Ten ostatni raz

31.7.16 Komentarze 2

Kiedy po raz pierwszy trzymasz w ramionach swoje dziecko, najprawdziwszy Boży Cud, bezcenny prezent z samego Nieba.. to wtedy już wiesz.
Wtedy już wiesz, że zaczyna się coś zupełnie nowego i niesamowitego.
Wiesz, że już nic nigdy nie będzie takie samo.
Że Ty nigdy już taka sama nie będziesz.

Może czasami zatęsknisz za twoim życiem przed urodzeniem maleństwa. Za dawnymi zmartwieniami i wolnością. Za czasami, w których miałaś chwilę dla siebie, a plama na ulubionej sukience była twoim jedynym problemem.
Może dopiero z dzieckiem na rękach poznasz prawdę o sobie. Zakosztujesz uczuć i emocji, o których tylko słyszałaś. Bo przecież wcześniej nie miałaś pojęcia, że można kochać tak bardzo.. nie wiedziałaś, że o wylany na podłogę sok malinowy można złościć się.. tak bardzo.
Może doświadczysz zmęczenia, jakiego nigdy wcześniej nie znałaś. Dni wypełni monotonia i wszechobecna rutyna. Karmienie, usypianie, układanie klocków, obiad, huśtanie na huśtawce, spacer, płacz, śmiech, pranie, drzemka lub jej brak..
Może będziesz chciała przyśpieszyć i ominąć kilka etapów.. a na pewno okresy buntu i nocnego wstawania.
Dni będą ciągnąć się w nieskończoność, ale pamiętaj.
Przyjdzie czas, kiedy dojdziesz do wniosku, że lata były zdecydowanie za krótkie.
Przyjdzie czas, kiedy będziesz błagać o jeszcze trochę więcej czasu.. o małą odrobinkę więcej.


Naszym największym błędem jest przekonanie, że mamy czas. Ciągle i uparcie wierzymy, że mamy go jeszcze tak dużo..
Że będzie jeszcze niejedna okazja, żeby ucałować, przytulić, pogłaskać, wysłuchać na spokojnie patrząc głęboko w oczy..
Że będzie jeszcze wiele szans na to, żeby zjeść podwieczorek na trawie w niedzielne popołudnie, pobiegać razem w deszczu na bosaka i popuszczać bańki w upalny, letni dzień.
A potem z zaskoczeniem stwierdzamy, że jednak czasu zabrakło.
Nie ma i nie będzie już żadnej okazji.
Nie będzie też więcej ani jednej szansy..

Wszystko w życiu ma swój początek. Wszystko kiedyś robimy i przeżywamy po raz pierwszy.
Czemu zapominamy, że wszystko w życiu ma również swój koniec?
Prędzej czy później przyjdzie ten ostatni raz.. na wszystko.
Wtedy nie będzie już okazji do zmian. Nie zrobimy nic, co mogłoby cofnąć czas i dać możliwość przeżycia czegoś raz jeszcze..

Miesiące i lata mijają, a my, niemalże bez ostrzeżenia wkraczamy na kolejne, całkiem nowe etapy.
Czasami tak szybko i nierozważnie żyjemy.. a dzieci rosną.
W końcu przyjdzie dzień, w którym drzwi dzieciństwa dla twojego maleństwa, otworzą się po raz ostatni.
Zamkną się już na zawsze, kiedy zamknie zmęczone oczka po dniu wypełnionym zabawą i beztroską.

Nie będzie więcej piasku w przedpokoju ani śladów małych palców na szybach.
Nikt nie będzie potrzebował twojej pomocy przy robieniu kanapki ani wybierania ubranek do szkoły.
Te miliony pytań, które dziś tak bardzo cię denerwują, ucichną.
Już nigdy nie zawoła: Mamo, patrz!
Nie pobiegnie w twoje ramiona na przywitanie.
Twoje maleństwo obudzi się następnego dnia mniej.. małe. Bardziej odpowiedzialne, samodzielne, potrzebujące ciebie.. mniej. Inaczej.
A ty nie będziesz wcale szczęśliwsza.. mimo, że przecież o to ci chodziło jeszcze całkiem niedawno.


Przyjdzie czas, kiedy nakarmisz swoje dziecko po raz ostatni. Ostatni raz będziesz mieć okazję trzymać je w ramionach w ten szczególny sposób, głaskać te maleńkie, aksamitne stópki i patrzeć, jak wpatrzone w ciebie spokojnie oddycha.
Odprowadzisz je do szkoły pod same drzwi, jak zawsze. Pożegnasz całusem, jak zawsze.. a następnego dnia poprosi, żeby już nie było jak zawsze. Poprosi o zaufanie.. i pójdzie samo. Bez całusa i 'miłego dnia' .
Przyjdzie taki wieczór, w którym po raz ostatni utulisz swojego synka do snu, trzymając go mocno za obie rączki. Już nigdy więcej nie zawoła cię do swojego łóżka prosząc, żebyś położyła się obok. Chodź blisko.. jeszcze bliżej mamusiu.Może w te Święta nie będziesz już się denerwować z powodu rozsypanej mąki i lukru na podłodze, bo więcej już razem nie upieczecie pierniczków. 'To takie dziewczyńskie!' usłyszysz, po czym pobiegnie pomagać tacie w prawdziwie męskich pracach.
Pewnego dnia ostatni raz otrzesz z jego policzka łzy i opatrzysz zdarte kolana. Następnym razem już cię nie zawoła. Nie będzie mu już potrzebny twój magiczny pocałunek.
Może już niedługo rozczeszesz jej włosy po kąpieli po raz ostatni. Już kolejnego wieczora, będzie chciała zrobić to sama. Nie wpuści cię nawet do łazienki.. zamknie drzwi na klucz.
Może już za jakiś czas zawoła cię w środku nocy z powodu koszmaru i to będzie twoja ostatnia, przerwana z tego powodu, noc.
Ostatnia wspólnie zaśpiewana piosenka z pokazywaniem. Ostatnie: 'jeće jas mama!'.
W końcu przyjdzie pora na ostatnią bajkę na dobranoc, ostatnie wiązanie bucików, ostatni spacer we dwoje.
Ostatnie przekręcone słowo.. obiad już nigdy nie będzie ubiolony. Będzie ulubiony. Tak poprawnie, normalnie ulubiony.
Ostatni kwiatek bez okazji. Ten z korzeniami i ziemią. Najcenniejszy w świecie chwast, który zawsze trzymałaś w białym wazoniku na honorowym miejscu waszej kuchni.

Nie pamiętam, kiedy mój synek przespał ostatnią noc ze smoczkiem.
Nie pamiętam naszego ostatniego spaceru we trójkę: Benia trzymającego wózek, maleńkiego Jasia w gondoli i mnie, pchającej dumnie wózek przez całą wieś.
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz pokroiłam im kanapkę na kosteczkę i pomagałam umyć rączki.
Nie pamiętam jak to było, kiedy ostatni raz leżałam obok nich wieczorem trzymając za ręce. Nie pamiętam jak przymykali oczy, jak zasypiali, jak pachniały im włoski..
Nie pamiętam czy moja córeczka ściskała mój palec przy ostatnim karmieniu.
Nie pamiętam, kiedy był ten ostatni dzień, w którym spała dwa razy w ciągu dnia.. nie pamiętam, ale założę się, że marudziłam. Że za szybko się obudziła, że nawet tej kawy nie zdążyłam dopić, że naczynia dalej w zmywarce..


Bo problem w tym, że zazwyczaj nawet nie wiesz, że to był już ostatni raz.
Gdybyś wiedziała, może potrafiłabyś bardziej go docenić.
Bardziej przeżyć i doświadczyć. Mniej biadolić i narzekać. Mniej przewracać oczami..

Po prostu w końcu pewnego dnia orientujesz się, że już nie przychodzi rano do twojej sypialni. Nie zanurza się w twojej kołdrze, nie opowiada ci swoich snów, nie śmiejecie się razem z głupot o szóstej rano.. dochodzisz nagle do wniosku, że już od kilku dni jest inaczej.
Zostaje w swoim pokoju i czyta. Muzyki woli posłuchać, zamiast przytulić się do ciebie o świcie..
Co rano przecież wstaje odrobinę starszy. Odrobinę bardziej dorosły. Odrobinę mniej malutki..
Czasami przychodzą dni, kiedy chcę krzyczeć: Jeszcze nie! Za wcześnie.. jeszcze nie teraz.. dajcie mi więcej czasu! Ja przecież tylu rzeczy nie zdążyłam..

A oni rosną. Tak szybko mi rosną..!!


Kiedy dwa dni temu Jaś zawołał mnie, żeby pokazać mi jaki fajny zamek zrobił w piaskownicy, westchnęłam ciężko i poszłam. Zagoniona i trochę zdyszana, pojawiłam się w drzwiach balkonowych i szybko rzuciłam okiem na to cudo.
Zawołałam tylko: super!
Potem wróciłam do gotowania zupy i mycia podłogi.. a czy ja wiem, czy to nie był ten ostatni raz właśnie? Ostatni zamek z piasku zrobiony jego małymi rączkami? Ostatni raz, kiedy chciał mi się pochwalić, oczekując pochwały i zachwytów?..

Dlatego z całych sił zachęcam ciebie, kochana Mamo, nie zapominaj o tym co ważne.
Zatrzymaj się w tym całym biegu i pochyl nad rysunkiem albo zamkiem z piasku.
Połóż się obok wieczorem i przytulaj tak mocno, jak tylko potrafisz.. mimo, że już trwa ten twój serial.
Nie żałuj im zainteresowania, nie żałuj im czasu.

Przyjdzie dzień, w którym będziemy prosić o więcej.
Więcej tych do bólu zwykłych i nudnych chwil. Tak bardzo będziemy chciały przeżyć je jeszcze raz.
Ten ostatni raz..

Niech patrzą

23.7.16 Komentarze 0

Uczymy je wiązać buciki i myć rączki.
Uczymy je ubierać kurtkę, wciągać skarpetki i składać piżamkę.
Pokazujemy jak zachowywać się przy stole i upominamy, kiedy mlaskają.
Zapychamy ich małe główki mnóstwem zasad. Dzień Dobry, Dziękuję, Przepraszam, Proszę.. tu trzeba stać cicho, a tam możesz biegać, jeśli masz ochotę.
Nie palcuj szyb, umyj ręce, nie zrywaj zielonych borówek..

Codziennie ich czegoś uczymy, bo na tym polega wychowanie.
A to przecież nasz cel: wychować ich na odpowiedzialnych, dojrzałych, odważnych, kochających..
Chcemy dać im najlepszy możliwy start w dorosłe życie. Chcemy żeby koledzy się z nimi bawili i żeby nie przynosiły wstydu, kiedy są w gości..
Tyle wysiłku wkładamy w to wychowanie każdego dnia, że czasami brakuje nam czasu na najważniejsze.
Na lekcje, które mają największe znaczenie. To wieczne.
Bo są rzeczy ważniejsze niż mycie rąk przed obiadem i ścielenie łóżka, a wstyd przyznać.. brakuje nam czasu na inwestycję w wieczność naszych dzieci.

Bo czy wieczorne czytanie Biblii to nie za mało?
Czy Ojcze Nasz przed snem wystarczy?

Każdy dzień z naszymi dziećmi to inwestycja.
W co inwestujemy?
Warto zadać sobie to pytanie, póki jeszcze mamy czas. A tego czasu tak niewiele tak naprawdę...
Póki jeszcze są w domu i patrzą.
Póki są małe i chłoną jak gąbka.
Póki chcą słuchać, chcą wiedzieć, pytają..
Póki obserwują najuważniej i uczą się najwięcej.

Musimy nasze dzieci nauczyć jak żyć z Bogiem i dla Boga. Jak po prostu żyć z Nim każdego zwykłego dnia. Jakby był tuż obok.. bo przecież jest. My to wiemy, ale czy one wiedzą?
Czy wiedzą co zrobić kiedy w życiu pojawi się problem?
Czy wiedzą komu podziękować jak się wszystko układa?
Czy wiedzą, że mogą zawsze i wszędzie mieć kontakt z Wszechmogącym Bogiem, i że Jego obchodzą sprawy wielkiej wagi i te całkiem malutkie..? Te, o które nawet czasami głupio się pomodlić, bo takie są mało ważne..
Czy wiedzą, że można się Bogu wypłakać? Ze smutkiem w sercu przyjść i ze łzami radości też?
Nie tylko w święta, nie tylko w niedziele, nie jedynie wieczorami.. ale codziennie i w każdej chwili.
Musimy im pokazać jak to się robi.
Pokazać, to słowo klucz.
Bo ktoś kiedyś bardzo trafnie stwierdził, że dzieci się nie wychowuje. Dzieciom daje się przykład.

Angażujemy dzieci w życie rodzinne, w codzienne obowiązki. Wynoszą śmieci, odkurzają, kupujemy razem kwiaty na Dzień Babci.. a służba? Czy nasze dzieci wiedzą jak służyć Bogu? Że można robić coś, co tylko Bóg widzi tak naprawdę? Że nie trzeba za wszystko mieć zapłacone pieniędzmi..
W uwielbienie Boga, poznawanie Go, w życie dla Jego chwały.. we wszystko co z Najwyższym związane, też musimy je angażować. Każdego dnia. Z premedytacją. Uparcie.
Zachęcać i dawać przykład. Pokazywać, jak to ma wyglądać w praktyce.
Musimy je nauczyć służyć Bogu.
Bo kto, jak nie my?

Niech widzą, że nie wszystko zawsze trzeba dla siebie jedynie.. że można dać innym za darmo i z miłości do Chrystusa pomagać. Niech patrzą, że Panu z ulicy, który dziury ma w butach i na kolanie, można kupić dwie bułki i pasztet. Nie trzeba od razu na pięcie się odwrócić z pogardą..
Niech patrzą, jak wprowadzać kazania w czyn. Te o miłości i o przebaczaniu.
Bo kiedy po raz kolejny powiedzą 'przepraszam mamo' , a ty je przytulisz i dasz buziaka w policzek, to dla nich najlepsze powiesz kazanie.

Musimy w życiu naszych dzieci wyznaczyć standardy. Pokazać, co jest dobre, a co nie. Co się Bogu podoba, a co Mu sprawia przykrość.. chociaż świat krzyczy całkiem coś innego. I w klasie dzieci mówią inaczej, a nawet pani w szkole..
Niech będzie dla nich normalne, że się człowiek modli przed jedzeniem. Nawet w restauracji, kiedy ludzie dziwnie się patrzą.
Albo jak przychodzi choroba, to Pan Jezus może przyjść i to co złe zabrać, więc trzeba prosić. Najpierw do Boga wołać, a potem do lekarza pójść..
Niech modlitwa stanie się normalna, i Biblia, i środowe wieczorne nabożeństwa.
Bo tak się robi i już.. bo tak się żyje z Bogiem.
Bo Jezusa nie trzeba się wstydzić.

My musimy być pierwsi. Musimy uczyć podstaw i zasad. Pokazać jak to wszystko działa w codzienności.
Niech patrzą, jak się bilet parkingowy kupuje, nawet na dziesięć minut. Niech patrzą jak się wraca do sklepu, bo Pani wydała za dużo..
Niech patrzą!
I nie napiszę, że nikt za nas ich nie wychowa, bo to nie prawda.
Jeśli ty im nie pokażesz co jest normalne, zły lukę wypełni na pewno.
Nauczy ich innych normalności, a szkoda by było.. taka wielka szkoda.

Czasami tak ubolewamy, że nie mamy za bardzo wyjścia.. że nasz czas dla Boga, to wcale nie taki cichy czas i jeśli chcemy chociaż chwilę dla Niego wygospodarować, to raczej obok są dzieci. Siedzą, biegają, rysują, oglądają Świnkę Peppę.. ciągną nas za nogawkę. Różnie.
Do Kościoła te nasze maluchy ciągamy w niedzielę i nie tylko w niedzielę, bo nie ma z kim zostawić.. a tak chętnie by się kazania posłuchało w spokoju..
Ale ostatnio pomyślałam, że to dobrze.. że to nawet bardzo dobrze, że nie mamy wyjścia. Że nasze dzieci ciągle do nas są przyklejone, zależne od nas tak bardzo i że wszystko tak musimy z nimi.. chociaż zmęczone jesteśmy czasami.
Bo to oznacza, że  mają szansę patrzeć na nas, uczyć się od nas i naśladować.
Mają okazję widzieć, jak żyć z Bogiem i dla Boga w poniedziałki i zwykłe środy.

Nie odsuwajmy naszych dzieci na bok. Nie mówmy, że są za małe, nie rozumieją, nie wiedzą jak.. musimy tak jak Pan Jezus wziąć je na swoje kolana. Chcieć, żeby były blisko.
Bo patrząc, najwięcej się uczą.

Niech ci nie przeszkadzają.. niech biorą udział.
Nie zamykaj w pośpiechu Biblii, jeśli cię nakryją na czytaniu.
Jeśli potrafią czytać- niech czytają z tobą. Werset lub dwa. Niech poszukają w Biblii gdzie jest ewangelia a gdzie psalmy. Jeśli obok maluch raczkuje- niech słucha. Niech słucha, jak czytasz na głos.
Śpiewaj Bogu na chwałę. One prędzej czy później zaczną śpiewać z tobą. A jak śpiewać nie chcesz to słuchaj. Słuchaj głośno. Nie Dody albo Cerekwickiej.. nie radia.
Słuchaj czegoś, co swoją treścią niesie życie. Mówi o wieczności, oddaje chwałę Bogu.
I nie mówię, że tej Cerekwickiej wcale nie, jeśli lubisz- nic w tym przecież złego!
Ale ja na przykład wolę jak mój Benio śpiewa na podwórku 'Nasz Bóg jest wielki..' niż inne, jak dla mnie płytkie teksty o miłości i zdradzie..
Wiem, że jemu wystarczy posłuchać jeden raz i piosenkę zna już calutką. To na razie ode mnie zależy co będzie słuchał i czego się uczył, staram się więc wykorzystywać ten czas jak najlepiej.. więc dużo razem codziennie śpiewamy i słuchamy.
Serce mi rośnie jak widzę, że kiedy ma okazję włączyć jakąś muzykę na komputerze to szuka tych, które mówią o Bogu. A kiedy wybiera piosenkę na konkurs międzyszkolny to wybiera 'Wiara czyni cuda'.
Bez zastanowienia, wstydu i hamulców, że przecież to o Bogu, a tam będą siedzieć koledzy z klasy..
Dla niego to normalne.

To jest przecież piękny widok dla dziecka, kiedy patrzy na mamę z Biblią na kolanach.. po obiedzie, albo całkiem rano, kiedy ledwo się obudzi i schodzi po schodach na bosaka.
To jest niezapomniany widok dla dziecka, kiedy tata się modli i dziękuje albo prosi, bo jest potrzeba a Bóg każdą zaspokaja.
To jest inwestycja na przyszłość. Inwestycja w wieczność twojego dziecka.
I chociaż teraz ci się wydaje, że z tego kazania niedzielnego ono nic nie rozumie.. to nie raz się zdziwisz, jak dużo pamięta. Jak dużo mu dało to bieganie z tyłu kaplicy podczas nabożeństwa. I ta zasada, że w niedzielę rano nie ma innej opcji jak Kościół.. to w przyszłości może wydać owoc. A teraz niech jęczy, że musi siedzieć cicho w kościelnej ławce.. kiedyś ci podziękuje. Kiedyś zrozumie dlaczego.

Dlatego staram się służyć Bogu z najmłodszą na rękach, Beniem przy mnie i Jaśkiem, tuż za nami jak zawsze..
Nie uciekać od nich. Nie dzielić życia na sferę duchową i tę nie duchową.
Wyobrażam sobie, że Bóg wychodzi z nami na spacery i siedzi przy śniadaniu.
Wyobrażam sobie, że towarzyszy nam, kiedy budujemy wieże z klocków i układamy puzzle. Kiedy prasuję, zmywam i robię sok z wiśni.
I tak bardzo bym chciała, żeby oni też potrafili sobie Pana Jezusa obok siebie zawsze wyobrażać.
Żeby wiedzieli że zawsze jest bliżej, niż nasz oddech.. i żyli z Nim na co dzień właśnie z tą myślą w głowach. Służyli Mu całymi sobą.

Każda chwila jest najodpowiedniejsza, żeby oddać Bogu chwałę, podziękować, poprosić, posłuchać co mówi.. i niech patrzą. Nie uciekaj do sypialni. Nie zamykaj się na ich pytania. Przytul mocno i razem podziękujcie za nowy, piękny dzień.
Niech się uczą, że z Bogiem się żyje codziennie, i że można śpiewać 'Święty, Święty' mieszając zupę.

A już zupełnie na koniec napiszę, że ja wiem, że nie ma gwarancji. Naprawdę coś o tym wiem.
Że można ciągać dziecko po kościołach, uczyć wersetów, modlić się z nim codziennie przed snem.. a ono i tak swoją drogą pójdzie jak dorośnie. Narozrabia tak, że wstydzić się będziesz przed sąsiadami miesiącami i płakać po nocach..
Ale nasze zadanie na teraz to dawać przykład. Uczyć tego, co najlepsze. Wpajać nawyki, które zaprocentują w przyszłości.
I w sumie nigdy nie wiadomo, czy się twojemu dziecku te wasze wspólne chwile z Biblią nie przypomną za kilkanaście lat.. Może ciebie już obok nie będzie, ale to co przekazałaś, wyda plon.

Bądź wierna, bo Dobry Bóg zawsze był, jest i będzie.

Więc, kochana Mamo.. niech patrzą.










Całkiem inne wakacje

16.7.16 Komentarze 6

Siadam na nie zbyt wygodnej sofie w naszym wakacyjnym apartamencie. Popijam inkę ze spienionym mlekiem i modlę się, żeby dzieci piszczące na placu zabaw nie obudziły mi Milenki. Nie chciałabym, żeby te kilka minut spokoju skończyło się zbyt szybko.
Kurcze.. no błagam! Weźcie te dzieci do domu!! Przecież dwunasta jest. I upał straszny. I czapek nie mają na głowach. I pić im trzeba dać. I moja Mili śpi, a oni się drą jak..

Chłopcy oglądają bajki.
W wakacje pozwalam im na więcej- bajek i nie tylko.

Zupka dla Małej gotuje się powoli na kuchence. Jej zapach wypełnia każdy kąt naszego tymczasowego domu.
Za oknem suszy się nasze pranie. Rozwiesiłam je dosłownie wszędzie.. małą suszarkę do prania tu mają jak dla nas.
Czyjeś skarpetki znowu leżą na ziemi. Klamerek jest tylko sześć, a walka z nadmorskim wiatrem okazuje się być bardzo nierówna.
Na ziemi też się wysuszą. W końcu taki mamy dziś upał..


Przeglądam przywiezioną z domu książkę. Ambitnie przywiozłam aż trzy.
Mija drugi tydzień i już wiem, że z ledwością przeczytam jedną.
Dzisiaj nie chce mi się jednak nawet czytać.. najchętniej poszłabym spać.
Mili wychodzą czwórki.
To wiele tłumaczy..

Myślę co na obiad. Staram się stworzyć jakąś sensowną całość z tego, co jeszcze zostało w lodówce po ostatnich zakupach.
A może akurat dzisiaj zrobimy sobie ten dzień w tygodniu, w którym zjemy coś na mieście? W przeciwnym razie będę musiała wstać i zacząć obierać ziemniaki.
Tak. To będzie ten dzień.

Nasze wakacje są i przez kilka kolejnych lat będą- bardzo szczególne. Pod wieloma względami.
Takie jakby całkiem niewakacyjne.. a jednak mam głęboką nadzieję, że dla dzieci zupełnie niezapomniane.
Wakacje, do których będą wracać myślami w przyszłości i wzorować na nich swoje już własne, rodzinne wyjazdy..
Bardzo bym tego chciała.


Może niektórzy pomyślą, że w sumie takie wakacje z gotowaniem i koniecznością nastawiania pralki, to wcale nie wakacje. Że to bez sensu. Można równie dobrze w domu posiedzieć i ma się to samo.. i pranie za oknem, i leniwie gotującą się zupkę na kuchence, i kombinowanie co na obiad też..
Po co wyjeżdżać, skoro robi się to samo co całą resztę dni w roku?
Po co męczyć się z trójką dzieci w aucie tyle godzin?
Po co pieniądze wydawać na taki pseudo odpoczynek?

Na wakacjach ucieka się przecież od szarej codzienności, obowiązków, wyzwań.. trzeba się wyspać za wszystkie czasy, poszaleć, zachód słońca zobaczyć wieczorem. Posiedzieć na spokojnie w kawiarence z widokiem na morze i poczytać na plaży. Najlepiej na leżaku, z jakimś dobrze schłodzonym napojem w ręce, w najmodniejszym bikini kupionym specjalnie na te dziesięć krótkich dni. Potem obiad zjeść w dobrej restauracji, albo kolację.. na spokojnie. Bez pośpiechu.


Jak ja się zgadzam.. całą sobą się zgadzam!!
Chcę mieć takie wakacje.. chcę odpocząć. Chcę się oderwać od codzienności. Chcę poszaleć na swój sposób, pospacerować w blasku zachodzącego słońca i sączyć frappe na leżaku w bikini.. no chcę! Chcę żeby za mnie ktoś ugotował i posprzątał w łazience. Chcę móc wziąć ze sobą tylko tyle majtek, sukienek i bluzek, ile dni będzie miał mój urlop. Chcę spakować jedną walizkę, a nie cztery. Chcę zapomnieć o pralce i żelazku. Chcę robić rzeczy, na które normalnie czasu nie mam- czytać, opalać się, brać prysznic rano i malować paznokcie. Chcę pewną pogodę na pięknej wyspie i ciepłą wodę w morzu. Chcę pospać do dziesiątej..
Kto powiedział, że nie chcę?!

Ale mam trzy powody, dla których takie wakacje są nie dla mnie.
Po prostu nie teraz. Nie na ten czas..
Benio, Jaś i Milenka.
Trzy najważniejsze w moim świecie powody.


Mam jednak receptę na piękne wakacje i niezapomniane wspomnienia na całe życie. 
Taki mój sekret, który odkryłam po kilku latach wakacyjnych rozczarowań, smutków po powrocie, łez przy kolejnym nocnym wstawaniu.. To nie były wakacje jakich potrzebowałam.. zupełnie nie!
I w końcu do mnie dotarło.. zmiana oczekiwań. Poprzestawianie priorytetów i inne nastawienie do naszego rodzinnego wypoczynku.
Zamieniłam nierealne na teraz marzenia, na rzeczywiste możliwości.
Właśnie to ratuje mnie przed poczuciem kompletnie nieudanych wakacji. Porażki na całej linii. Zmarnowanego czasu i pieniędzy.
Chronię samą siebie przed rozczarowaniem i spotęgowanym zmęczeniem fizycznym i psychicznym po powrocie.

Na wakacjach oczekuję mniej. A może bardzo dużo.. ale mniej niż kiedyś.
Oczekuję, że wszyscy będziemy razem.
Oczekuję, że będziemy świetnie się bawić i dużo śmiać.
Że będziemy zdrowi..


Robię co mogę, żeby zafundować dzieciom wymarzone wakacje.
ICH wymarzone wakacje.
Nie moje.
Na razie stać mnie na takie, na których muszę gotować i myć ubikację, bo nikt za mnie tego nie zrobi. Nie myślę jednak, żeby dla moich dzieci była to jakaś różnica..
Liczy się czas, który im wtedy poświęcam. Mam go przecież więcej niż w domu.
Liczy się uwaga, którą im daję. Mogę się skupić na nich bardziej, niż normalnie.
Liczy się co robimy razem- czy nad zimnym Bałtykiem w kurtkach, czy na gorącej plaży w Grecji.
Dla mnie na wakacjach liczy się to, że jesteśmy razem. Po prostu razem.
.

Bo teraz dzieci są najważniejsze. I nie oszukujmy się- od kiedy pojawiły się na świecie, to każde wakacje są głównie dla nich. Nie dla nas.
I tak do tego podchodzę, nie tracąc przy tym nic.
Zyskuję za to fantastyczny humor i uśmiech dla moich dzieci o 6 rano. Na tych wakacjach właśnie..
Gdybym chciała wakacje dla siebie, zostawiam ich u dziadków i wykupuję all inclusive na Majorce.

Nikt mi nie wmówi, że jestem przede wszystkim kobietą. Że moje liczy się najbardziej.
Moje potrzeby, moje oczekiwania, mój urlop, moje pieniądze, mój czas.. nie.
Teraz jestem przede wszystkim mamą. Rodzicem, który wychowuje i kształtuje kolejne pokolenie.
Oddaję swój czas, swoje pieniądze, swój urlop dla dzieci. Świadomie rezygnuję z części swoich potrzeb właśnie dla nich- żeby ich potrzeby móc zaspokoić.
I sprawia mi to radość.


Jestem na takim, a nie innym etapie życia i staram się tym cieszyć. Wycisnąć ten czas do ostatniej kropli..
Robić listę zysków, nie strat.
Chociaż czasami, muszę przyznać całkiem szczerze, robię to przez zaciśnięte zęby i z zaszklonymi oczami.. wykończona.

Wtedy, zamiast patrzeć na beztrosko opalające się na plaży dziewczyny, odwracam wzrok i obserwuję bawiące się głośno, uśmiechnięte dzieci. Moje dzieci.

I nie zazdroszczę już kobiecie na leżaku.. myślę nawet, że to ona zazdrości mi.












Poszukaj

9.7.16 Komentarze 4

Wchodzę na górę po schodach- z Małą na prawym biodrze i miską suchego prania w ręce. Pod pachą książka chłopców i pluszak Milenki.
Po raz kolejny przechodzi mi przez myśl, że czas najwyższy te schody umyć.. albo chociaż odkurzyć.
Dwie muchy leżą na jednym ze stopni. Pewnie już długo, bo trzy tygodnie nas w końcu nie było.. ale skąd ten kurz ja się pytam?!
No wstyd. Straszny wstyd. Żeby tak zdechłe muchy walały się na schodach..

Świadomość, że już przed ósmą, a w domu niedługo nastanie upragniona cisza sprawia, że przyspieszam kroku. Jak ja na to czekałam.. Od 10 rano czekałam na wieczór. Na koc, herbatę i na spokojną rozmowę z mężem czekałam..
Kąpanie, wycieranie, smarowanie, ubieranie, zęby, pampers, czytanie, modlitwa, woda, papa do braci, całusy i przytulanie na dobrą noc.. wieczorny standard.
Poszło szybko. Bez płaczu, żalów i pretensji.
Chwała Bogu, bo dzień był długi. Dłuższy od tych wakacyjnych co najmniej o kilka godzin. Daję słowo.


Powrót do normalności- chociaż dostatniej, pięknej, pachnącej pomidorami z cebulką i świeżymi bułkami na śniadanie- bywa trudny.
Wchodziłam po tych naszych schodach w ciągu dnia chyba ze sto razy. Albo milion! Ciągle biegiem, z pełnymi rękami i głową pełną.. od nadmiaru rzeczy do zrobienia i zaległości.
A i tak w przedpokoju leżą ciągle dwie reklamówki i plecak.
I kurz leży.

Zamykam drzwi sypialni. Potykam się o nierozpakowaną jeszcze walizkę, nogą odsuwam stertę brudnych wakacyjnych ubrań. Pod bosymi stopami czuję piasek przywieziony całkiem niechcący z nadmorskiej plaży. Wysypuje się z każdej kieszeni spodni chłopców.. koszmar.

Mała szuka smoczków. Zawsze jeden ma w buzi, a dwa w rączkach.
Cudna jest z tymi swoimi smokami..
Za drzwiami słychać jeszcze ciche chichotanie chłopców, a w mojej głowie ciągle na nowo: 'poodkurzać, wyprać, zadzwonić do dentysty, koniecznie usunąć muchy ze schodów i pająka z przedpokoju..i zamówić w końcu nowe prześcieradło!'


Kładziemy się razem na łóżku. Trzymam jej malutkie dłonie, głaszczę po policzku, włoskach, pleckach.. jestem tak blisko, że czuję jej zapach.
Uwielbiam go.. dla mnie to najpiękniejszy zapach świata.
Zapach dziecka.
Każde z moich dzieci pachnie inaczej i zupełnie wyjątkowo.
Upajam się chwilą.

Moje oczy robią się ciężkie..ale zaczynam się modlić.
Taki mam zwyczaj. Kiedy tylko Malutką usypiam, to po cichu się modlę. To dobry moment, bo jest cicho.
Taką mam potrzebę..ale dziś nie przychodzi mi to łatwo.
Dziś bardziej to zwyczaj, niż potrzeba niestety..

Staram się jak mogę, ale trudno jest wyciszyć myśli o nieumytych garach w zlewie i niepodlanych jeszcze kwiatach. I o tych nieszczęsnych muchach.
Trudno jest skupić się na Bogu, minionym dniu i wdzięczności, bo przecież taki trudny to był dzień..
Nóg nie czuję, spać mi się chce niemożliwie i kręgosłup nawala od pewnego czasu coraz bardziej..

Trudno.. ale z premedytacją odwracam wzrok i myśli od tego co mnie rozprasza. Od nierozpakowanej jeszcze walizki. Od much na schodach i tych latających w sypialni. Od jutra z jego troskami.


Mocno wierzę, że wdzięczność jest tym, co potrafi zmienić naprawdę wiele.
Potrafi zamienić ciężki dzień, w dzień pełen radości. Przybliżyć nas do Boga i życia, które dla nas ma.
Wierzę, że kiedy potrafimy dostrzegać dobro we wszystkim, to jesteśmy po prostu szczęśliwsi, a rzeczywistość zmienia barwy z szarej na jaką tylko chcemy..

Więc wieczorami staram się głównie dziękować.
Myśleć nie o prośbach, ale o dziękczynieniu. O wszystkim co było powodem choćby najmniejszego uśmiechu. Mojego, dzieci, męża..
Ćwiczę postawę wdzięczności. Uczę się jej codziennie.
Wdzięczność to sposób życia. Nie chwilowy, emocjonalny zryw w dobrych momentach życia. Sztuka widzieć Bożą miłość we wszystkim.
I ja tej sztuki właśnie się uczę.


Myślę o tym, co poszło tak jak miało, albo nie poszło i w dobro się obróciło. Tzn. Pan Bóg w dobro obrócił, bo On to robi najlepiej. Ty myślisz, że katastrofa i koniec świata o mało co, a okazuje się, że jest dobrze. Najlepiej jak mogło być.
A ty, już po wszystkim, bijesz się w pierś, że tak mało w tobie zaufania Najwyższemu.. znasz to?

Przeżywam dzień w myślach na nowo i szukam cudów. Tych cudów w zwykłej codzienności. Tych najtrudniej zauważalnych. Tak trudno je przegapić..
Bo to był na pewno piękny dzień, tylko nie zdążyłam tego zauważyć.
W końcu całą piątką jesteśmy w domu. Szykujemy się do snu. Najedzeni, wykąpani.. w świeżej pościeli na wygodnym łóżku dane jest nam zasypiać. Nikt nie spadł z huśtawki, ani z drabiny. Nie było żadnego nieszczęścia. Nawet zadrapanego kolana nie było, guza, gorączki..
Szukam w minionym dniu momentów, w których mogłam poczuć Bożą opatrzność. Taki Jego uśmiech w moją stronę. Cudowną Bożą rękę nad moim życiem, zaopatrującą we wszystko, co potrzebne. We właściwym czasie.
W przypadki już dawno przestałam wierzyć. Wierzę w mojego Ojca, więc szukam.


Czasami jest tak, że najmniej wdzięczności okazujemy za rzeczy, za które powinniśmy dziękować najczęściej. Bierzemy je za pewnik. Za normalność. Coś dane raz na zawsze.
Najczęściej uświadamiam to sobie, kiedy na chodniku mijam piękną, młodą mamę z wózkiem. Inwalidzkim. Na tym wózku chore dziecko nie mogące zapanować nad własnym ciałem. Zupełnie zależne do końca swojego życia..
To tylko jeden z wielu przykładów sytuacji, w których otwieram oczy ze zdumienia, jak wiele dostałam. Najczęściej mokre oczy..
Otwieram też usta w uwielbieniu.

I kiedy tak leżałam licząc kolejne błogosławieństwa minionego dnia, dotarło do mnie jedno..
właśnie kończy się dzień prawdziwie cudowny.
Dzień przepełniony Bożym działaniem i odpowiedzią na tygodnie modlitw.
Tak. Tygodnie modlitw. Do tego stres i nerwy. Pan Bóg właśnie tego ciężkiego dnia dał tego koniec.. a ja nawet nie zauważyłam.


Ten powakacyjny poniedziałek, o którym jeszcze przed chwilą myślałam tak źle, okazał się być jednym z tych dni, w których Bóg zsyła z nieba pomoc na każdym kroku.
Gotowy, darmowy obiad na przykład.. nie taki zwykły, poniedziałkowy.. ale taki jak w niedzielę się je. Niedzielny obiad w ten ciężki, zagoniony dzień.
Rekordowa drzemka Malutkiej i chłopcy, którzy cały dzień w ogrodzie odkrywali na nowo swoje zabawki. W ciszy i w zgodzie. Przychodzili tylko co jakiś czas napić się wody.
Ciocia Ilona użyczyła swoich rąk i bawiła się z Mili dobrą godzinę, a ja mogłam robić swoje.
I piękna pogoda, dzięki której wysuszyłam te kilka prań.
To tylko niektóre perełki tamtego dnia, a było ich więcej.. tylko w jednym dniu tyle dobrego mnie spotkało!


Dziękuj. Zawsze dziękuj!
'Za wszystko dziękujcie' jest napisane.. ( I Tesaloniczan 5;18)
Rozpoczynaj dzień z wdzięcznością w sercu i kończ z dziękuję na ustach.
Dziękuj zawsze za wszystko.
Licz swoje błogosławieństwa i nazywaj je jedno po drugim.
Niektóre mają imiona.
Niektóre krótkie nazwy.
Za innymi kryją się ciężkie chwile, ale i wspaniałe historie Bożej wierności.


Może i dla ciebie dzisiaj, jest dniem przełomów: zakończonych trudnych spraw, nowych początków..
Może dziś doczekałaś spełnienia tego, o co modliłaś się tak długo!
A może to miejsce parkingowe w cieniu dało ci radość, albo dziecko przespało spokojnie pierwszą od wielu tygodni noc..
Dobre wyniki krwi, pochwała szefa, wiza, nowe zlecenie... a może telefon od babci: przyjedź po pierogi!, i gotować nie trzeba było. Akurat dziś, kiedy zupełnie na to nie miałaś czasu.
To nie przypadek. To Boże działanie.
Subtelne Kocham Cię od samego Ojca.

Poszukaj.