Postanawiam

31.12.16 Komentarze 7

Przed nami 365 niezapisanych jeszcze stron.
Białych.. bez jednego słowa, kropki, wykrzyknika.. bez błędów i pomyłek. 
Nikt z nas jeszcze nie zdążył się potknąć. Podjąć złej decyzji, stracić cierpliwości albo za dużo o te kilka słów powiedzieć..

Te strony są zupełnie czyste. 
Nie widać na nich, nieuniknionych przecież, plam codzienności. Brudnych dziecięcych paluszków, śladu tłustego kremu do rąk, odbitego kubka z poranną kawą..
Bo najwięcej zapisujemy w zwykłe dni.
Przy robieniu obiadu, podczas rozmowy z dziećmi, pijąc kawę z koleżanką.. stąd te ślady.
Ale to treść jest najważniejsza. Na plamy nikt nawet nie spojrzy, jeśli treść będzie piękna, ciekawa, inspirująca..
I co roku mam nadzieję, że w każdym kolejnym zdaniu mojego życia, będzie można wyczytać Boga jeszcze wyraźniej.
Bo tylko życie blisko Niego, jest zadziwiająco piękne, niezwykle ciekawe i prawdziwie inspirujące.


Idzie nowe.
I niby życie można zacząć zmieniać każdego dnia, ale nowy rok zawsze niesie ze sobą jakiś napływ sił. Świeżość i energia, zupełnie inne od tych przy poniedziałku i z początkiem miesiąca.
Większość z nas coś postanawia. Cele, decyzje, marzenia.. jak zwał, tak zwał. 
Jeszcze dzisiaj wierzymy, że wszystko w naszych rękach.
Że nam się uda i tym razem będziemy pamiętać dłużej, niż do lutego.
A za rok z dumą spojrzymy wstecz.

Każdy z nas ma przed sobą 365 nowych szans.
12 rozdziałów, które może zapisać jak tylko chce..

I wiem.. wiem, że pewnych rzeczy nie zmienimy. Niektóre rzeczy po prostu nie zależą od nas. ale możemy zmienić perspektywę. Postarać się popatrzeć inaczej, zauważyć więcej niż do tej pory.. bardziej docenić.
Bo to akurat, zależy tylko od nas.
Nikt za nas nie zobaczy dobra, w tym, co złe..

Różnie podchodzimy do noworocznych postanowień.
Ja bardzo cenię sobie początki. Takie jak nowy rok właśnie i .. postanawiam.
Daję sobie trochę czasu sam na sam ze sobą i z moim Bogiem.
Myślę o ostatnich dwunastu miesiącach, analizuję i z modlitwą szukam.
Szukam rzeczy, które chciałabym zmienić. Sytuacji, których wolałabym uniknąć, słów, których już nigdy nie chcę wypowiedzieć, relacji, w których nie chcę tkwić, pożeraczy czasu, które nie pozwoliły mi oddać się temu, co naprawdę ważne.
Szukam też tego, co dobrze wspominam. Co pomagało mi żyć w mijającym roku bardziej. Bliżej Boga i tych, których kocham.
Żyć piękniej.
Żyć w gotowości.
Zapisuję czego chciałabym w przyszłym roku mniej, a czego więcej.
Pytam Boga o zdanie.
Robię przegląd priorytetów.
Jestem ze sobą szczera. Z Bogiem też.
I to jest chyba szczególnie ważne w tym całym postanawianiu.. szczerość względem siebie.
Bo Stwórcy i tak nie oszukasz..

I to nigdy nie jest tak, że postanowimy coś dzisiaj, a pierwszego stycznia, w jakiś cudowny sposób, będziemy innymi ludźmi. Inaczej będziemy zaczynać dzień, inaczej mówić, zdrowiej jeść, bardziej kochać..
Postanawiając, decydujemy się na pracę. Systematyczną, żmudną.. bez względu na pogodę, humor, okoliczności i ludzi.
Nieraz ciężką, bo praca nad samym sobą do łatwych wcale nie należy.

I najprościej będzie, jeśli po prostu zaczniesz. Bez wielkiej pompy, wielkich przygotowań, zbędnych słów, ogłaszania wszystkim wokoło..działaj. Niech rezultaty mówią same za siebie.
Ciągle sobie powtarzam, że kupienie firmowych butów do joggingu nie zrobi ze mnie biegacza.. a jedynie właścicielkę firmowych butów do joggingu.
Muszę ubrać na nogi to co mam, wyjść z domu i biec.
Wtedy będę mogła powiedzieć, że biegam.. jak biegać wreszcie zacznę.
Nie prędzej.
Słowa, w przypadku noworocznych postanowień- to tylko słowa. Choć zapisane w nowym, kolorowym kalendarzu, najładniej jak tylko można ujęte.. to dalej jedynie słowa.
To słowa w działaniu mają moc.

Wielkie zmiany, to suma drobnych, codziennych, ale przemyślanych czynności.
Żeby móc oglądać, jak marzenia stają się rzeczywistością, będziesz musiała przejść pewną drogę.
Realizacja nawet najpiękniejszych, najbardziej wzniosłych celów, to ścieżka wypełniona zwykłą codziennością i zwykłymi obowiązkami, oddanymi w ręce niezwykłego Boga.

Planuję kilka wpisów na temat mojej własnej drogi. O tym, co postanawiam na nowy rok, na kolejne lata.
Muszę to wszystko zapisać, poukładać, jakoś zgromadzić w jednym miejscu..
Od pewnego czasu wiele się zmienia. Głównie we mnie. W podejściu do życia, w moich oczekiwaniach względem świata i Boga, w postrzeganiu ludzi. 
Nie czekałam na styczeń, żeby pewne rzeczy wprowadzić w życie.
Jestem zaskoczona wielkimi efektami, małych zmian.

Im dłużej jestem mamą, im bardziej uświadamiam sobie, jak bardzo kruche jest życie, im więcej rozumiem, doświadczam i obserwuję, im szybciej mijają mi kolejne dni, im bardziej poznaję naszego Ojca, tym bardziej chcę.. mniej.
Mniej, prościej, wolniej, dokładniej.
Całą sobą staram się stawiać na jakość, a nie ilość. W każdej sferze mojego życia- zaczynając od zakupów w galerii, po relacje z moim Bogiem. 
Bylejakość już mnie nie interesuje.
Coraz bardziej rozumiem, że coś za coś. Bo żeby gdzieś było więcej, gdzie indziej musi być mniej. Zawsze. I nie ma szans, żeby we wszystko jednocześnie włożyć tyle samo serca, tyle samo uwagi.. jeśli chce się wszystko na raz.
Uczę się odmawiać, odpuszczać i mieć więcej dystansu do siebie, życia.
Uczę się żyć w perspektywie wieczności.
Mam wrażenie, że w pewnym sensie odgruzowuje swój świat..

Miałam zamiar napisać o tym, żebyś nie wymagała od siebie na ten nowy rok zbyt wiele. Nic ponad Twoje siły.. ale przecież Bóg chce, żebyśmy sięgali wyżej. Ponad nasze ograniczenia, słabości i strach!
Tam, gdzie kończą się nasze możliwości, zaczynają się Jego. Niczym nieograniczone.

Zapisz postanowienie, do którego nie czujesz się wystarczająco silna. Dzisiaj myślisz, że nie dasz rady.. ale z Bogiem niemożliwe, staje się możliwe!
Kiedy wychodzimy ze strefy naszego komfortu i robimy krok wiary, dopiero wtedy zaczynamy żyć wiarą tak naprawdę. W pełni zależni od Bożej mocy.
Spróbuj.

On według mocy działającej w nas 
może uczynić o wiele więcej ponad to wszystko, 
o co prosimy lub o czym myślimy. 
                                                                          ( Efezjan 3;20 )

Dlatego na progu tego nowego roku, życzę Wam Kochani, sięgania po więcej i odważnych planów.
Takich, które wykraczają poza dzisiejszą normalność..
Życzę wam, żeby te wszystkie, jeszcze czyste strony nowego roku, wypełniły się treścią, która ogłasza Bożą wierność każdego, zwykłego dnia.
365 stron.
365 dni.
365 szans.
Postanawiam.. wykorzystać każdą z nich.















Na co dzień i od święta..

23.12.16 Komentarze 0

Na ulicach ogromny ruch. W sklepach nie można docisnąć się do kasy, trudno przepchać się z wózkiem do działu z nabiałem.. a mleko musi być. Bo trzy dni bez kawy nie wytrzymam.. a ja kawę, to tylko z mlekiem.
Często słyszę jak się mówi, że ci wszyscy ludzie to jacyś są dziwni, bo wszystko tak na ostatnią chwilę. Do sklepów jeżdżą, jakby wcześniej nie można było.. a przecież wszyscy się w tym sklepie za pięć dwunasta spotykamy. I ja, i ty, i sąsiadka.. bo tego zabrakło, tamtego trzeba dokupić.. więc po co tak biadolić nad każdym autem na parkingu, nad tymi kolejkami..?
Tak tylko mi przyszło.. bo ja nie o tym dzisiaj.


Na dworze mróz, śniegu nadal nie ma.. i mówią, że w tym roku Święta znowu białe nie będą. No trudno..
Byle wszyscy zdrowi. Byle w domu ciepło, lodówka pełna.. lubię też jak pachnie choinką i cynamonem, migdałami, moczką.. czy czymkolwiek, co Święta nam przypomina.

W naszej kuchni był dzisiaj świąteczny rozgardiasz. Robiłam chałwę. Naszą rodzinną, tradycyjną..
Na piecu bulgotał zagrodowy z warzywami na pyszną galaretę. Bo my wolimy z kurczakiem, a nie z rybą.
Mandarynki i pomarańcze czekają na stole dla chętnych, najlepszy chleb w okolicy zamówiony. Odebrać jutro wystarczy. I trzy bułki do tego..
Dom ogarnięty. Jeszcze tylko sernik upiekę, spakuję ostatnie prezenty, wyprasuję koszule moich mężczyzn, przygotuję sukienkę Królewny.. jak dobrze znowu w tym roku iść w gości.
Może w następnym to my innych będziemy gościć..?

Kocham tę atmosferę, to zwalnianie tempa w świąteczne dni, spotkania, rozmowy przy makówkach, pierniczkach misternie zdobionych..
Uwielbiam po prostu.. i ruch na ulicach tak bardzo mi nie doskwiera.. domowe zamieszanie też niespecjalnie. Ten gwar bardzo mnie nawet cieszy.. bo tak dobrze wiem, jak źle byłoby mi bez niego. Bez biegających dzieci, bez ich kolęd śpiewanych z pełną buzią przy śniadaniu..


I tak dobrze mi się robi na sercu kiedy pomyślę, że świętować można okrągły rok.
Każdego poniedziałku, czwartku i soboty.. możemy mieć Święta codziennie, jeśli tylko chcemy.
Mamy taki przywilej, że nasz prezent to nie rzecz, która dzisiaj jest, a jutro jej nie ma.. która znudzić się może, wyblaknąć, zmechacić, rozczarować nawet..
To nie kolejna torebka, ulubione perfumy czy srebrne kolczyki..

Naszym prezentem jest sam Pan Bóg.
A z Nim mamy przecież wszystko..

Jego zbawienie
.. łaskę i przebaczenie. Śmierć nie musi wiązać się ze strachem, a koniec, staje się tak naprawdę lepszym początkiem.

Jego radość
Niezależną od okoliczności. Ona jest.. po prostu jest w nas. Pomimo wszystko.

Jego pokój
Który przewyższa wszelki rozum. (Filipian 4;7)

Jego obecność
Dzisiaj, jutro, za miesiąc.. przez cały kolejny rok. Aż do skończenia świata. (Mateusza 28;20)
Zawsze bliżej niż nasz oddech. Zawsze o modlitwę stąd.. o jedno westchnienie.

Jego mądrość
.. która przede wszystkim jest czysta. Kocha pokój, dąży do zgody. Jest uprzejma i łagodna. Ta mądrość potrafi ustąpić i daje się przekonać, gdy trzeba. Nie ma w sobie obłudy.. i dobrze wie, że wszystkich trzeba równo traktować. A na końcu.. pełna jest dobrych owoców i współczucia, które przekłada na działanie. Bo nie tylko gada.. a słowa potwierdza w czynie. (Jakuba 3;17)

Jego moc
Ta, która okazuje się w naszych słabościach. Niewyczerpana. I już bać się nie trzeba o jutro, bo wszystko możemy w Tym, który nas wzmacnia. (Filipian 4;13)

Jego zaopatrzenie
Nie ma za trudnych spraw, nie ma zbyt błahych.. Bóg kocha szczegóły, interesują Go drobiazgi naszego życia i zadba o każdy z nich.

Jego miłość
Nie ma większej.. i nic, absolutnie nic, nie może nas od niej odłączyć. (Rzymian 8;38-39)


Życzę Wam, moi Kochani, świętowania Bożej obecności.
Każdego dnia.
Rozpakowywania tych niezwykłych prezentów na nowo, i na nowo.. i jeszcze raz.
Cieszenia się nimi, korzystania z nich, doceniania ich niezwykłości.. na co dzień i od święta.
One są dla Ciebie i dla mnie.. bez wyjątku.
Nie znajdziesz ich pod choinką, ale w ramionach Ojca.

Otwórz i świętuj.. przez cały rok.





Wyloguj się do życia

21.12.16 Komentarze 0

Podobno jeśli kogoś nie ma na fejsie, to tak, jakby nie żył.
I tak jakoś chyba jest, że jeśli ktoś nie ma fajnego profilowego, kilku zdjęć uśmiechniętych dzieci, albo fotek z wakacji na Cyprze.. nie napisze od czasu do czasu 'co słychać' na swojej tablicy, nie udostępni fajnego teledysku, artykułu, przepisu.. to jakoś tak dziwnie. Jakby nie istniał, jakby nie z tej epoki się wydaje.. taki oderwany od świata, newsów ważnych i tych mniej..
No bo jak to tak.. nie wiedzieć co nowego u Aśki z liceum? Ile już ma dzieci, i czy te dzieci to bardziej do taty podobne, czy może do niej. Jak można nie poczytać setnego artykułu o szkodliwości szczepionek i o tym, jak wielkie koncerny powoli nas zabijają..?
Albo czy nie kusi tych ludzi czasami pochwalić się sobą, rodziną, obroną magisterki na piątkę?
Trochę szumu wśród znajomych narobić czwartą ciążą, albo tym, że teraz na głowie blond.. wszyscy wtedy podziwiają, ślą serduszka, gratulują.. fajne to takie.. nieszkodliwe.
I miło jest. Szczególnie w dzień urodzin. Taka moc życzeń nie często zdarza się w realu..

Bo czy można dzisiaj nie mieć facebooka i setek znajomych?
Czy można nie scrollować insta na iPhonie w autobusie? Nie odpisywać na maile w poczekalni? Nie rozmawiać przez telefon w kolejce do kasy? Nie sprawdzać co pięć minut liczby lajków i komentarzy pod najnowszym selfie?
Czy można wyjść z domu bez telefonu, bez wielkiej przy tym tragedii..? Telefonu, który dawno telefonem już nie jest tak naprawdę..
Czy można się wyłączyć? Pobyć offline na chwilę.. a bardziej pobyć w realnym świecie?
Świecie prawdziwych ludzi, realnych potrzeb, nieudawanych uczuć, szczerych przyjaciół..
Tu i teraz..


Można.
I warto.
Warto obserwować swoje dzieci bawiące się na placu zabaw dzieci. I zamiast pisać smsy, pokręcić córeczkę na karuzeli. Nie robić dziesiątek zdjęć, a posłuchać jak się przy tym zaśmiewa..
Zamiast lajkować zdjęcia obcej osoby, przyjrzeć się uważnie skomplikowanemu pojazdowi z lego. Takiemu, co i auta wozi, przyczepę ciągnie, koparkę ma z przodu, i lata jeśli trzeba. Powiedzieć czekającemu na Twój werdykt siedmiolatkowi, że tak bardzo ci się podoba taka maszyna. Że lubisz, kiedy taki jest pomysłowy.
Podglądać, kiedy lepią ludziki z ciastoliny we trójkę.. a nie biec szybko do laptopa sprawdzić, zobaczyć, poklikać.. bo chwila jest spokoju.
Wykorzystać czas z dzieckiem w poczekalni u lekarza. Pogadać, pomarzyć razem o wakacjach i powspominać te ostatnie, nad polskim morzem. Pośmiać się cicho z jego żartu, zaplanować wspólne popołudnie.. nie przeglądać, odpisywać, nie dzwonić..
Warto świadomie wylogować się do życia.


Warto pielęgnować prawdziwe przyjaźnie. Zabiegać o spotkania przy kawie w realnym świecie, odłączeni od tego wirtualnego.
Podać rękę, zapukać do drzwi, patrzeć głęboko w oczy, przytulić, poklepać po ramieniu, powiedzieć, a nie napisać..

Bo wiecie.. takie są czasy, że wszyscy z telefonem przy uchu, wzrokiem wlepionym w ekran.. czasy kryzysu prawdziwych relacji.
No bo jeśli siedzi czterech nastolatków w McDonaldzie, i wszyscy patrzą w telefon.. palcami po ekranie tylko jeżdżą.. taka cisza przy ich stoliku, żadnych śmiechów, żartów, rozmowy żadnej.. to coś nie gra.
Nie chcę tego dla siebie, nie chcę tego dla swoich bliskich.


I kiedy tak przedświątecznie porządkujemy kolejne szuflady i półki, kiedy polerujemy ostatnie już okna.. może znajdziemy chwilkę, żeby pomyśleć o porządku w wirtualnym świecie?
Spojrzeć na swoje życie całkiem obiektywnie i zobaczyć, gdzie ucieka nam cenny czas. Czy może nie za bardzo czasami jesteśmy niby tu, a jednak najchętniej gdzieś indziej..
Może czas wyznaczyć sobie granice, dokonać najlepszych wyborów.
Przypatrzeć się treściom, którymi się karmimy, stroną na które wchodzimy, blogom, które czytamy.
Zastanowić się co wnoszą w nasze życie i czego nas uczą.. i czy uczą w ogóle..
Co motywuje do zmian, co inspiruje, stawia do pionu, pomaga z miłością i radością iść przez życie- na tym się skupić.
A śmieci wyrzucić..

Ostatnio zdałam sobie sprawę, jak często włączam komputer z zamiarem napisania ważnego maila, a kończę na przeglądaniu zdjęć na portalu społecznościowym. Potem w końcu budzi się Mili.. albo chłopcy wracają ze szkoły.. a ja wtedy nadrabiam tego maila. W nerwach, stresie.. bo biją mi się zaraz obok.
Wiecie ile godzin zmarnowałam przeglądając te wszystkie social media, oglądając nic nie wnoszące w moje życie filmiki, czytając komentarze zupełnie obcych ludzi, czytając artykuły, które nie wniosły w moje życie nic więcej, oprócz niepokoju i strachu o przyszłość..?
Zdecydowanie za często nie ma mnie tu i teraz, mimo, że jestem. Niby siedzę na kanapie obok Małej. Oglądamy książeczki, rysujemy kotka.. ale ja drugą ręką piszę posta, albo przeglądam coś, maile sprawdzam.. jestem, a jakby mnie nie było.
Jestem na spacerze z chłopcami, a głowa w chmurach. Myślami błądzę zupełnie gdzie indziej.. wymyślam kolejne zdania do posta, zamiast rozmawiać z tymi, którzy rozmowy ze mną potrzebują bardziej, niż myślę..


I to nie jest tak, że skasowałam wszystkie swoje konta, przestałam czytać moje ulubione blogi i sprawdzam pocztę raz w miesiącu.
Nie przestałam dodawać zdjęć na Instagramie i czasami podglądam, co nowego u znajomych.
Nadal chcę wykorzystywać nieograniczone możliwości naszych czasów i pisać o Wszechmocnym. Bo ten zły wirtualny świat, może stać się naprawdę potężnym narzędziem w Bożych rękach.. jeśli tylko będziemy dobrze wybierać słowa, pod którymi widnieje nasze nazwisko.
Staram się więc robić to wszystko bardziej świadomie. Z rozmysłem.. żeby nie dać się wciągnąć za bardzo.
Żeby mieć czas na realne życie i mówienie moim własnym dzieciom o Bogu.
Żeby nie musiały przebijać się przez dziesiątki znajomych na FB, których przecież ledwo znam.. konkurować z czytelnikami tego miejsca, których najczęściej nie znam wcale..
Żeby nie musiały walczyć o moją uwagę, widzieć mnie ciągle przy komputerze, z telefonem w dłoni, zajętą i zamyśloną.

Jakiś czas temu słyszałam, że nasz umysł rano jest jak sucha gąbka.
To, czym go nakarmimy w pierwszych momentach dnia, wsiąknie głęboko i całkowicie, nie zostawiając zbyt wiele miejsca na cokolwiek innego..
I kiedy tak kolejne godziny dnia będą mijać, może w końcu przyjść moment, który wyciśnie wszystko to, co siedzi w nas najgłębiej.. a co to będzie, zależy od nas samych.


Dlatego właśnie nie chcę, żeby pierwszą rzeczą którą robię rano i ostatnią, którą robię przed snem, było odbieranie maili, czytanie wiadomości, przeglądanie instagrama, facebooka..
Chcę się karmić Bogiem. Zawsze najpierw Bogiem.
Zaczynać z Nim dzień i z Nim go kończyć.
Jego uwidaczniać w najtrudniejszych chwilach dnia.. kiedy życie zechce wycisnąć ze mnie wszystko, do ostatniej kropli.
I chociaż zdarza mi się sięgnąć po laptopa, zamiast po Biblię, to zawsze czuję to samo.
Laptopa zamykam pusta.
Biblię zamykam wypełniona.
Gotowa, żeby stawić czoła życiu, które chociaż nie zawsze łatwe, to jednak moje. Najprawdziwsze.
O wiele lepsze, niż to wirtualne.










Gwarantuję, że ten krótki filmik jest wart waszego cennego czasu.



Grudzień jakiego nie znam

14.12.16 Komentarze 4

Z grudniem to jest tak, że budzimy się pierwszego, a potem od razu są Święta.
Zapach pierników, choinki, mandarynek i goździków.
W centrach handlowych słychać kolędy.
Kupuje się chleb w pobliskim sklepiku, a Pani woła Wesołych Świąt na pożegnanie..

W grudniu częściej przebieramy nogami w kolejce na poczcie, częściej trąbimy w korkach, bardziej spieszymy się do domu po pracy.. niby więcej w nas życzliwości, a rozpychamy się łokciami przez świątecznie zatłoczone sklepy.
Sprzątamy, jakby tylko w grudniu pod łóżkiem leżał kurz. Jakby jedynie wtedy można było trzepać dywany, prać firany, porządkować kuchenne szafki..

W grudniu czasu jest jakby mniej..
Innym razem.
Nie teraz.
Jak tylko skończę.
Daj mi chwilkę.
Po Świętach.
Tatuś Ci pomoże.
Poczekaj sekundkę Kochanie..
Czy nie to najczęściej słyszą nasze dzieci właśnie z grudniu?
Moje tak.

Zawsze biłam się z myślami, nie wiedziałam co wybrać..
Co odpowiedzieć, kiedy pytali, czy zagram z nimi w chińczyka.. a ja akurat ściągnęłam firany i okna miałam zamiar myć.
Albo kiedy prosili, żeby na sankach z nimi pojeździć, póki śnieg jeszcze na górce.. a ja w planach miałam zakupy.
Kiedy chcieli we wszystkim pomagać, a ja wolałam sama. Szybciej, dokładniej, po swojemu.. odhaczyć kolejną rzecz, podgonić trochę z robotą.. bo lista nie miała końca.
W grudniu wybór zawsze był jakiś trudniejszy.
Priorytety niby oczywiste, decyzje takie niby proste, ale jakoś nie.. nie w grudniu.
Nie dla mnie.

Niektórzy uważają, że bez pośpiechu Świąt zwyczajnie nie ma.. a przynajmniej nie takie, jakie powinny być. Że ta atmosfera okupiona jest godzinami stania przy garach, piekarniku, szorowania podłóg..
Wydaje mi się jednak, że trochę się w tym wszystkim zapędziliśmy.

Z założenia, w centrum miał być Bóg. 
Bóg w ciele człowieka. Ten, dla Którego to wszystko.. i obrus biały, i dom wysprzątany, wianek przed drzwiami z napisem Chrystus się rodzi. Kolędy i radosny śmiech dzieci.
W samym środku miał być Chrystus właśnie.. to Jego mieliśmy świętować.
Zbawiciela świata.
Cudownego Doradcę.
Mocnego Boga.
Odwiecznego Ojca.
Księcia Pokoju.

Tak całkiem szczerze muszę przyznać, że prawdziwego pokoju w tym przedświątecznym czasie miałam w sobie zawsze bardzo mało.. malutko. Odrobinkę tylko..
To, co miało sprawiać przyjemność, powoli stawało się obowiązkiem.
To, co miało być radosnym oczekiwaniem, zamieniało się w pracę i niekończącą się listę niezałatwionych spraw.
To, co miało być tylko otoczką, stało się zbyt ważne i często męczyło, zamiast cieszyć.
Nie wszystko i nie zawsze.
Ale jednak..

Postanowiłam, że w tym roku będzie inaczej.
Grudzień będzie zupełnie inny. Taki, jakiego nie znam..

Będzie mniej, a nie więcej.
Bo w tym przypadku zdecydowanie mniej, znaczy więcej.
Więcej tego, czego więcej być powinno..


Postanowiłam, że będę prawdziwie świętować mojego Boga. Jego pierwsze przyjście na świat i obietnicę powrotu. Rzeczywiście o tym myśleć, rozważać i oczekiwać.. nie tylko symbolicznie.

Postanowiłam, że Pan Jezus zajmie pierwsze miejsce przy naszym stole nie tylko w Wigilijny wieczór.. ale każdego dnia tego wyjątkowego miesiąca, kiedy czasu na wszystko tak bardzo brakuje.

Postanowiłam, że w tym roku wystarczy nam jeden rodzaj ciasteczek. Zrobimy je razem, wspólnie ozdobimy i powkładamy do pudełek, żeby nie nawilgły. Będzie mąka na podłodze w kuchni, pewnie rozsypany cukier, a Benio wszędzie wsadzi swoje ubrudzone lukrem palce.. ale będziemy się dobrze bawić, a potem zajmiemy się resztą..

W tym roku nie będę zmieniać Ich dziecięcej wizji naszej choinki. Nie będę ukradkiem przewieszać powieszonych przez nich bombek.. a kiedy ze szkoły przyniosą ozdoby z kolorowego papieru, to zawiesimy je w honorowym miejscu. Choć do niczego znowu nie będą pasować..

W tym roku nie przesunę każdej szafy i łóżka, żeby zetrzeć kurz. Raczej nie wszystkie okna będą umyte. Nie wszystkie ozdoby wyjęte..
Chociaż uwielbiam porządek w każdym kącie naszego domu i śnieżynki wiszące w czystych oknach, w tym roku nie to stworzy moje Święta.
Nie tym razem.

Postanowiłam, że ten przedświąteczny czas będzie spokojny. Nie będzie biegu. Nie będzie poganiania, odpychania moich dzieci, włączania kolejnej, i kolejnej, i kolejnej bajki.. nie będzie dążenia do perfekcji, niepotrzebnych nerwów i stresu. Postaram się trzymać na wodzy moje ambicje i charakter, który niewiele pozwala mi odpuszczać..
Mój spokój, to tegoroczny prezent dla naszych dzieci.
Zabawki to tylko dodatek.

Nie będę mamą z doskoku, tak jak w grudniu zazwyczaj bywało.
Po prostu będę.

Dam się namówić na mroźny, grudniowy spacer i bitwę na śnieżki.
Zamiast grudniowej gorączce, dam się ponieść głośnemu śpiewaniu kolęd.
Będę piła wieczorami gorącą czekoladę z mężem, przy zapalonym kominku.
Popatrzę w ogień.. odpocznę, kiedy będzie trzeba.


Kochane, musimy mądrze wybierać. Lepiej wybierać.
Może z kilku rzeczy zrezygnować, żeby inne móc zrobić z nieudawaną przyjemnością?
Musimy nauczyć się stawiać granice i słuchać siebie uważniej.
A przede wszystkim, musimy  utkwić wzrok w Jezusie  (Hebrajczyków 12;2).
JA muszę na pewno..

W naszej rodzinie, ten grudzień jest zupełnie inny, niż mnie nauczono. Inny, niż ten, który znam i pamiętam.
Jest mniej.. ale za to o wiele więcej miłości, uśmiechu, spokoju, wewnętrznego pokoju..
Więcej wzajemnej życzliwości i czasu, żeby świętować naszego Boga.

I wierzę, że dzięki temu, Boża obecność wypełni nasz dom nie tylko w Święta..




Książki nie jak z marketu

8.12.16 Komentarze 2

Mówią, że wszystko, co rozdają za darmo, to bubel. Że za darmo to nie ma nic.. a przynajmniej nic wartościowego.
Dzisiaj mogę napisać, że się nie zgadzam.
Dostałam ostatnio za darmo dwie książki kucharskie, a ja kucharskie uwielbiam.. mogłabym przeglądać, oglądać, wertować i zdjęcia podziwiać godzinami.. a potem gotować, próbować nowe smaki i połączenia, o których nigdy nawet nie słyszałam.. no raj!


I chociaż trzeba przyznać całkiem szczerze, że tak całkiem za darmo to one wcale nie były, to dla większości z nas na wyciągnięcie ręki na pewno. Przy okazji codziennych zakupów, bez dodatkowych kosztów.. aż się sama zdziwiłam, kiedy Pan podał mi przy kasie dwie naklejki. Bo ja generalnie nie zbieram naklejek z supermarketów.. ale jak już dał, to wzięłam.
I jakoś się udało nazbierać na aż dwie pięknie wydane, genialnej jakości i treści, książki kucharskie Kuchnia Polska z Lidla.


Te przepiękne zdjęcia oglądałam już chyba milion razy. Takie są nasze, polskie, swojskie.. babcine. Tu okruchy, tam kwiatek, stare i wysłużone blaty, koronki, niedoprasowane, bawełniane ściereczki. Wszystko jakby przypadkowe, a jednocześnie dokładnie przemyślane.. no kocham!





Od kilku dni, kiedy tylko mam minutkę, to zerkam do tych książek, podziwiam i czytam.
Tak, czytam! Bo one mają treść i to nie byle jaką! Trafioną w mój gust w stu procentach, niebanalną.
Dla mnie najpiękniejsze książki kucharskie to te, które oprócz przepisów maja również słowo pisane. Szczerze żałuję, że nigdzie nie mogę się doszukać, kto to wszystko stworzył.. w głowę zachodzę jak można  tak  pisać o.. rabarbarze?!

'Obcy znad Wołgi' - takie właśnie jest dosłowne znaczenie słowa rabarbar. A przecież jaki on obcy, skoro w kuchni polskiej od zawsze - swój?! To on rumieni się na wiosnę na domowej grządce, pnąc się do słońca pod zielonym parasolem.(...) Skądkolwiek dotarł - niekoniecznie musimy o tym pamiętać, łapczywie wypijając drugą szklankę rabarbarowego kompotu babci. (...) I wcale nie ma znaczenia, że to warzywo, kiedy prosimy o kolejną dokładkę rabarbaru pod kruszonką, koniecznie z dodatkową porcją lodów. I cóż z tego, że to barbarzyńca (barbarum oznaczało barbarzyńcę), skoro tak pysznie i pokojowo potrafi zaprzyjaźnić się z ciastem drożdżowym. Albo z kruchym, w dodatku z pianką.




Lubię też, kiedy przepisy nie są przypadkowe, ale 'wyszperane ze starych brulionów, wyniesione z podwieczorków u babci, zapamiętane z dzieciństwa' do tego 'również nowe, uwspółcześnione wersje tradycyjnych receptur.'
Takie właśnie są przepisy z Kuchni Polskiej. I już nie mogę doczekać się smaku barszczu czerwonego z grzybami, na zakwasie z dodatkiem śliwek i jabłek.. albo dziecinnie prostych ciasteczek bakaliowych..

No i ludzie oczywiście.. na stronach tych książek można poznać ludzi. Tacy są prawdziwi, jakby zza płotu. Ludzi z pasją i talentem. Zwyczajnie niezwyczajni.. Pani Krystyna, Pan Grzegorz, Piotr, Kinga, Ania..



Podobno promocja trwa do 14 grudnia. Może jeszcze zdążysz, jeśli masz ochotę na naprawdę wartą uwagi książkę kucharską. Taką, która przetrwa w domowej biblioteczce wiele lat, do której będzie się wracać po domowe, polskie przepisy. I kiedy się zatęskni za dzieciństwem, babcią i wspólnym zbieraniem jabłek w sadzie.. bo taki właśnie ma klimat.
A jak nie zdążysz, to na pewno na allegro gdzieś się kilka sztuk znajdzie za niedługo.. albo i już są..

Do dziś nie wiedziałam, że można tak bardzo polecać książkę z supermarketu. A jednak.
Z całego serca polecam.

Moja Os

6.12.16 Komentarze 4

Mąż jest moim najlepszym przyjacielem.
To taka przyjaźń największa z możliwych.. wie o mnie wszystko. Kończy moje zdania i zna moje myśli. Kocham Go niewypowiedzianie. Lubię, jako człowieka, ale.. mój mąż to facet. Facet z krwi i kości.
A ja od lat marzyłam o przyjaźni z kobietą.. która może i wie o mnie odrobinę mniej, ale zareaguje jak kobieta, zrozumie jak kobieta, odpowie jak kobieta.. bo kobieta kobiecie jest przecież niezbędna, prawda?

Marzyłam o takiej przyjaźni, która nie zastanawia się długo, zanim sięgnie po telefon w środku nocy. Czy siedemnasta, czy druga w nocy.. zawsze mogłabym dzwonić w potrzebie. Nawet w potrzebie pogadania tylko..
Chciałam przyjaźni bez humorów, niewypowiedzianych żalów, bez zamykania się w sobie i wstydu.
Chciałam pewności, że mnie na boku nie obgada, a stanie za mną murem w każdej sytuacji.
Modliłam się o przyjaciółkę, która postawi mnie do pionu, kiedy zacznę panikować, narzekać na męża, mówić o sobie kłamstwa..
Która pójdzie ze mną na zakupy i do kina, a potem na kawę do naszej kawiarni.
Która zacznie ze mną wyzwanie Chodakowskiej i razem byśmy się wspierały, dopingowały, razem robiły planka..
Która nie będzie pytać co chciałabym dostać, bo ona prezent kupi już w czerwcu, choć dopiero w październiku mam urodziny.
Która myślałaby podobnie i czuła tak samo.

Od dawna marzyłam o przyjaciółce, która byłaby blisko Boga.
Na którą mogłabym patrzeć i inspirować się do najlepszego.
W której gestach, słowach i w cierpliwości, z którą traktuje swoje dzieci, mogłabym widzieć Jezusa.
Taka przyjaciółka zawsze by pamiętała, żeby mnie wspomnieć w modlitwie. Mnie, te moje problemy i problemiki.. i wcale by nie powiedziała, że to bzdury.
Bo skoro dla mnie coś jest ważne, to i dla niej.. choć może rzeczywiście bzdura by to była największa..
O: Nana Kochana, jak żyjesz mateczko najdroższa...?

Lepiej trafić nie mogła.. znowu Pan Bóg ją zesłał. No zesłał jak nic!

N:  Właśnie karmię małą kaszką, więc tak z doskoku będę pisać.
      No żyję..ale proszę o modlitwę, jak mogę.
O:  Jasne.. coś konkretnego?
N:  Samolubnie. O mnie. Generalnie o wszystko Os.. o wszystko.
O:  Wszystko, to Boża specjalność.
N:  Ostatnio leci, bo leci.. a ja tak nie chcę.
      Czasami wydaje mi się, że wszystko o czym piszę na blogu to kłamstwo. Że oszukuję..
O:  Ale czasami tak jest Kochana i to jest bardzo potrzebny czas..
      Od tego zaczynają się zmiany.
N:  Jakiś trudny czas mam ostatnio.
O:  Związany z relacją z Bogiem, z byciem żoną, mamą, czy kobietą?
N:  Chyba z każdą z tych rzeczy po trochu..
     Czuję, jakbym starała się zbawić świat, a nie daję rady we własnym domu, z tymi, którzy są                mi najbardziej bliscy, ze sobą.
O:  Może właśnie czas pomyśleć o sobie?
     Czego byś chciała w tym momencie?

Kurcze.. ktoś pyta czego bym chciała! Dziwnie..
Zawsze chcą dzieci, albo Pani przedszkolanka, albo znajoma, mama, mąż, koleżanka, Pani w urzędzie, księgowa.. a Ona pyta czego ja chcę.
Ja!!
Tak oprócz uporania się z prasowaniem, pomysłu na obiad i croissanta na śniadanie, to...

N:  Nie wiem.. w sumie, to chyba najbardziej dawać sobie radę. Lepiej.
A:  Rozumiem. Mam chyba to samo.. ciągle się czuję nieogarnięta.
      ...
      Czyli chciałabyś być bardziej?
N: ...

No i masz..
Odpisuję długo, łzy się leją, a mała patrzy zdziwiona jak matka niemalże szlocha nad klawiaturą..

O:  Słuchaj. To teraz tak.
      Wstań, otrzep kolana, zrób sobie najpyszniejszej kawy pod słońcem i nie analizuj za bardzo.. 
      To trudne, wiem.. ale możliwe.
      Nie daj się okraść Nana. Diabeł przychodzi, żeby kraść.
      Jesteś bogata w Bogu i nic tego nie zmieni. Nawet Twoje samopoczucie.
N:  No daję się.. na całej linii.
      Mam wszystko o czym zawsze marzyłam.. co się ze mną dzieje?!
O:  A czy szczęście zależy od tego co masz?
N:  No nie..
O:  Nie jesteś sama!
      Jezus wstawia się za Tobą cały czas.. i inni, którzy cię kochają.
      Jesteś w Bożych rękach, nawet jeśli się poddajesz.
N:  Dzięki Os.. 
O:   Kocham Cię Nanu kochana!

A za jakiś czas od tej rozmowy przyjechała, żeby porwać mnie na kawę w niedzielne popołudnie.
I chociaż ta kawa nie smakowała mi tak do końca, ciasto nie było warte swojej ceny, a kawiarnia wcale nie jest jakaś nasza, to jej słowa dały mi więcej, niż jest w stanie sobie wyobrazić.
Dałam wam namiastkę.. bo może ktoś dzisiaj też potrzebuje takiej Os, jak moja.
Takich słów wsparcia, jak jej.

Bo z moją Os poznałam inny wymiar przyjaźni.
To nie taka przyjaźń od dziecka, ani ze szkolnej ławki.
Ja tu, a Ona tam. Ona baletnica, ja tańczyć nie potrafię.. inne, a jednak podobne.
Ja do niej Os, chociaż jest Ania, ona mi Nana.. jak kilkanaście lat temu.
Wielu rzeczy o sobie musimy się jeszcze dowiedzieć, nie robimy sobie prezentów na urodziny, nie piszemy do siebie codziennie.. ale jedno wiem na pewno.
Że gdyby świat mi się walił i potrzebowałabym kogoś, do potrzymania za rękę w najgorszym, to zostawiłaby wszystko i była ze mną.
A zanim by to wszystko rzuciła i odwołała ważne spotkania, to cały czas miałaby mnie w myślach i modlitwach.
I dzwonić mogę o każdej porze.
Zawsze! I nie usłyszę słucham z wyrzutem, jeśli Ją obudzę..

Już nie są dla mnie tak bardzo ważne te wszystkie drobiazgi i dodatki. Bo kino i wspólne zakupy są do nadrobienia.. ale przyjaciółka, która kocha Boga ponad wszystko, nie zdarza się często. A mi się zdarzyła..
Bóg wsłuchał się w moje marzenia i odpowiedział, dając mi Ją.
Moją Os.

Bóg widzi też Twoje marzenia.
Słyszy modlitwy, wsłuchuje się w pragnienia Twojego serca.
I jeśli tęsknisz za taką przyjaźnią, to proś! Proś usilnie, tak jak ja jeszcze niedawno.
Rozglądaj się dookoła i nie szukaj ideałów. Może Ona już jest, zupełnie blisko.. i też marzy, żeby Cię bliżej poznać, na zakupy iść i wypić pyszną kawę..

Wiem, że Bóg Ci odpowie, tak jak mi.
Jestem pewna, że da Ci Twoją Os.






Sobota jak z internetu

26.11.16 Komentarze 2

Wasze soboty wydają się być idealne.
I nie mam pojęcia jakie są naprawdę.. ale zdjęcia sugerują spokój, harmonię i prawdziwy odpoczynek.
Zdjęcia porannych kaw wypijanych jeszcze w łóżku, z najnowszym bestsellerem w tle.
Zdjęcia niespiesznie jedzonych śniadań. Jakieś croissanty, chrupiące bułeczki, świeżo wyciskany sok z pomarańczy, domowa konfitura.. wszystko na pięknej zastawie.
Rodzeństwo bawiące się w zgodzie, a pod zdjęciem opis: zajmują się sobą już drugą godzinę plus serduszko, albo pięć..
Posprzątane domy.
Świeże domowe ciasta.
Godzina 11:00 na zegarze i tekst: jak dobrze jest porządnie się wyspać.
Spokojne spacery w prześlicznych, jasnych (!!!) płaszczykach i bucikach. Nieubłocone, niewysmarowane chrupkami kukurydzianymi..
Sielanka przy obiedzie w modnej restauracji.

Jedno spojrzenie na social media wystarczy, żeby włączył mi się tryb dążenia do ideału.
I nie chodzi wcale o to, że chcę czegoś, bo ktoś to ma.
Chcę czegoś, bo ktoś przypomniał mi, że można to mieć. I że to jest fajne, przyjemne, pomaga odpocząć..
Potem pytam samą siebie jak ona to robi!?
..a tak całkiem na końcu, czuję się po prostu gorsza.. i nie ukrywam- odrobinę zazdroszczę.
Też tak chcę!

Chcę idealnej soboty z facebooka.. ale prawda jest taka, że mi nawet zdjęcie kawy w łóżku by nie wyszło.
Leżymy w naszym łóżku w piątkę od wczesnych godzin porannych. I kocham to. Naprawdę to uwielbiam.. ale ostatnio wylałam dwa razy kawę na pościel, bo szturchali się zaraz obok mnie.. jeden drugiemu kawałek kołdry ukradł.
Panie Boże, cierpliwości!!!
A przecież to tak fajnie kawę w łóżku pić.. no fajnie, czy nie?!

Od pewnego czasu weekendy dla nas to walka.
Chłopcy kochają się na zabój.. więc biją się i kłócą na potęgę. No chyba, że akurat oglądają bajki.. ale ja, matka głupio-ambitna, nie daję tej radości naszym dzieciom na długo. Wymyślam jakieś gry planszowe, albo czytanie, albo inne takie.. spacery na przykład, lego, grę w statki..
Miewam idealistyczne wizje rodzinnie spędzonych weekendów.
Plany planami, ale rzeczywistość czasami zaskakuje..
Znasz to?

Instagram, facebook i pinterest, to miejsca, w których zawsze znajdzie się ktoś, kto na pierwszy rzut oka lepiej radzi sobie w życiu niż ja i Ty.
Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie bardziej zorganizowany, bardziej fit, lepiej ubrany.
W internecie zawsze czyjeś dzieci są grzeczniejsze, czyjaś praca jest bardziej ciekawa, a mamy kochają jakoś mocniej i mądrzej..

Jednak z doświadczenia wiem, że z drugiego planu idealnego zdjęcia, czasami trzeba usunąć leżące na podłodze skarpety, majtki, pampers.. albo kawałek bułki, wypluty przez półtoraroczną dziewczynkę.
Za podziwianą przez wszystkich rodzinną sesją zdjęciową, kryje się kilka godzin ciężkiej pracy, uspokajania dzieci, obiecywania lodów, przywoływania do porządku, błagania o choćby pół uśmiechu..
Za fenomenalnym efektem prostego DIY z pinterest, kryje się nie raz kilka nieudanych wcześniej prób.
Zdjęcia z social mediów pokazują tylko tyle, ile ludzie chcą pokazać. Jest to bardzo często pół prawdy..
Realne życie nie zawsze jest do zdjęcia. Nie zawsze nadaje się do pokazania światu. Czasami po prostu nie ma się czym chwalić.
Prawdziwa codzienność, to zazwyczaj ta poza obiektywem aparatu.

A jednak.. kilka razy dziennie dajemy się ograbiać z zadowolenia z tego, co mamy. Łapiemy się w pułapkę obserwowania czyjegoś życia. Życia, którego nigdy nie będziemy mieć!
Bo my żyjemy innym życiem. Ani lepszym, ani gorszym. Po prostu innym!
Nasze dzieci się różnią. Nasze domy są inne. Nasze wypłaty, wysokość rachunków za prąd..
Jedni mogą pozwolić sobie na spanie do 11:00 - ja na razie nie.
Jedni wyciskają sok z pomarańczy do śniadania - ja popijam chłodną herbatę.
Jedni wylewają kawę na pościel - inni robią tej kawie zdjęcia..

Jedynym miejsce prawdziwej satysfakcji są Boże ramiona. Zawsze!
Pisałam to nie raz i będę o tym pisać.. póki będę podpisywać się pod postami na tym blogu.
Ale nie może być inaczej, skoro..

Moim szczęściem jest być blisko Boga
                                                                        (Psalm 73;28) 

Wzrok wpatrzony w Boga, a nie w zdjęcia znajomych czy kolejną kłótnie dzieci, da nam odpowiednią perspektywę. Pomoże zmienić nastawienie i ukoi..
I to nie są tylko słowa.
Spróbowałam.. to działa.

Moje nie-facebookowe soboty są trudne, ale są moje. Moje i mojej rodziny.
Wymagają ode mnie pokładów siły i cierpliwości, o których nie miałam pojęcia, a jednak Bóg pomaga mi je odkopywać.. czasami wychodzę z domu na kilkanaście minut tylko po to, żeby w całym tym stresie zobaczyć.. cud codzienności.                                                          
Mam niepowtarzalną szansę rozwijać się duchowo. Nabywać cierpliwości, uczyć się wydobywać ją z nieznanych dotąd miejsc..
I nie, nie podoba mi się to, ale moje życie ukryte jest w Bogu, który wie co się dzieje w każdą sobotę mojego życia.
On wie o tym pierwszy i nic Go nie zaskoczy.

Może spróbuję wyciągać z tego czasu jak najwięcej..
Teraz jest idealny moment, na wprowadzenie w życie Biblijnej teorii.

Życzę Ci idealnego dnia. Takiego ze zdjęcia, do pokazania całemu światu..
Powolnego, poukładanego, pachnącego kawą i świeżymi croissantami od samego rana. Do tego uśmiechniętych dziecięcych buzi i przepysznych domowych ciast.
Ale jeśli Twoje plany pokrzyżuje rzeczywistość, to pamiętaj.. bądź blisko Boga mimo wszystko.
Wtedy ten dzień może nie będzie wyglądał jak ten z internetu, ale na pewno będzie szczęśliwy.
Bardzo szczęśliwy.



Chcę pamiętać

23.11.16 Komentarze 4

Postanowiłam zapisać to teraz, póki jeszcze jestem młoda.
Póki jeszcze wiem, jak to jest..
Póki jeszcze pamiętam dni, w których nie wiadomo czy środa jest, czy może już piątek. Tygodnie zlewają się ze sobą, a czas przecieka przez palce.. bezlitośnie pędzi jak oszalały.
Kiedy nie śpi się miesiącami, a nawet latami.
Kiedy nie ma się ochoty na makijaż, ładną sukienkę i szpilki. Kiedy nie ma się siły na umycie włosów nawet.. brakuje czasu na dwudaniowy obiad i dobry film.
Szybko można zapomnieć, że dzieci płaczą, tupią, biją i plują. Odgrywają histerię na środku supermarketu w sobotnie przedpołudnie i tak bardzo jest wtedy wstyd, kiedy wszyscy patrzą tym wzrokiem..
Boję się, że nie będę pamiętać jak to jest, kiedy sił brakuje i cierpliwości. I że w jednym momencie można płakać ze szczęścia głaszcząc jedwabiste włoski, a innym razem szlochać po cichu w łazience z bezradności. W tajemnicy przed całym światem, na kilka chwil czuć się po prostu źle z tym całym macierzyństwem..


Chcę pamiętać, czego się wtedy potrzebuje i o czym się marzy. Jakie słowa rozpamiętuje się po nocach, co może zaboleć i zranić, a co trzeba mówić młodej mamie często i głośno.
Chcę pamiętać, jakie gesty się wtedy docenia i wspomina po latach.
Chcę pamiętać, co pomaga ukoić nerwy i nie żyć wyrzutami sumienia. Co denerwuje do granic i wyprowadza z równowagi w sekundę. Chcę mieć w pamięci jak to jest, kiedy ze zmęczenia chce się czasami tylko płakać..
Chcę pamiętać wszystko ze szczegółami, żeby pewnych błędów nie popełniać.
Żeby nie oceniać i nie patrzeć z góry na tę młodą przy kasie, co dzieci nie potrafi utrzymać przy sobie. 
Żeby szepnąć potrzebującej mamie do ucha rozumiem, to minie, będzie lepiej, ciesz się chwilą, świetnie sobie radzisz.. 
Słowa, które sama potrzebuję dziś usłyszeć. Często i głośno.

Łatwo jest też zapomnieć, że bycie mamą potrafi do bólu spowszednieć.. i że się wtedy nie docenia bezcennego czasu z dziećmi, a tego przecież nikt nam nie wróci.
Dzieci rosną za szybko, dlatego chcę pamiętać, jaką głupotą jest biec, kiedy trzeba się zatrzymać. Przytulić, poczytać, pogadać.. pobyć.
Chcę kiedyś te młode mamy ostrzec przed błędami, które sama w swojej niewiedzy dzisiaj popełniam.. i będę z pewnością popełniać przez wiele kolejnych lat.
Dlatego chcę pamiętać.

Kiedy swój dom będę w stanie w końcu utrzymać w czystości, chcę pamiętać, że bałagan przy dzieciach to norma. Porozrzucane zabawki, okruchy na stole i pod. Pełny zlew i klejąca od soku podłoga... to moja rzeczywistość dzisiaj, więc nie mam prawa oburzać się na poplamiony obrus na jej stole, niespłukaną wodę w jej ubikacji, pampers leżący w jej salonie.. to codzienność w wielu domach wypełnionych miłością. Tam mamy kochają. Kochają bez granic.. i tego nie zmieni żaden bałagan.
Chcę móc powiedzieć tej mamie, która przeprasza za piasek w przedpokoju: No przestań dziewczyno, czy ja dzieci nie miałam?! I mieć te słowa na myśli.. tak szczerze.

A kiedy już moja kochana trójka będzie na swoim, to chcę pamiętać, że dzieci są różne. Jedno drugiemu nie równe.
Jedno biega bez końca, po fotelach skacze, a drugie siedzi i klocki przekłada godzinami. A nawet z tego samego domu mogą być, tych samych mieć rodziców, to samo nosić nazwisko.. nie ma jednej recepty na wszystkie dzieci. Nie ma złotej zasady, jak dobrze wychować.
Nie chce w przyszłości się mądrzyć.. udawać, że pozjadałam wszystkie rozumy, że ja wiem najlepiej. Chcę mówić, kiedy ktoś zapyta i poprosi o radę. Wtedy chętnie poradzić i podzielić się doświadczeniem.
I chcę też pamiętać, żeby nie używać słów musisz, powinnaś, trzeba.. bo wiem, że one nie budują relacji.. one budują mur.


Póki tylko zdrowia mi wystarczy, to mam wielkie marzenie, żeby w przyszłości być wspierającą mamą moich dorosłych już dzieci. Dzieci, które już same rodzicami zostaną..
Marzę, żeby dzielić z nimi troski i radości wychowania kolejnego pokolenia.. bo to nie jest zadanie dla jednej osoby. Ani nawet dla dwóch..
Chciałabym być kochającą teściową, która synową uściska serdecznie jak rodzoną córkę, kiedy przyjedzie na niedzielny obiad zmęczona, po tygodniu siedzenia w domu z dziećmi.. bo przecież dobrze wiem, że z dziećmi się w domu nie siedzi.
Chciałabym być taką mamą, która się domyśli. Wyjdzie na przeciw niewypowiedzianym marzeniom. Pragnieniom, które czasami wstyd ubrać w słowa.. bo przecież trzeba zgrywać twardziela.
Zawsze być silną.


Wiem, że łatwo zapomnę, więc muszę to teraz zapisać, jak wiele znaczy wyprasowanie sterty prania. Jak nieocenioną pomocą są umyte przed Świętami okna i opieka nad dziećmi na kilka godzin po ciężkim tygodniu. Jak bardzo potrzebna jest propozycja: idźcie na spacer, do kina, na kawę.. wyjedźcie na kilka dni sami, zajmiemy się dziećmi. Szaleństwo..!!
Jeśli już uda się na te kilka dni wyjechać, to na wagę złota jest świadomość, że dzieci nie stoją w oknie stęsknione i nie wypatrują mamusi, która zostawiła.. ale pieką ciasteczka, czytają bajki i robią domki z krzeseł i starego koca. Nie mają czasu tęsknić..
A kiedy czasu na siedzenie w kuchni będę miała więcej, muszę pamiętać, żeby zrobić pierogów z dwóch porcjibigosu jak dla wojska, gołąbków.. a potem podrzucić dzieciom i wnukom na obiad.
Muszę pamiętać.. koniecznie!

Bo moim marzeniem jest, żeby te moje wspomnienia młodości, móc kiedyś ubrać w gesty miłości i wsparcia.
Dlatego postanowiłam zapisać to wszystko teraz, póki jeszcze jestem młoda.
Żeby móc czytać, kiedy pamięć mnie będzie zawodzić..
Bo teraz wiem, jak to jest.. i chcę pamiętać.










Zdjęcia zrobiła Ciocia Monia :*




Mam na imię ...

17.11.16 Komentarze 2

Są takie myśli, które czasami po prostu przychodzą.
Wracają kiedy nikt nie patrzy, nieśmiało próbując rozgościć się w naszym życiu choć na kilka chwil.
Przychodzą wtedy, kiedy nikt nie przeszkadza. Nie woła, że ulubionego autka znaleźć nie może, nie prosi o wodę, nie zadaje pytań, nie wymaga uwagi i buziaka w odrapane kolano.
Wtedy możemy sobie tak po prostu w spokoju pomarzyć..


Te myśli na przykład w środku nocy potrafią przyjść. Kiedy obudzone bzyczeniem komara wstajemy, żeby przykryć kołderką małe stópki. I zasnąć z powrotem za nic w świecie nie potrafimy.. i kiedy deszcz tak spokojnie stuka o szyby.
Przychodzą też podczas tych kilku cennych minut pod prysznicem albo na spacerze z dziećmi. I w samochodzie też. W drodze do pracy, do której nie chciało nam się zrywać o piątej.

Wtedy wyobrażamy sobie jakby to nasze życie wyglądało, gdybyśmy jednak spróbowały. Jakby mogło być cudownie, gdyby się udało.
I nawet sobie w głowie zaczynamy plan cały układać- co, jak, gdzie i kiedy.. jak to wszystko można by było z wychowaniem dzieci pogodzić, z domem, pracą i ogródkiem. Żeby dalej ciepły obiad na stole codziennie mógł być i ciasto drożdżowe w soboty.. choć to ciasto można by było pominąć..
A wszystko po to jedynie, żeby zaraz zapomnieć. Wrócić do swojego kalendarza, swoich niecierpiących zwłoki spraw i żyć życie jak co dzień.
Bez rewolucji, bez najdrobniejszych nawet zmian, które przybliżyć by nas mogły do realizacji tych pięknych myśli, które marzeniami są nazywane.
A zmiany te przecież tak dokładnie są przemyślane, nie jeden już raz. I wydaje się nawet, że wszystko mogłoby dobrze zadziałać, a jednak tak bardzo brakuje odwagi, czasu, może i wsparcia.. odrobiny zrozumienia.

Dlatego dla tych marzeń znajdujemy miejsce na ostatniej pozycji listy postanowień noworocznych. Pełne zapału, chcemy rzeczywistość swoją odrobinę ubarwić i biec jednak za tymi skrytymi pragnieniami. Ale mija styczeń, potem luty i marzec.. aż w końcu budzimy się w listopadzie pełne żalu, że znowu nic z tych marzeń nie wyszło.
A one uparcie wracają, kiedy siedzimy wieczorami w fotelu pod ciepłym kocem, z kubkiem gorącej herbaty w dłoniach..


Niektóre z nas marzą, żeby książkę napisać, stworzyć bloga, albo nauczyć się szyć.
Może któraś zawsze chciała otworzyć kawiarnię, organizować spotkania dla samotnych mam, schudnąć i lepiej się poczuć ze sobą.
Pobiec w maratonie, zrobić doktorat, mieć więcej czasu dla dzieci, zrobić kurs fotografii..
Jedne marzą odważniej i bardziej, a drugie te swoje marzenia mają całkiem przyziemne.
Każda z nas marzy inaczej, ale większość z nas te myśli czasami nachodzą.. bo wiemy, że jest coś więcej.
Myślimy o tym każdej bezsennej nocy.
Coś, co Bóg włożył głęboko w nasze serca.
Coś, czym nas obdarzył i co wpisane było w nasze życie jeszcze przed narodzeniem.
Coś, co może sprawić, że codzienność stanie się jeszcze pełniejsza i piękniejsza.
Coś, co będzie radością i błogosławieństwem dla innych.

Ostatnio jedna z was napisała mi, że ma marzenia i chciałaby je realizować, ale czuje, że nie może.
Wszyscy wokoło podcinają jej skrzydła. Tłumią apetyt na więcej.. na to coś, co na razie tylko w myślach przychodzi nieśmiało, kiedy nikt nie patrzy..
Wmawiają jej, że nie powinna.
Nie- bo jest mamą.
Ma dwóch wspaniałych synów i nic jej do szczęścia nie może przecież brakować. Bo dzieci są zdrowe, bo mądre są i tylko czasami się kłócą. Niewysapana chodzi, ale to jedyny problem i z tego ma się cieszyć, a nie tam.. marzyć o głupotach.
A ona piękne ma marzenia. Oprócz tych matczynych, oczywistych - o zdrowie dzieci i ich świetlaną przyszłość- ma też inne. Całkiem swoje.
Ona marzy jak Dorota, a nie jak mama.
Bo na imię ma Dorota, a nie mama.. a już prawie o tym zapomniała, bo całe dnie właśnie mama ją nazywają.
Dorota marzy o własnym domu. Niekoniecznie białym, niekoniecznie z ogródkiem.. byle prąd był i ciepło zimą.
Marzy o wyjeździe do Zakopanego. Nie do Grecji, nie do Ameryki.. do Zakopanego.
Marzy o własnej firmie. O tym, żeby otworzyć salę zabaw dla dzieci i organizować dzieciom urodziny jak z bajki. Bo potrafi to robić, bo pomysłów ma mnóstwo, bo dzieci kocha- nie tylko te swoje.
Marzy, żeby coś robić dla innych. Coś dobrego. Bezinteresownie dawać coś więcej niż dobre słowo. Pomagać tym, którzy pomocy potrzebują.
Może gdyby tak te marzenia wpisała na listę ważnych spraw. Gdyby zdobyła się na odwagę i zrobiła pierwsze kroki w ich kierunku, to dziś inaczej by jej życie wyglądało. Inaczej by o sobie myślała. Inaczej postrzegała swoją wartość, tak przecież wielką w Bożych oczach.
Może nie borykałaby się z żalem, niezrozumiałym wewnętrznym smutkiem i depresją.


A ja mam na imię Nadia i nie chcę zapomnieć mojego imienia.. choć nazywanie mnie mamą to dla mnie ogromny przywilej i zaszczyt. Radość niewysłowiona..
Jestem przede wszystkim mamą, ale nie jedynie mamą.
Mnie też nachodzą te myśli nocami, bo ja też mam marzenia. Pozwalam sobie na nie i rozmyślam o nich kiedy dzieci spokojnie śpią, a ja kolację dojadam, i nad kubkiem kawy w sobotnie popołudnie rozmyślam..
Nie daję tym myślom uciec. Noszę je w sobie codziennie bo wiem, że jest coś więcej. Że może być coś jeszcze.
I chociaż mamą kocham być najbardziej na świecie, choć kocham nasze wspólne spacery, dorosłe rozmowy, czytanie książek, całowanie gołych stópek, śmiech do utraty tchu.. i mnóstwo innych rzeczy związanych z macierzyństwem też kocham, to jednak uwielbiam też siadać do komputera i pisać. Sprawia mi radość dzielenie się Bogiem w ten sposób.
I kiedy wstaję z tą kawą w dłoniach od kuchennego stołu to tylko po to, żeby zrobić kolejny krok do przodu. W stronę marzeń.
Czasami to krok milowy, innym razem tak drobny, że trudno jest dostrzec postępy.. ale idę.

Twoja pasja nie jest przypadkiem- jest twoim powołaniem.
To jest to coś, czym możesz zmieniać rzeczywistość.
Twoje marzenia mają znaczenie! Nie odkładaj ich w nieskończoność.
Odważ się marzyć z Bogiem.
Nie musisz znać wszystkich odpowiedzi już teraz.. zaufaj Mu w małych i wielkich sprawach i patrz jak działa.

A kiedy znowu te myśli przyjdą, pozwól im zostać na dobre.
Pozwól im rozsiąść się wygodnie, rozgościć, rozpakować walizki.
Dzięki temu nie zapomnisz, jak masz na imię naprawdę.






Dzień Bardzo Dobry # 5

10.11.16 Komentarze 0

Nie potrafię wybaczać.
Z wielką precyzją potrafię opisać co było nie tak, kiedy to się stało, gdzie i w jakich okolicznościach..
Pamiętam minę Benia, kiedy krzyczałam o taką bzdurę, że wstyd się przyznać.
Pamiętam, jak bardzo nie potrafiłam zaufać Bogu, kiedy leżałam w szpitalu z zagrożoną ciążą.
Pamiętam, jak się buntowałam, kiedy rodzina mi się sypała.
Pamiętam, okres dumy i wiecznego niezadowolenia z życia.
Pamiętam.
Bo ja nie potrafię wybaczać sobie.



Zły dba o to, żebym pamiętała.
Tamte słowa. Tamte myśli. Rzeczy, które zrobiłam i te, które mogłam zrobić, a byłam zbyt leniwa, nieczuła, stchórzyłam..
Błędy, które są już przeszłością, a których ja sama nie potrafię sobie wybaczyć.
I wtedy nie ważne jest dla mnie, ile razy mówiłam do dzieci z miłością- ważny jest ten raz, kiedy znowu zdarzyło mi się podnieść głos.

Nigdy się nie zmienisz!
Zawsze będziesz ...
Widzisz? Znowu to zrobiłaś!

Czy te myśli też czasami Cię okradają? Z radości, z poczucia wartości, którą mamy w Bogu, a nawet z pewności zbawienia..?
Nie daj się okradać! Zły przychodzi żeby kraść, ale Stwórca oferuje nam życie w obfitości (Jan 10;10). Nie pozwól diabłu ciągnąć cię w dół z powodu tego, co było.
Przeproś Boga. Proś o przebaczenie dzieci, męża, przyjaciółkę.. i żyj.
Czy potrafisz sobie wybaczyć i iść dalej bez oglądania się wstecz? Bez poczucia winy, wstydu i żalu do samej siebie?

Zapominam o tym, co za mną,
i uparcie sięgam po to, co przede mną; 
zdążam do celu, do nagrody..
Filipian 3;13-14


Pan Bóg chce dać nam przebaczenie.
Musimy uczyć się je przyjmować i zostawiać nasze grzechy tam, gdzie ich miejsce.. pod krzyżem.
Bóg chce wybaczać i wybacza, jeśli tylko o to prosimy. Nie ma takiej rzeczy, której nie mogłabyś Mu wyznać.
On wiedział o każdym naszym grzechu, zanim go popełniliśmy, a jednak oddał za nas życie, więc.. po co rozpamiętywać? To nie ma sensu, a jednak jesteśmy w tym bardzo dobre.. prawda?

Nasz Bóg zapomina.
Nigdy więcej nie wypomni nam naszych potknięć i upadków.
Nigdy nie wskaże na nas palcem krzycząc: Znowu to zrobiłaś!



Będę miłosierny mimo ich nieprawości 
i nie wspomnę więcej ich grzechów.

Hebrajczyków 8;12


Nasz Ojciec jest dawcą nowych początków i kolejnych szans.. więc wstań!
Otrzep kolana.
Podnieś swój wzrok na Jezusa, szukaj Bożego zaopatrzenia i pomocy w każdej sytuacji twojego życia.
Rób swoje. Najlepiej jak potrafisz, dając z siebie sto procent.
A jeśli znowu się potkniesz.. jeśli znowu popełnisz błąd, powiedz przepraszam i... wróć do zmywania naczyń.
Odpisywania na maile.
Układania wieży z klocków.
Idź na spacer, tak jak postanowiłaś przed tą felerną kłótnią..

Skoro Bóg wybaczył Ci i postanowił rzucić to w niepamięć, dlaczego Ty miałabyś żyć w poczuciu winy?
Pozwól się uwolnić od ciężaru wczorajszych niepowodzeń.
Zbyt proste?
Poznaj Bożą łaskę, Moja Droga..


Niewyczerpane są objawy łaski Pana, 
miłosierdzie Jego nie ustaje.
Każdego poranku objawia się na nowo, 
wielka jest wierność Twoja.
Treny 3;22-23


Pewien człowiek twierdził, że często miewa sny, w których rozmawia z Bogiem.
Kiedy opowiedział o tym swojemu pastorowi, ten nie do końca mu uwierzył. Potrzebował dowodu, dlatego poprosił:
'Kiedy następnym razem Bóg znowu odwiedzi cię we śnie, poproś Go, aby powiedział ci o największym grzechu, jaki kiedykolwiek popełniłem.'
Pastor miał bardzo bogatą przeszłość.. Bóg miał z czego wybierać.
Po pewnym czasie, pastor znowu spotkał tego mężczyznę. Zapytał go więc: 'Czy Bóg znowu rozmawiał z tobą we śnie?'
'Tak, oczywiście!', powiedział z uśmiechem.
'W takim razie, jaki grzech Bóg wymienił jako najgorszy ze wszystkich moich grzechów?'
Człowiek odpowiedział: 'Kiedy Go o to zapytałem, On popatrzył mi prosto w oczy i krótko odpowiedział:
'Nie pamiętam.'

Bóg zapomniał.
Może przyszedł czas, żebyś Ty też zapomniała?

A jednak..

29.10.16 Komentarze 0

Dlaczego jesienne liście zmieniają swoje barwy? Po co nam czerwone, żółte, pomarańczowe..?
Przecież mogłyby opaść zielone. Tak po prostu.
Zielone.
Bez naszych zachwytów, bez uśmiechu w drodze do pracy, bez kolorowych bukietów zbieranych na spacerze w parku.. i nikt by nie tęsknił.
Nikt z nas by nawet nie wiedział, że coś traci..

Dlaczego ptaki śpiewają? Takie są małe, a tak śpiewać potrafią, że nad ranem można się budzić bez żalu i słuchać.
Słuchać z wielką przyjemnością.
Słuchać i zachwycać się bez końca..
A mogłyby przecież nie śpiewać w ogóle. Tylko skakać by mogły po starym orzechu za kuchennym oknem..
Nikt by nie tęsknił przecież.
Nikt z nas by nawet nie wiedział..

A zapachy?..
Zapach bzu w maju zachwyca mnie co roku.
To zapach wiosny, słońca i pierwszych pikników w ogrodzie.
Zapach kwitnącej mirabelki u moich rodziców przed domem to obłęd- cudowny!
Nie sposób przejść obojętnie.
Zapach konwalii, ziół, powietrza po burzy..
Zapach dziecka. Nie znam piękniejszego. Kiedy przytulam Ją przed snem, wiem, że to jest właśnie dom.. gdziekolwiek bym nie mieszkała.
Ale tak sobie myślę, że gdyby bez i konwalie zapachu by nie miały, to też bym z pewnością przeżyła.
I ja, i ty, i każdy z nas.
Nikt z nas by nie tęsknił.
Nikt z nas by nie wiedział, jak cudownie pachnie maj..

Smak pieczonych w ogniu ziemniaków przywołuje mi na myśl dzieciństwo. Totalną beztroskę, ogniska u Babci i spotkania z przyjaciółmi, kiedy się miało lat naście.
Smak makaronu z cukrem na obiad i gorącej czekolady z ostatniej randki, to smaki niezapomnianych wspomnień.
Ale.. po co?
Po co czujemy smak? Po co rozróżniamy i kwaśny, i słony, i gorzki? Moglibyśmy czuć tylko smak słodki na przykład.. Moglibyśmy nie czuć nic.
Jedzenie mogłoby pozostać jedynie.. kalorią niezbędną do życia.
Bez przywoływania wspomnień, bez przyjemności, bez zwyczajnej radości jedzenia. Mogłoby nie być sztuką, a potrzebą.
Jak tabletka magnezu na skaczące powieki.
Mogłoby.. i zjadając obiad z obowiązku, odeszlibyśmy od stołu nie wiedząc zupełnie, ile tracimy.
Nikt by nie tęsknił za niedzielnym rosołem u mamy i kompotem z rabarbaru. Kaszą manną z powidłami i sokiem malinowym od Babci..
Nikt z nas nie wiedziałby nawet, że dzieciństwo może mieć smak.

Dlaczego Bóg postanowił budzić nas codziennie nie zwykłym, niebieskim niebem, a feerią barw? Bogactwem kolorów, najprawdziwszym dziełem sztuki malowanym palcem Mistrza.
Widok, na który warto zrywać się z łóżka o świcie.
A przecież bez tego i tak do pracy trzeba by było wstać, zęby umyć i twarz.
Bez tych zachwycających wschodów słońca, życie by się jakoś toczyło.. i nikt by nie tęsknił.
Nikt z nas nie dowiedziałby się nigdy, jak dobrze jest oczy rano otworzyć i widzieć ten fiolet, róż i pomarańcz rozlany na niebie.
Nikt z nas by nawet nie wiedział, jak wiele tracimy.

Życie bez truskawek w czerwcu, kolorowych motyli, sarny przebiegającej drogę do pracy, porannej mgły.. też byłoby życiem.
Moglibyśmy żyć bez barw, smaków i zapachów.
Moglibyśmy nie odczuwać przyjemnego ciepła zimą i orzeźwiającego chłodu w upały.
Pocałunki mogłyby nie smakować tak dobrze..
Nikt Stwórcy nie zmuszał.
Nikt nie mógł Mu rozkazać.
Nikt nie podpowiadał..

A jednak w moim ogrodzie wiosną zakwitną tulipany i hortensje. Ich zapach znowu będzie mnie drażnił, a moją Mamę tak bardzo zachwyci.
A jednak z przyjemnością sięgam po kawę wcześnie rano i przyznam, że kocham smak herbaty z sokiem malinowym po zimowym spacerze.
A jednak Bóg zechciał, żeby życie nie było tylko egzystencją, ale przygodą z pięknem w tle. Z zapachem majowego bzu, smakiem dzieciństwa i kolorami tęczy po deszczu.
I każdy dzień dla Boga, wart jest tej całej, niepotrzebnej, otoczki.

Jestem pewna, że lubi patrzeć na nasz uśmiech i zachwyt w oczach.
Chce, żebyśmy pokochali życie i pomaga nam cieszyć się nim każdego dnia, doceniając te drobiazgi, które drobiazgami wcale nie są..
Chce pokazać nam siebie w swoim doskonałym stworzeniu. To, że kocha, dba, troszczy się, zaopatruje.. to, że sam jest doskonały.

Moglibyśmy przeżyć tutaj na ziemi, doświadczając o wiele mniej.
A jednak...
Bóg zdecydował dawać nam o wiele więcej.



Aborcja

25.10.16 Komentarze 25

Nie mam w domu telewizora.
Nie słucham wiadomości i nie docierają do mnie informacje o molestowanych i bitych dzieciach, o politycznych aferach ani o kolejnej reformie edukacji.
Nie czytam, nie słucham, nie patrzę. Wielu rzeczy wolę po prostu nie wiedzieć.
Śpię przez to spokojniej. Nie śni mi się przeraźliwy płacz dziecka, nie myślę kilka kolejnych dni o bólu i krzywdzie niczemu niewinnych niemowlaków.. nie boję się wybuchu kolejnej wojny ani zła, które czyha za rogiem i mojej ulicy.

Niemożliwym było jednak nie wiedzieć o czarnym proteście i nie obserwować burzy, jaką wywołał w naszym kraju temat aborcji.
Naprawdę chciałam stać z boku i tylko się przyglądać.
Jest to dla mnie temat trudny, kontrowersyjny, a przede wszystkim, bardzo emocjonalny.

Nie mam ochoty na polemikę z święcie przekonanymi o swojej racji ludźmi, nie mam ochoty na hejt, na czytanie o tym, jak bardzo się mylę i dlaczego nie powinnam myśleć w ten staroświecki sposób.
Nie mam zamiaru nikogo umoralniać ani przekonywać do swoich racji.
Nie będzie kazania religijnej fanatyczki, która wierzy, że wszystko zawsze jest czarne, albo białe..
Bo nie zawsze takie jest.
Mam świadomość tragicznych i niewyobrażalnie trudnych sytuacji kobiet, które są zmuszone wybrać pomiędzy swoim życiem, a życiem nienarodzonego jeszcze dziecka.
Absolutnie nie będę wypowiadać się w kwestii tych skrajnych przypadków. Zresztą.. szacuje się, że tylko jeden procent wszystkich aborcji jest dokonywanych z powodu zagrożenia życia matki..
Ale nie o tym będzie ten tekst.

Na niektóre tematy po prostu nie piszę dla własnego dobra.
Słowne przepychanki i walki na argumenty pod takimi kontrowersyjnymi tekstami nie są warte ani minuty mojego cennego czasu spędzonego przed ekranem komputera.
Niektóre tematy są jednak zbyt ważne, żeby o nich nie pisać.
Milczenie jest zgodą, a ja się nie zgadzam.
Całą sobą nie zgadzam się na zabijanie nienarodzonych, niewinnych dzieci.
Dzisiejszy świat i ta nasza wszechobecna, niszcząca wolność, chcą zamknąć nam usta.
A wszystko to pod przykrywką biblijnego nie osądzania drugiego człowieka, postawy pokory i miłości..
Przykre to i słabe..

Pewien wywiad, na który natknęłam się całkiem przypadkiem, otworzył mi usta.. a raczej pobudził do pisania.
Wywiad z Natalią Przybysz.
Prawdopodobnie już cała Polska wie, o jakim wywiadzie piszę.. mam nadzieję, że nie chodziło w tym wszystkim o rozgłos. Byłoby to jeszcze bardziej przykre..

Ten wywiad męczy mnie do dziś.
Zdania czuję wielką ulgę, to najbardziej uskrzydlające przebudzenie, wszystko trwało pięć minut.. siedzą we mnie głęboko.
Starałam się nabrać dystansu, ale nie potrafię.
Chyba dobrze.
Chyba nie powinnam do niektórych rzeczy przywyknąć. Zaakceptować faktu, że są..

Pod szokującym dla mnie wyznaniem piosenkarki, posypały się komentarze:
'Brawo Natalia'
'Cóż za odwaga'
'Podziwiam Panią'
'Wspaniała kobieta'
...

Nie mogę zrozumieć, ani nawet przyjąć do wiadomości, że coś, co powinno być zupełną ostatecznością w wyjątkowych przypadkach, jest podziwiane, chwalone i akceptowane.
Jeden bije brawo, drugi klepie po ramieniu..
Nie mogę pojąć, w jak złym i zepsutym świecie żyjemy.
Złym i do granic egoistycznym.
Gdzie pożądanie jest usprawiedliwieniem dla niechcianej ciąży.
Gdzie wolne wieczory, przespane noce, osobisty rozwój czy małe mieszkanie mogą być wystarczającym powodem, żeby zabić.

Tak. Zabić.
Nie boję się tego napisać, bo nie znam powodu dla którego dziecko w łonie matki, nie powinno być nazywane dzieckiem, tylko płodem, zlepkiem komórek, embrionem, tkanką..
Kobieta, która poroni w 8 tygodniu, traci dziecko.
Kobieta, które dokonuje aborcji w 8 tygodniu, pozbywa się... tkanki?
Kiedy przestaje bić serce, mówimy o śmierci.
Kiedy serce zaczyna bić, mówimy o.. życiu. O początku nowego życia.
Proste.
Proste, a jednak żyjemy w świecie, w którym ludzie kłócą się o to, czy zabijanie dzieci jest złe..

Jeśli my, którzy powinniśmy mówić, będziemy unikać tematu, on nie zniknie. Stanie się jednak coraz bardziej przyjazny. Coraz bardziej normalny, oswojony.. aż w końcu dojdziemy do momentu, do którego doszła pewna Pani psycholog mieszkająca we Francji, pracująca w poradni dla dzieci.
Pani Justyna od lat styka się z problemem aborcji i obserwuje jej wpływ na psychikę człowieka. Na swoim facebookowym profilu jakiś czas temu napisała:

(...) Rozmawiałam kiedyś z pewną wykształconą kobietą, pani psycholog, nawiasem mówiąc, żadna tam bliska znajomość, koleżanka z pracy. Rozmowa kurtuazyjna o szkole i wakacjach, zapytałam ile ma dzieci. „Dwie córki i dwie ciąże usunęłam” – odpowiedziała.
(...)
Gdy rozmawiam z matkami o początkach ciąży, starają się zazwyczaj argumentować, dlaczego „zachowały” to dziecko. I nie mówię tu o patologicznych rodzinach, to taki standard. Po ujrzeniu dwóch kresek na teście w głowie Francuzki automatycznie pojawia się mniej lub bardziej świadome pytanie: urodzić to dziecko, czy nie?
(...)
Któregoś dnia, gdy rozmawiałam z matką, której odebrano trójkę dzieci, by umieścić je w rodzinach zastępczych, a ona oznajmiła mi, że znów jest w ciąży, przez głowę przemknęła mi myśl, że może jeszcze nie jest za późno, że może jeszcze zdecyduje się usunąć. I właśnie ta myśl najbardziej mnie przeraziła.

Mnie również przeraziła myśl, że zacznę myśleć o aborcji w dobry sposób. Że zacznie być dla mnie jedną z opcji lub nieuniknioną koniecznością, że zacznę ją sobie tłumaczyć na wygodne dla mojego sumienia sposoby.. że przesiąknę racjonalnymi argumentami.

Czasami nie powinniśmy wstydzić się mówić, ale wstydzić się milczeć.
I właśnie to moje milczenie nie dawało mi spokoju.
W sprawie tak ważnej nie mogę nie opowiedzieć się za życiem.

Zdaję sobie sprawę z tego, że czasami nowe życie, które się poczęło, może oznaczać problem. Jest kłopotliwe, niewygodne..
Z jednej takiej zupełnie niespodziewanej i nieplanowanej ciąży urodził się nam Zbawiciel. Ten, w którego podobno większość ludzi w naszym kraju wierzy..

Nie zawsze jest dobry czas na dziecko. Czasami pojawia się w najmniej oczekiwanym momencie. W najmniej odpowiedniej rodzinie. W najmniej odpowiednich warunkach.. jako dziesiąte. Jako chore. Jako zdeformowane. Jako trzecie na 60 metrach kwadratowych. W mieszkaniu wypełnionym już książkami i zabawkami..

Czasami myślę, że jeśli te zdesperowane kobiety postrzegają aborcję jako jedyną opcję i lekarstwo na swoje problemy, to chyba zawiedliśmy. Zawiedliśmy jako społeczeństwo, lekarze, chrześcijanie..
Zawiodłyśmy jako matki, siostry, przyjaciółki, koleżanki z pracy, położne..
Jeśli jedyną pomocą i wsparciem na które nas stać jest współczucie w autobusie na Słowację, trzymanie za rękę na czystym, wygodnym łóżku tuż przed usunięciem niechcianego dziecka.. to zawodzimy jako ludzie.
Bo w tych wszystkich gorących dyskusjach i zadawaniu pytań czy to ludzkie rodzić chore dzieci, najbardziej brakuje właśnie bycia człowiekiem.
Tak po prostu. Bez religijności w tle, kościoła i polityki..
Takim, który potrafi kochać, szanować, dla którego ludzkie życie jest drogie i cenne.
Nawet jeśli wymaga poświęcenia.

No tak.. łatwo mi mówić, bo mam troje zdrowych dzieci..
Kiedy jechałam na badania prenatalne, refundowane z powodu straty dziecka w pierwszej ciąży, nie interesował mnie wynik. Chciałam tylko zobaczyć mojego dzidziusia na dobrym sprzęcie.
Pobierano mi krew, obliczano prawdopodobieństwo urodzenia chorego dziecka, mierzono coś na USG.. przy Jasiu mail z wynikami nawet do mnie nie doszedł. Zapomniałam dopisać kropki w adresie.
Nie obchodziło mnie to. Nie dzwoniłam, nie upominałam się.. szczerze mówiąc, wyleciało mi to z głowy.
Urodziłabym, wychowała, kochała.. choć myślę, że ta miłość byłaby trudna.
Możliwe, że rodziłaby się w łzach nad dziecięcym łóżeczkiem. W poczuciu krzywdy, niesprawiedliwości.. ale zabić?
Nie było takiej opcji.

Dawca Życia, któremu staram się ufać, znał mnie i każde nienarodzone jeszcze dziecko, za nim w ogóle zostaliśmy poczęci. (Psalm 139;16)
Za nim pojawiły się magiczne dwie kreski na ciążowym teście, Bóg miał plan dla każdego człowieka.
Nikt nie jest tutaj z przypadku.
Dziecko Natalii również..

Nie mogę pisać o tym, że Bóg jest w centrum tego miejsca, a nie pisać o tym, że zabijanie nienarodzonych i zupełnie niewinnych dzieci jest złe, okrutne i nieludzkie.
Pan Jezus zawsze mówił wprost. Zło nazywał złem. Nigdy nie przejmował się zniesmaczonymi minami słuchających, kiedy nie wypowiadał prostych słów.
Pan Jezus potępiał grzech, nie człowieka. Człowieka kocha, daje szansę, nie obrzuca kamieniami, chociaż jako jedyny ma do tego prawo.

Ja też w nikogo nie chcę rzucać kamieniami, ale wybaczcie- nie zrozumiem. Nie polubię. Nie zaakceptuję. Nie wybiorę się na koncert.
Jak się okazało, wyznanie artystki otworzyło usta wielu kobiet w podobnej sytuacji. Nie jest sama, nie jest jedyna.
Niestety nie.
Nie czuję potrzeby hejtu, chociaż moją pierwszą reakcją była ogromna złość.
Teraz czuję żal. Żal mi tych kobiet.
Nie widziały perspektyw, nadziei, pomocy.. nie widziały siebie w nowej rzeczywistości.
Możliwe, że nie poznały źródła prawdziwej miłości, dlatego nie były wstanie kochać siebie mniej, albo pokochać to nowe, poczęte życie - bardziej..
Możliwe, że były same, a powinny być z kimś.

To motywuje mnie do jeszcze piękniejszego życia.
Do tego, żeby być tym kimś, kto poda rękę.
Chcę jeszcze głośniej mówić o Bożej miłości i o tym, że z Nim nie ma sytuacji bez wyjścia.
Że z Bogiem nawet 2 + 3 na 60 metrach można pogodzić. I niechęć do pieluch można przezwyciężyć.. albo poszukać rodziny, dla której ten tak bardzo niechciany maleńki człowiek, stanie się chcianym i kochanym najbardziej na świecie..

Wierzę, że nasz Niebiański Ojciec bierze te wszystkie dzieci, które nie miały szansy poznać świata, na swoje kolana. Trzyma je blisko swojego serca już tam, w niebie..
Wierzę, że każde jedno jest szczęśliwe i spokojne.
To moje, tak bardzo wyczekiwane i to jej, dla którego zabrakło już miejsca w mieszkaniu i w sercu..

Wolno mi wolno

21.10.16 Komentarze 0

Przyznaję, że dałam się wciągnąć w tą całą bieganinę.
W ciągły pośpiech. Wyścig mam, żon, kobiet.. w gonitwę za nie-wiadomo-czym, zupełnie nie wiadomo po co.
Żyję w przeświadczeniu, że ciągle coś muszę robić, czymś mieć ręce zajęte bez przerwy..
Jeśli siadam z kawą, to z niepokojem. Jedną nogą na wylocie..

To taki stan, w którym nawet prysznic wieczorem bierze się szybko. Mimo, że dzieci już śpią, zmywarka włączona, żadna praca na już nie czeka za drzwiami łazienki.
Ten pośpiech staje się stylem życia, zapisuje się w podświadomości..

Pewnie tak jak większość z was, jem zupę tak szybko, że parzę sobie język.
Często chodzę z kanapką w ręce po domu i krusząc na podłogę wkładam klocki do pojemników, a lalki do wózka.. zamiast usiąść i zjeść jak człowiek, a potem popić spokojnie ciepłą herbatą.
Zęby myję w sypialni. Ścielę przy tym łóżko, albo zbieram pranie z suszarki.
Ciągnę syna za rękę i prawie biegnę do szkoły chociaż wiem, że jeszcze 10 minut do dzwonka. Jeszcze zdąży przebrać buty i z kolegami się pośmiać pod klasą..
Przyspieszonym krokiem wracam do auta, szybko wyjeżdżam z parkingu i nie zauważam przy tym starszej pani z psem na smyczy. Przepraszam machnięciem ręki. Niepewnie się uśmiecham.
Też w pośpiechu.


Czasami jednak biorę Mili ze sobą i z nią do tej szkoły idziemy.
A ona, jak każde dziecko, ma swoje tempo. Swój rytm, swoje myśli i swoje zdanie- coraz częściej inne od mojego.
Dlatego najpierw wyrywa swoją małą rączkę z mojej i wolno idzie obok nas. Celebruje każdy krok na chodniku, wchodzi na mokrą trawę i podnosi sosnowe szyszki.
Podczas gdy ja poganiam Benia, ona zbiera żółte liście i kapsle od butelek. Wkłada je sobie w kieszenie i traktuje jak największe skarby. Obserwuje wrony i pochyla się nad rodziną ślimaków na płocie. Chce usiąść ze mną na ławce, choć pada. Chce śpiewać i tańczyć w kałużach na szkolnym boisku. Chce machać bratu przez szybę, posłać ostatniego buziaka.
Pozwalam jej na to i podziwiam, jak pięknie można się cieszyć zimnym, deszczowym, październikowym porankiem.

I kiedy tak na nią patrzę, to upewniłam się tylko, że to nie my jesteśmy dla dzieci, ale one są dla nas..
Potrzebujemy dzieci, żeby sobie przypominać, jak cieszyć się z małych rzeczy, tańczyć w deszczu i żyć wolniej, dokładniej, z namysłem.
Od nich się uczę, jak się zatrzymać. Dla nich codziennie się staram.
Bo kiedy, jeśli nie teraz?
Przecież teraz jest czas, żeby jak najwięcej dać im z siebie, jak najwięcej nauczyć i pokazać.
Jak najbardziej świadomie być. W ich tempie.
To jest ten czas, żeby zwolnić.


Bardzo chciałabym być kobietą, która nie żyje w ciągłym zabieganiu.
Nie chcę przegapić kolorowych liści jesienią i pierwszych krokusów wiosną.
Nie chcę iść do sypialni i nie wiedzieć, co stamtąd potrzebowałam kilka chwil wcześniej.
Nie chcę zaczynać zdania i z nadmiaru myśli nie pamiętać, co chciałam powiedzieć.
Nie chcę wychodzić z domu w dwóch różnych butach na nogach.
Nie chcę mylić terminu wizyty u dentysty.
Nie chcę iść z dziećmi na spacer i zostawiać je w tyle.. a potem poganiać, wołać, mamrotać pod nosem..
Nie chcę przebierać nogami w kolejce do kasy.
I kiedy to piszę, to sobie myślę, że chyba jednak nie dam rady tak żyć.. nie przy dzieciach, z firmą, marzeniami i wiecznie pustą lodówką.
A może ktoś nam tylko wmówił, że tak nie wolno.. że nie damy rady?
Może codziennie dajemy się wkręcić w wyścig super-ogarniętych kobiet, z domowym chlebem na stołach, nienagannym manicure i dziećmi, uwieszonymi przy nogawce firmowych skinny dżinsów..?
Może nam się tylko wydaje, że tyle musimy.. może jednak możemy lepiej i mniej planować, żeby wolniej i pełniej żyć?
Świadomie zwolnić kroku, zaczynając od dziś.


Ja wierzę, że taki był plan. Boży zamysł dla każdej z nas. Nie tylko dla tych siedzących w domach mam na pełny etat..
Spacer przez życie, z czasem na zachwyt, oddech i zbieranie jesiennych liści.
Plan doskonały.
Życie w rytmie slow.
Bo przecież biegnąc tyle można przegapić.. tyle cennych chwil nie zauważyć nawet.

Dlatego chciałabym być kobietą, matką i żoną, która odważy się pomyśleć i uwierzyć w to, że jednak wolno jej żyć.. wolno.
A nawet trzeba, żeby tych nieporadnych, niespiesznych dziecięcych kroków nie popsuć.
Nie zniszczyć w naszych dzieciach wizji rzeczywistości, jaką teraz mają w głowach. Gdzie na rozmowę i śmiech jest czas, na jedzenie kanapki dwadzieścia pięć minut..
Przy kuchennym stole.
Popijając niespiesznie ciepłą herbatą..