam się jeszcze bardziej zmotywowana do dobrych zmian i uwierzyłam, że na prawdę można!
Książki są dosyć drogie, ale kupując TUTAJ dostaniesz je w bardzo dobrej cenie. To moja ulubiona księgarnia internetowa, z której korzystałam już nie jeden raz.








Mam nadzieję, że zmotywowałam cię do walki o zdrowsze jutro i na następnych zakupach świadomiej wybierzesz to, co włożysz do koszyka.

Jestem w trakcie pisania kilku innych wpisów na temat zdrowego jedzenia.
Daj znać, czy przydają ci się posty na ten temat :)