Dwa

31.3.17 Komentarze 2

Jutro, nasza malutka Dziewczynka skończy dwa latka.
Dwa!
Ta Córeczka, o którą modliliśmy się tyle lat, dzisiaj biega, śmieje się, karmi swoje lalki z butelki i bez przerwy śpiewa. Nie jakieś tam wlazł kotek na płotek. Nie aaa, kotki dwa.. ale całe piosenki. Takie trudne i dorosłe. Takie, co mają dwie zwrotki i refren do tego.
Ciągle jest jakaś taka nierealna w tych swoich maleńkich kucykach.
Ale jest i koloruje nasze życie na różowo.

Jutro nie będzie hucznej imprezy.
Nie zaprosiliśmy wszystkich kochanych Babć, Dziadków, Wujków i Cioć, nie zamówiliśmy tortu.
To wszystko dopiero za tydzień.. i powiem szczerze, że bardzo się z tego cieszę.

Bo jutrzejszy dzień to czas, w którym chcę się Nią szczególnie nacieszyć.
Szczególnie się o Nią modlić.
Szczególnie z Nią być.
Świętować Jej życie.. w szczególny sposób.


Ale dzisiaj jest piątek.
Jeszcze dzisiaj postaram się zapamiętać kolor jej włosków i oczu.
Za rok mogą być już zupełnie inne.

Jeszcze dzisiaj dokładniej przyjrzę się jej malutkiej buzi.
Za rok, jej twarz wydawać się będzie odrobinę bardziej dorosła.

Jeszcze dzisiaj wsłucham się uważniej w sposób, w jaki mówi i śpiewa.
Za rok nie będzie przekręcać już tylu słów.. i może przestanie nucić ulubioną kolędę do śniadania.

Jeszcze dzisiaj postaram się o to, żeby być blisko niej. Powygłupiamy się na łóżku, będę przytulać ją przed zaśnięciem i długo po tym, kiedy już zaśnie. Będę głaskać jej aksamitne włoski, policzki i rączki. Postaram się poczuć jej zapach wyraźniej, niż kiedykolwiek przedtem.
Bo kto wie, co będzie za rok..

Przecież jeszcze tylko dzisiaj jest moją malutką, roczną Dziewczynką.

I chociaż jestem mojemu kochanemu Bogu wdzięczna każdego dnia, że moje dzieci rosną zdrowe, mądre, uśmiechnięte.. to w takie dni jak dziś, łzy same napływają mi do oczu na myśl, że rosną zdrowe, mądre i uśmiechnięte tak nieubłaganie szybko..






 

10 minut

19.3.17 Komentarze 2

W dziesięć minut można zrobić sobie tosty z dżemem.
Można umyć prysznic i umywalkę, rozwiesić pranie, albo posprzątać klocki z podłogi.
Można dziesięć minut siedzieć na kanapie i przeglądać facebooka, z dzieckiem błagającym o naszą uwagę.
Albo te cenne minuty codziennie w korku się wkurzać. Tym po pracy, albo przed.
Dziesięć minut, to tyle, ile niektórym zajmuje droga z dzieckiem do szkoły. I można siedzieć wtedy cicho w aucie lub w milczeniu iść trzymając je za rękę. A można ten czas wykorzystać.
Zobaczyć potencjał dziesięciu zwykłych minut.

Te dziesięć minut może nam przez palce uciec nie wiadomo kiedy i gdzie.
Bo to przecież tak niewiele i prawie nic nie znaczy.. ale jeśli tylko zechcesz, to w dziesięć minut możesz o wiele więcej, niż myślisz.

W dziesięć minut można zadbać o siebie bardziej.
Można poznać Boga lepiej, albo koleżankę z biurka obok.
Można rozwijać się i spełniać marzenia.
Można dowiedzieć się, o czym marzy twoje dziecko i czego nauczyło się w przedszkolu.

To, o czym zawsze tylko marzyłaś, co było zupełnie poza twoim zasięgiem od lat, możesz w te krótkich dziesięć minut, krok po kroku, powoli zdobywać.
Myślisz, że to za mało?

Też tak myślałam, dlatego na przykład, mimo szczerych chęci nie ćwiczyłam od miesięcy, a kocham to robić!
Nigdy nie było czasu.
Niestety wyznaję zasadę, że albo wszystko, albo nic.
Albo półgodzinny trening, albo żaden, bo inaczej nie ma sensu..

Ale dziesięć minut, to zupełnie wystarczająco.
Na trening.
Na zdrowy koktajl przed południem.
Na rozmowę z Bogiem. Z mężem. Z dzieckiem.
Na przeczytanie kilku stron książki albo kilku wersetów wieczorem w pachnącej pościeli.
Na pomalowanie paznokci.
Na ... co tylko sobie wymyślisz.

Musimy tylko otworzyć się na metodę małych kroków.
Na dziesięć krótkich minut każdego dnia.


Już dwa tygodnie temu powinnam była Wam o tym napisać, ale po pierwsze nie byłam pewna, czy to was zainteresuje, a po drugie chciałam najpierw sprawdzić na sobie, czy to działa.

Sympatyczna Pani na filmiku powitalnym zapewniała mnie, że w dziesięć minut dziennie można zmienić nawyki na lepsze. Że można poczuć się lepiej, być silniejszą i bardziej sprawną. Że można chcieć więcej i widzieć zmiany. Dobre zmiany!
Po dwóch tygodniach wyzwania 21 days of pilates mogę powiedzieć, że to wszystko jest prawdą.


Podrzucam wam link do darmowych ćwiczeń pilates.
Spokojne ruchy, uśmiechnięta trenerka i szum morze w tle.
Bez gonitwy, ścigania się z kimkolwiek i przereklamowanego perfekcjonizmu.
Każdy trening trwa tylko dziesięć minut. Wystarczy jeden dziennie.

Wyzwanie trwa już jakiś czas, ale bez problemu możecie zapisać się jeszcze dzisiaj  TUTAJ  i dostawać na maila treningi na każdy dzień, albo po prostu możesz wejść na tą stronę  TUTAJ  i otwierać kolejne filmiki kiedy tylko chcesz.
Niestety po zakończeniu wyzwania, wszystkie treningi będą dostępne za opłatą, ale jeszcze tydzień możecie spokojnie z nich korzystać za darmo.

A jeśli się wam spodoba, bez problemu znajdziecie na YouTube podobne nagrania nawet po polsku.
( np. Ewa Chodakowska i jej słynne 6-minutówki  TUTAJ )

Szczerze mówiąc, codziennie czekam na moje dziesięć minut.
A efekty?
Powiem tylko, że warto.
Dla siebie, dla rodziny, dla zdrowia.
I naprawdę chce się więcej!

Nie zrażaj się tym, że nie znasz angielskiego. Nie musisz.
Rób tylko to, co widzisz na filmikach najlepiej jak potrafisz.
To wystarczy.

Mówią, że jeśli chcesz coś zmienić w swoim życiu, to musisz zmienić coś w swoim życiu.
Dziesięć minut dla siebie znajdziesz zawsze.
Zdecyduj, na co chcesz je przeznaczyć i zrób to.

Mam nadzieję, że będziesz zaskoczona jak wiele można zmienić w tak krótkim czasie, z dobrym nastawieniem i odrobiną samozaparcia.

Daj znać!










Szpilki

17.3.17 Komentarze 2

Kupiłam je w piękny, sierpniowy dzień, kilka dni po tym, jak dostałam pracę marzeń.
Zawsze chciałam mieć w swojej szafie eleganckie, czarne szpilki. Nigdy nie było okazji, żeby sobie takie kupić, a teraz nagle się znalazła. Potrzebowałam takich do pracy.
Musiałam się dopasować do tych wszystkich eleganckich kobiet za biurkiem w mojej nowej, ośmiogodzinnej rzeczywistości.
Chciałam się dopasować.

W domu ubierałam legginsy i proste tuniki. Nie było rozciągniętych swetrów, ale na pewno wytarte od zabaw na podłodze dżinsy.
Przy dwójce małych dzieci bardziej zależało mi na wygodzie, niż wyglądzie.
Czasami jednak brakowało mi odskoczni od tej domowej codzienności.
Chciałam założyć ładną sukienkę i do tego te szpilki właśnie. Albo elegancką bluzkę, nie martwiąc się o to, czy ktoś zaraz nie wytrze mi w nią nosa albo brudnych od czekolady rączek.


To był czas, kiedy potrzebowałam wyjść do ludzi. Uciec na chwilę z domu.
Pomalować paznokcie, spryskać się ulubionym perfumem i założyć szpilki.
Poczuć się kobietą jakoś bardziej.
Jak nigdy, chciałam spokojnie wypić kawę, pogadać z koleżankami przy ekspresie.. zająć myśli i ręce inną pracą, niż ta w domu.
Bezpiecznym, ciepłym, pełnym dziecięcego śmiechu i miłości domu.

Kiedy dostałam tą pracę, ktoś powiedział, że bardzo jest mu mnie żal, bo tak naprawdę nie wiem, co to znaczy praca, dzieci, dom.. i jeszcze pożałuję. Jeszcze zobaczę!
Ktoś inny mówił, że nie doceniam tego co mam, dlatego zachciewa mi się etatu w korporacji.

I może było w tym trochę racji, chociaż na wtedy to nie była zachcianka. To była potrzeba finansowa, którą Bóg w cudowny sposób zaspokoił.
Ja nie szukałam pracy - to ona znalazła mnie.
Dostałam ją, chociaż nie było takiej opcji.. nie miałam odpowiednich kwalifikacji, wykształcenia ani doświadczenia.


Ale myślę, że Bóg widział wtedy też inne potrzeby. Te moje.
Niewypowiedziane, bo wstyd było mi o nich wtedy mówić, żeby nie wyjść na złą matkę, która musi odpocząć od dzieci.
W oczach ludzi siedziałam w domu z dwoma aniołkami i niczego mi nie brakowało.
Żyć nie umierać.
A jednak..

Dzisiaj wiem, że ten czas był mi bardzo potrzebny.
Wiele mogłam zrozumieć i doświadczyć na własnej skórze.
Już nikt mi nie powie, że nie wiem jak to jest wstawać o piątej rano do pracy po kompletnie nieprzespanej nocy.
Już nikt mi nie powie, że nie wiem jak to jest myśleć o dwudziestej pierwszej co jutro na obiad i w pośpiechu gotować leczo.
Już nikt mi nie powie, że nie wiem jak to jest zostawiać dziecko z gorączką i iść do pracy.


Miałam okazję zatęsknić za tą normalnością, przed którą tak bardzo się broniłam.
Docenić ją.
Zatęsknić do wytartych na kolanach dżinsów i zabawy z moimi synkami na podłodze.
Nachodziłam się w tych szpilkach wystarczająco dużo, żeby na nowo pokochać moje życie i rolę pani swojego domu.

Teraz te wymarzone szpilki leżą na dnie szafy. Nienoszone, prawie zapomniane.
Może przypomnę sobie o nich wtedy, kiedy skończę już bieg za moimi dziećmi.
Kiedy przestaniemy razem poznawać świat i w cieniu dorosłości, zaczną robić to beze mnie..


Póki co, może mogłabym założyć je na jakieś urodziny, spotkanie ze znajomymi, na niedzielny spacer po parku.. ale kto miałby na tym spacerze z moimi dziećmi gołębie gonić? Kto poszedłby na plac zabaw, w ten piach, kamyki i błoto przy huśtawce?
Ja?! W tych czarnych szpilkach..?
Raczej nie.. a nie chcę być zastępowana z takiego powodu.
Patrzeć z boku jak bawią się z Tatą, Ciocią albo Dziadkiem.
Chcę dotrzymywać im kroku i być blisko tak długo, jak długo będą tego potrzebować.

Dzisiaj te szpilki wcale nie są mi potrzebne, żeby czuć się kobietą.
Spełnioną, kompletną i piękną.


Najbardziej kobieca czuję się w kaloszach, kiedy idziemy na spacer po błotnistych drogach w naszej okolicy. Albo w moich starych balerinach z odrapanym przodem, w których zupełnie mi nie szkoda chodzić po lesie z Mężem i dziećmi.
Byle razem.
I zupełnie nie ważne, co mam na nogach.

Ja i On.
Mili w wózeczku z chrupkiem w dłoni.
Jaś trzymając mnie mocno za rękę i opowiada o wszystkim, a Benio, jak zawsze kilka kroków przed nami, szuka idealnego patyka do walki z bratem..

Taki mam obraz mojej kobiecości na dziś.
Jestem zupełnie spełnioną kobietą.

Już mi ani makijaż niepotrzebny, ani perfumy i nowa torebka, ani nawet te czarne szpilki..
Już wszystko mam.
W tym bezpiecznym, ciepłym, pełnym dziecięcego śmiechu i miłości domu.

A w szpilkach do dziś nie potrafię chodzić..











Na zdjęciach chwile z naszego długiego weekendu w Szczyrku.
Było tak, jak widać na zdjęciach.
I to wszystko tylko troszkę ponad godzinę drogi od nas..


Co z poniedziałkiem?

15.3.17 Komentarze 6

Ostatnia sobota była wyjątkowa.
Około tysiąca głodnych Boga kobiet zebrało się w jednym miejscu, żeby uwielbiać, słuchać i odpocząć w Jego obecności.
To była prawdziwa uczta, przygotowana przez samego Ojca dla każdej z nas i ja mogłam być jej częścią.

Potrzebowałam tego. Potrzebowałam odetchnąć.
Marzyłam o duchowym i fizycznym odpoczynku.
To były jednodniowe wakacje, czas inwestowania w siebie i najważniejszą relację w moim życiu.

Myślę, że każda z Was to rozumie, bez względu na to, czy jest mamą, czy nie.
Czasami po prostu potrzebujemy spojrzeć na życie z innej perspektywy i.. zjeść w spokoju obiad, którego nie musiałyśmy gotować z dzieckiem uwieszonym naszej nogawki.

Każda z nas przyjechała na to miejsce z  czymś.
Z pytaniem, z prośbą, z jakimś ciężarem, smutkiem, radością..
Każda czegoś szukała.
Każda chciała poznać Boga bardziej i zobaczyć Jego twarz jeszcze wyraźniej.
I wierzę, że tak właśnie było.

Prawdopodobnie żadna z nas nie wyjechała stamtąd taka sama.
Żadna nie wyjechała rozczarowana i duchowo głodna.
Wiesz dlaczego?
Bo byłyśmy nastawione na słuchanie. Bo byłyśmy otwarte na Boże działanie.
Bo chciałyśmy szukać, a On daje się znaleźć.
Zawsze.

Nie ze względu na wspaniałe Boże Kobiety, które stały z przodu.
Nie ze względu na czas uwielbienia i piękne słowa pieśni.
Nie ze względu na inspirujące historie i wykłady.

To były jedynie narzędzia w Bożych rękach, przez które On, i tylko On, leczył, pocieszał, odpowiadał na modlitwy, wskazywał drogę, karmił, przytulał i dodawał sił.
On zaspokoił każde spragnione serce.

Czy może zrobić to również dla Ciebie? W zwykły dzień?
W twojej sypialni o piątej rano, kiedy budzisz się do pracy.
Przy brudnym kuchennym stole zaraz po śniadaniu.
W samochodzie, na spacerze z psem albo kiedy odpoczywasz wieczorem w swoim ulubionym fotelu.
Bądź pewna, że tak.

Bo Jego nie ogranicza ani miejsce, ani czas.
Nie przychodzi w swojej chwale tylko na konferencję z setkami kobiet, w eleganckim hotelu.
Nie objawia się tylko wśród głośnej muzyki i tłumu ludzi z wyciągniętymi w górę rękami.
Ale.. czy Ty jesteś nastawiona na słuchanie?
Czy otwierasz się na Jego działanie w zwykły, poniedziałkowy poranek?
Czy chcesz widzieć odpowiedź na modlitwę po ciężkim dniu w pracy?
Czy potrafisz odbierać Boże wskazówki między obiadem a wizytą u lekarza?
Czy jesteś w stanie zatrzymać się na chwilę i przyjść do niewyczerpanego źródła Bożej mądrości?
Czy chcesz poznawać i szukać Go w zwykłej codzienności?
A może czekasz na specjalne okazje?
Z tą całą otoczką i z mnóstwem dodatków? Miłych, ale nie niezbędnych, żeby usłyszeć Boży głos.

Bóg może robić niezwykłe rzeczy, w zupełnie zwykłe dni.
To twoje i moje nastawienie jest ważne.
Bóg chce mówić.
Tylko od nas zależy, czy chcemy słuchać.

Dlatego nie muszę chodzić głodna przez kolejny rok, aż do następnej marcowej konferencji dla kobiet.
Mogę ładować moje duchowe akumulatory każdego dnia.
Mogę doświadczać Jego obecności za zamkniętymi drzwiami mojej sypialni.


Po każdej konferencji przychodzi rzeczywistość.
Kiedy cichnie muzyka, a emocje opadają, mierzymy się z codziennością i z tym, na jaką glebę tak naprawdę padło ziarno Bożego Słowa. (Ew. Marka 4;20)
Wszyscy rozjeżdżają się do domów, do swoich problemów.
Do chorych dzieci, długów, pijanego męża, ciężkiej pracy, pustego mieszkania.
Do rutynowych czynności i gotowania obiadu z dzieckiem uczepionym nogawki spodni.
Każdy musi wrócić do tego wszystkiego, co na te kilka godzin udało mu się zostawić za sobą.

Czasami jednak wszystkie te przeciwności wydają się nas przerastać. Często właśnie dlatego, Słowo samego Boga, które tak bardzo dotykało naszego serca, nie wydaje plonu.
Zostaje zagłuszone i usycha.

Pytanie, które zawsze zadaję sobie po takich spotkaniach jest jedno:
Co z poniedziałkiem?

Bo przecież można wyciągać ręce krzycząc głośno Alleluja! Można tańczyć z radości i płakać ze wzruszenia.
Można robić notatki, zachwycając się głębokimi wykładami.
Można uśmiechać się szeroko do ludzi wokoło. Uściskać i ucałować znajomych, cierpliwie ich wysłuchać, współczuć, pokazać swoje spokojniejsze ja.
Można!
Ale w poniedziałek można znowu krzyczeć na dzieci, chociaż obiecało się sobie samej już więcej nie krzyczeć.
Można znowu martwić się o rachunki, chociaż wszystko oddało się Bogu.
Można znowu podejmować niemądre decyzje, chociaż mądrość była tematem konferencji.

Najważniejsze jest to, co zrobimy z tym wszystkim w poniedziałek.
Czy zdecydujemy się być wykonawcami Słowa, a nie tylko słuchaczami. Poruszonymi, może nawet wzruszonymi, ale tylko słuchaczami.
Którzy w sobotę patrzą w Boże lustro, a w poniedziałek zaczynają żyć swoim starym życiem zapominając, jak wyglądają. (List Jakuba 1; 22-25)

Dlatego przypomnij sobie, co Bóg ostatnio mówił do Ciebie?  Na co zwrócił Twoją uwagę?
Jaki werset chodził Ci po głowie tygodniami?
Co chciałaś zmienić?
Z czego zrezygnować, a co uczynić częścią Twojego życia?

Wróć myślami do tej pięknej, głośnej konferencji, albo do dzisiejszego cichego czasu sam na sam z Ojcem. Do niedzielnego kazania, do spotkania przy kawie z koleżanką, kiedy Bóg użył właśnie jej, żeby coś Ci powiedzieć i uświadomić.

Przypomnij sobie, jak wyglądałaś w lustrze Bożego Słowa i co chciałaś z tym zrobić.
Co Bóg chciałby, żebyś z tym zrobiła.

Bo czy w specjalne okazje, czy w zwykłe dni - liczy się tylko to, co jest między Tobą, a Bogiem.
Nic poza tym.
Nie pozwól sobie na zapomnienie.