Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miłość. Pokaż wszystkie posty

Mój Kochany..

Kiedy jedenaście lat temu przysięgałam Ci miłość i wierność do końca życia, nie wiedziałam co mówię.
Na początku wspólnej drogi nikt tak naprawdę nie rozumie, co znaczy w zdrowiu i w chorobie, w radości i w smutku, w dostatku i w biedzie.
Miałam jednak pewność, że chcę iść przez resztę życia trzymając Cię mocno za rękę. Że razem damy radę pokonać wszystkie przeciwności.
Miałam Bożą pewność pomimo moich osiemnastu lat.

Wiem, że nadzieję na wspólną starość ma każda kobieta ubrana w białą suknię, z bukietem kwiatów w dłoni i welonem wpiętym we włosy.. dlatego codziennie dziękuję Bogu za to, że nam się udało.
Że codziennie razem walczymy o nasze wspólne życie, o jeszcze więcej miłości w naszym małżeństwie, o jeszcze więcej szacunku, zrozumienia i codziennej radości w najzwyklejsze dni.

Kiedy wokoło nas rozpadają się kolejne małżeństwa, kiedy szaleje burza a jutro zdaje się być tak bardzo niepewne, dziękuję Bogu za to, że jest naszym fundamentem.
Mamy potrójny sznur, który nie tak łatwo można rozerwać.
Wszechmogący jest Tym który połączył nas wtedy i łączy nas nadal pomimo tego, że od tamtej pory wiele się zmieniło.
Nie jesteśmy już tacy sami.
Nie chodzimy na długie spacery tylko we dwoje.
Nie trzymamy się za ręce przy każdej możliwej okazji.
Nie mamy już tak wiele czasu na pielęgnowanie naszej miłości, na długie pocałunki, na leniwe soboty, romantyczne kolacje i weekendowe wypady za miasto..
Trudno jest nawet czasami dokończyć myśl w rozmowie, przebić się przez śmiech dzieci i hałas puszczanych w salonie resoraków.
Nasze życie nabrało jakiegoś niewyobrażalnego tempa.

Tym bardziej dziękuję Ci, że widzisz we mnie nie tylko mamę naszych dzieci, ale przede wszystkim kobietę. Kobietę jedenaście lat lepszą niż w ten szary listopadowy dzień.
Dziękuję, za różową sypialnię i miętową kuchnię. I za to, że nie masz nic przeciwko spaniu pod pościelą w kwiaty.
Dziękuję, że kochasz mnie taką, jaką jestem naprawdę za zamkniętymi drzwiami naszego domu. Taką bez makijażu, kolczyków i szpilek. Bez ładnej sukienki, bo najwygodniej mi w dresie z włosami związanymi w kucyk.
Kochasz mnie złośliwą i narzekającą z byle powodu. Załamującą ręce nad głupotami.
Dziękuję, że podajesz mi rękę i wspierasz w drodze do bycia inną. Lepszą.

Dziękuję, że ciągle przed oczami masz wielkiego Boga i zawsze stawiasz Go w naszej rodzinie na pierwszym, najważniejszym miejscu.
Jesteś moją inspiracją.

Dziękuję, że moje niemiłe słowa potrafisz obrócić w żart. Szybko zapominasz, rozumiesz i nie wypominasz. Po prostu przytulasz i zmęczeniem potrafisz usprawiedliwić każdego focha.
Dziękuję, że nie marudzisz, kiedy drugi dzień z rzędu jest pomidorowa.
Za twój spokój, trzeźwy umysł i niesłabnącą wiarę - dziękuję.
I jeszcze za chęć robienia tej idealnej kawy.. wiesz, że tylko Ty znasz proporcje.

Nazywasz mnie piękną, kiedy czuję się zupełnie nieatrakcyjna. Kiedy widzę tylko swoje braki i zmęczoną, nieumalowaną twarz w ochlapanym pastą do zębów lustrze.
Nazywasz mnie silną w dni, w które jestem najsłabsza.
Moje ciało nazywasz idealnym po trzech ciążach i długich miesiącach karmienia piersią.
Widzisz we mnie wartość, kiedy ja czuję się nic nie warta.
Wierzysz we mnie wtedy, kiedy nikt inny nie daje mi szans na powodzenie.
Wspierasz, pomagasz, uspokajasz i sprawiasz, że czuję się najważniejsza.

Bo jestem najważniejsza. Wiem to na pewno.
Widzę to w kwiatach przynoszonych bez okazji.
Widzę to w tym, jak śpieszysz się do domu po ważnym spotkaniu.
Widzę to w drobiazgach i niepozornych gestach miłości którymi zasypujesz mnie każdego dnia.
Widzę to w tym, że w naszych rozmowach potrafisz usłyszeć moje marzenia i starasz się realizować każde jedno z nich.
Widzę to w zabieraniu dzieci na plac zabaw, żebym mogła usiąść i napisać kolejnego posta. Albo po prostu poczytać w spokoju książkę.. nigdy nie pytasz, co robiłam.

Dzięki Tobie wiem, że prawdziwa miłość to nie patrzenie sobie głęboko w oczy przy elegancko nakrytym stole. Można widzieć się tylko przelotem i kochać prawdziwie.. wystarczy te kilka krótkich sekund, w których łapiemy swój wzrok i wymieniamy uśmiechy.
Prawdziwa miłość to nie trzymanie się za ręce podczas spaceru. Można jedną ręką trzymać dwulatkę, drugą pchać wózek, a pod pachą nieść niechcianą już hulajnogę i nadal kochać do szaleństwa.
Prawdziwa miłość to nie rozmowy bez końca o rzeczach ważnych i tych mniej. Milczenie przy kubku herbaty z cytryną też jest prawdziwą miłością.
Najprawdziwszą jak dla mnie.

Jesteś mężczyzną, który nie znosi widoku krwi, a jednak trzymałeś mnie za rękę przy porodach wszystkich naszych dzieci. Siedziałeś przy szpitalnym łóżku w tą noc, kiedy straciliśmy nasze pierwsze Dziecko. W tą najdłuższą noc ze wszystkich w naszym wspólnym życiu.
Zapominasz kupić w Biedronce mleko, ale przywozisz mi ulubione różowe goździki.
Nie masz sił na wieczorny prysznic, ale zawsze znajdziesz siłę na zagranie z Nimi w chińczyka, na obejrzenie z Nią jeszcze jednej książeczki.
Nie masz pojęcia gdzie są piżamy dzieci, ale potrafisz doskonale ogarnąć całą trójkę, kiedy nie ma mnie w domu.
Mało mówisz, ale dużo słuchasz.
Potrafisz odgadnąć moje myśli i dokończyć niedokończone zdania..
To ciągle mnie zadziwia.

Dokądkolwiek ty pójdziesz i ja pójdę;
Gdzie Ty zamieszkasz i ja zamieszkam;
Lud Twój lud mój,
A Bóg Twój - Bóg mój.
(Ks. Rut 1;16)

Pamiętasz, kiedy mówiłam te słowa nie mogąc powstrzymać łez?
Wypowiedziałabym je jeszcze raz bez chwili zastanowienia. Bez cienia wątpliwości.
Wypowiedziałabym je z jeszcze większą pewnością niż jedenaście lat temu.
Zmieniło się tylko to, że już trochę rozumiem, co znaczy w zdrowiu i w chorobie, w radości i w smutku, w dostatku i ... nie. W biedzie nie.
Od biedy Bóg nas uchronił.

Kocham Cię.
Może w tym zwariowanym okresie naszego życia nie mówię tego wystarczająco często.. ale kocham Cię niewypowiedzianie.
Kocham Cię w natłoku zajęć i w spokojne wieczory przy kominku.
Kocham Cię kiedy mam dobry dzień i kiedy odliczam godziny do wieczora.
Kocham Cię w czasie trudnym i w tym z mnóstwem śmiechu, radości i łez wzruszenia.
Kocham Cię pośród wylanej herbaty, płaczących dzieci, przypalonych tostów i podkrążonych ze zmęczenia oczu.
Kocham Cię z porannym oddechem, nieogolonego, z koszulką na lewą stronę..
Szepczę czułe kocham Cię gotując Twój ulubiony obiad, wymieniając ręcznik w soboty, prasując dziesiątą koszulę, wkładając do koszyka Prince Polo gdzieś między brokułem, chlebem i masłem..
Jestem dumna z tego, że mogę być Twoją żoną.
To prawdziwy przywilej stworzyć rodzinę z najlepszym przyjacielem.

To życie które mamy dzisiaj, ten dom, który codziennie razem tworzymy, to więcej niż wszystko, o czym odważyliśmy się marzyć podczas tych romantycznych spacerów przy blasku księżyca.

Z miłością, na zawsze Twoja..



Święta wymówka

Moja droga do bycia mamą naszej trójki, nie była prosta.

Pierwsze Dziecko straciliśmy.
Z tego trudnego czasu, do dzisiaj w pamięci mam bardzo wyraźny obraz malutkiego bukietu przebiśniegów w białym wazoniku. Stały na moim stoliku nocnym, zaraz przy łóżku, w którym spędziłam kilka dni.
Przyniosła je Znajoma z pracy i dołączyła krótką wiadomość, że czeka na nasz telefon, jeśli tylko będziemy czegoś potrzebować.
Nie zapomnę tych przebiśniegów do końca życia.

Pamiętam jeszcze kartkę od Kobiety, która sama straciła kilkoro dzieci we wczesnym etapie ciąży. Pamiętam jak przyszła i przytuliła mnie bez słowa. Pamiętam jak mogłam wypłakać się w Jej ramionach w pewności, że dokładnie wie, co przechodzę. Na te kilka chwil zastąpiła mi Mamę, która była wtedy setki kilometrów ode mnie.
Wiele osób się o nas modliło. Do dzisiaj jestem wdzięczna za każde jedno westchnienie w Bożą stronę w naszej sprawie. Jestem pewna, że to właśnie dlatego czułam pokój, którego nie rozumiałam..
Modlitwy innych ludzi zawsze były i będą dla naszej rodziny bardzo cenne, ale niestety nie pamiętam imion większości ludzi, którzy się modlili. Byłabym w stanie wymienić dosłownie kilka.
Pamiętam jednak, że przebiśniegi przyniosła Jay, a pocieszała mnie Ali. One modliły się o nas, ale oprócz tego, zrobiły coś jeszcze. Wyciągnęły swoją rękę i okazały serce.
Płakały z płaczącymi.
Dosłownie.

Kiedy moją drugą ciążę musiałam praktycznie przeleżeć, nie miałam jeszcze malutkich dzieci, którymi trzeba się było zająć. Nie musiałam gotować obiadu, bo robił to za mnie ktoś inny. Leżałam w łóżku i uczyłam się na kolokwia, które jedno po drugim starałam się zaliczać. Przeglądałam materiały do egzaminów. Czytałam książki i pisałam swojego pierwszego bloga.
Jedyne, co mi doskwierało, to brak towarzystwa. Brak kogoś do rozmowy o pogodzie. Tak tylko, żeby zająć czymś myśli. Zapomnieć chociaż na chwilę, że Malutki potrzebuje jeszcze kilkanaście tygodni.. a pcha się na świat coraz usilniej.
Pamiętam, kto mnie wtedy odwiedził.
Pamiętam doskonale, chociaż minęło już prawie dziewięć lat.

Kolejne ciąże były trudniejsze. Znowu musiałam leżeć, a miałam już duży dom, obiad do gotowania i małe dzieci. Ktoś musiał wyprasować im ubranka, wykąpać, przygotować kanapki na śniadanie i pomóc wyczyścić nos w środku nocy.
I oczywiście, Mąż był bezcenny. Modlitwy ludzi też, ale.. nie zapomnę obiadów, które gotowała mi mama. Nie zapomnę tych osób, które poświęciły swój czas i odwiedziły mnie chociaż na kilka minut.
Nie zapomnę, kiedy pewnego dnia przyszła do mnie moja Bratowa. Nie przyszła na kawę, nie chciała też herbaty.
Przyszła pomóc. Zapytała po prostu: Co mogę zrobić? Poprasować, umyć podłogę, czy poodkurzać?
I wtedy zaczęła prasować.. i tak wyprasowała, że nigdy nic tak dobrze wyprasowane nie było. A przy tym pogadała, pośmiała się i pomogła zapomnieć, że ciąża zagrożona.. że dziecko na świat kolejny raz pcha się za wcześnie.
Pamiętam, że właśnie tego najbardziej wtedy potrzebowałam.


Taki czas, w którym pozostaje ci tylko czekać, czas w którym nie wiesz, czy twoje Dziecko będzie w ogóle zdolne przeżyć po urodzeniu, jest.. co najmniej trudny.
Bo to Dziecko przecież już tak bardzo zdążyłaś pokochać. Ma imię. M też swoje miejsce w waszej sypialni.
Wtedy modlitwa ma ogromne znaczenie. Wsparcie bliskich i tych, których ledwo znasz też.
Bo przez modlitwę dzieją się niesamowite rzeczy, ale czasami mam wrażenie, jakbyśmy zapomnieli, że Bóg chce działać też przez nas. Użyć nas do pracy w praktycznym wymiarze.
Przez nasze zwykłe życie, chce robić niezwykłe rzeczy dla innych.

Absolutnie nie umniejszam roli modlitwy w naszym życiu.
To jedna z najbardziej potężnych broni, jakie mamy.
I oczywiście powinniśmy się modlić, ale.. niech modlitwa nie stanie się naszą wymówką, żeby nie robić nic więcej. Takim rozgrzeszeniem za siedzenie z założonymi rękami, podczas gdy można zrobić coś.
Cokolwiek!

Musimy uważać, żeby będę się o ciebie modlić nie stało się nic nie znaczącym hasłem. Taką świętą wymówką, którą rzucamy bez zastanowienia wszystkim, którzy opowiadają nam o swoich problemach.

Wiem, że masz swoje życie, swoje sprawy, mnóstwo obowiązków, ale tak szczerze.. kto z nas nie ma?
Kto ma dzisiaj wolny czas? Taki do wykorzystania na cokolwiek?

Niewiele jest osób, które naprawdę regularnie mają zamiar się modlić. Które naprawdę będą pamiętać o tobie w krótkiej  modlitwie przed wyjściem z pracy i w tej wieczornej, na którą często brakuje już sił.
Ile razy ty sama zapomniałaś, że obiecałaś komuś modlitwę?
Ja przyznaję, że sama wiele razy zawiodłam.

Módlmy się o innych, ale spróbujmy też częściej pytać - jak mogę ci pomóc? Co mogę dla ciebie zrobić? Jak cię odciążyć?
Ciągle się tego uczę.

Czasami są sytuacje, w których zapewnienie o modlitwie jest cenne, ale pomoc.. taka fizyczna i namacalna - bezcenna.
Czy nie tym mamy się wyróżniać?
Czy nie w ten sposób mamy świecić?
Nie  uduchowionymi  hasłami. Nie tłumaczeniem, że Pan Bóg jest blisko i jest w stanie pomóc w każdej sytuacji. Czasami tego nie da się wytłumaczyć.
Czasami trzeba to po prostu pokazać.

Być tu na ziemi Jego rękami. Tymi, które noszą noworodka w czasie kolki.
Być Jego nogami. Tymi, które pokonają trasę do piekarni i przyniosą świeże pieczywo pod same drzwi.
Być Jego oczami. Oczami otwartymi na potrzebę. Oczami, które dostrzegą przemęczenie na twarzy przyjaciółki i rozpoznają uśmiech przez łzy.
Musimy być Jego uszami, które między słowami usłyszą wołanie o pomoc. Bo czasami tak trudno jest poprosić wprost.. sama wiesz.


O naszym Bogu mówimy najwięcej, kiedy milczymy.
Najgłośniej krzyczy o Nim nasza codzienność.
O Bogu w którego wierzymy, opowiadamy miłością okazaną w czynie. Nie pustymi słowami, które nie mają żadnego poparcia w rzeczywistości.
Bo miłość, to czasownik.
To umycie podłogi. To spacer z niemowlakiem. To świeżo wyprana pościel i kupiony na poczcie znaczek.
Wyręczenie kogoś w obowiązkach, które w pewnych okolicznościach, swoim ciężarem po prostu przytłaczają.

Zmęczona młoda mama na przykład, najczęściej marzy o chwili nieprzerwanego snu, albo o tym, żeby któregoś dnia ktoś ugotował za nią obiad. Dla niej, nieoceniona jest pomoc przy umyciu okien, albo opieka nad dzieckiem, żeby mogła spokojnie wziąć prysznic.
Samotna starsza Pani nie pogardzi towarzystwem. Marzy o rozmowie przy filiżance herbaty, zakupach raz w tygodniu i podwiezieniu jej do przychodni. Doceni nawet krótki telefon. Odrobinę zainteresowania będzie rozpamiętywać tygodniami.
Jeszcze ciepłe pierogi dla kogoś, kto stracił najbliższą osobę.
Odkurzenie dywanów w mieszkaniu Dziadka, któremu trudno się schylać.
Wykupienie lekarstw przyjaciółce, która z trójką chorych dzieci w domu próbuje ogarnąć rzeczywistość.
To jest wiara czynna w miłości.

'Kiedyś modliłam się o to, żeby Pan Bóg nakarmił głodnych, żeby zrobił to czy tamto, ale teraz modlę się, żeby pokierował mnie we wszystkim, co ja sama powinnam zrobić.
Kiedyś prosiłam o odpowiedzi, ale teraz modlę się o siłę.
Kiedyś wierzyłam, że modlitwa zmienia rzeczywistość, ale teraz wiem, że modlitwa zmienia nas i to my zmieniamy rzeczywistość.'
Matka Teresa z Kalkuty

Możemy mówić o dobrym Bogu pełnym miłości.
O Bogu, który zaspokaja potrzeby i zna każdą naszą troskę.
Możemy mówić, opowiadać godzinami..
A możemy naszego kochającego Boga po prostu komuś pokazać.
To znaczy więcej, niż tysiące słów.




Pierwsza Miłość

Myślę o niej, kiedy dzieci budzą nas bladym świtem.
Myślę o niej, kiedy wkładam kolejną porcję brudnych ubrań do pralki i kiedy ładuję zmywarkę.
Myślę o niej, kiedy układam klocki lego i szukam pieska w gumowej książeczce.
Myślę o niej mieszając zupę i obierając ziemniaki.
Myślę o niej na zakupach w Biedronce i kiedy te zakupy do bagażnika ładuję.
Myślę o niej nad deską do prasowania i kiedy przebieram pościel.
Myślę o niej, kiedy serial się kończy i kiedy przeczytaną książkę odkładam na półkę.
Myślę o niej, kiedy cele kolejne osiągam i ciągle mam mało. I kiedy szczęścia nie czuje, choć dzieci zdrowe i mądre, i męża mam, i dom, i taras ogromny..
Myślę o niej, kiedy widzę czyjeś zdjęcia ze ślubu i z podróży poślubnej. Kiedy tak na każdym się przytulają i patrzą na siebie tym wzrokiem. W tych zdjęciach tak ją wyraźnie widzę..
Myślę o niej, kiedy leżę już w łóżku na pół śpiąca, Kiedy nagle dopada mnie myśl, że nawet z Nim dzisiaj nie pogadałam..nie przywitałam się rano i nie powiedziałam dziękuję w ciągu dnia.
Ani jednego, małego dziękuję.

Myślę o mojej pierwszej miłości. Tej gorącej, świeżej i gotowej na wszystko.
Nie liczącej zysków i strat.
Tej w której totalnie przepadłam, przez którą dla świata mnie wcale nie było.
Tej bez  później, jestem zmęczona, zaczekaj
Tej bez  jutro, za tydzień, w następną niedzielę.
Tej bez  miliona pytań i wątpliwości tysiąca.
Tej która szła ręka w rękę, bez żalu i ciągłego oglądania się w tył. Bez wątpliwości, bez żadnego ale.
Tej która tak bardzo potrafiła zaufać, nie strzelała fochów, i obce jej były wymówki.
Tej, która szukała okazji do spotkań i rozmów bez końca.
On był tym, który mi za wszystko wystarczał.
Niczego więcej nie chciałam, tylko być blisko. Tylko w Jego silnych, bezpiecznych ramionach się schować i tam już na zawsze pozostać.

Pamiętam jak wszystkim w około o Nim mówiłam. Jak bardzo chciałam, żeby Go poznali.
Pamiętam, że On pierwszy zawsze wiedział co mi ból sprawiło, a co przyniosło radość. O wszystkim Mu zawsze mówiłam.
Pamiętam, że z Nim dopiero poznałam ile jestem warta i jak bardzo cenna. Że nie muszę po szczeblach kariery się piąć, żeby coś znaczyć. Zawsze mnie kochał i będzie kochał bez względu na wszystko. Nie za coś, a pomimo wszystko.
Pamiętam jak dawał mi siłę, by stawać się najlepszą wersją siebie.
Pamiętam jak o świcie wstawałam, żebyśmy mogli się spotkać. Pogadać spokojnie.
Pamiętam jak doczekać się nie mogłam naszych rozmów i tego jak mówił, i tego jak słuchać potrafił. I że zawsze czekał. Zawsze był na każde skinienie.
Pamiętam, jak był moją pierwszą myślą rano i ostatnią wieczorem.
Pamiętam też, jak chciałam wszystko o Nim wiedzieć, i poznawać codziennie bardziej..
Bo On smak życiu niepowtarzalny nadaje i sens, dla którego każdy dzień ma znaczenie.



Myślę o pierwszej miłości w tych codziennych momentach i wiem, że nie taki był Jego plan. Mam sobie za złe, że dałam się wciągnąć w ten pęd i gonitwę. W to zabieganie, które nie ma końca.
Zastanawiam się przy tym jak to się stało, że brudne skarpetki stały się ważniejsze niż On. I film, i książka, i relaks u fryzjera, zakupy..Może zbytnio upraszczam. A może wcale nie i jak się głębiej zastanowić, to tak właśnie jest. Widzę prawdę, która boli. A prawda jest taka, że w tym pośpiechu tak łatwo zapomnieć o Najważniejszym- o Ukochanym mojej duszy. A nie tak miało być..
Nie tak miało być, że razem jesteśmy, a jednak osobno.
Że szczęścia poza Nim szukam i cele mam inne, i wizje przyszłości. W jednym kierunku mieliśmy patrzeć i życie przejść razem za rękę.
Nie taki był plan, żebym od Niego ten głupi serial wolała i książkę. Choćby najlepsza, zawsze miała być któraś z kolei, a On zawsze pierwszy.
Nie tak miało to wyglądać, że w biegu cały dzień spędzam i On nawet w jednej myśli się nie pojawi. Dziękuję zapomnę, a prosić pamiętam, gdy trudno..
Że moja miłość słabnie i stygnie powoli. Zawsze miała być świeża, największa ze wszystkich- miłość na śmierć i na życie. Na dobre i na najgorsze. W szczęściu i biedzie. Do końca gorąca..

On nie chce widnieć na szarym końcu mojej listy obowiązków. Nie chce wypełniać luk w terminarzu. Chce pierwsze miejsce w moim sercu zajmować na zawsze.
Nie chce całymi dniami czekać. Nie chce skrawków mojego czasu, jakichś ochłapów i resztek. Rozmowy między jedną łyżką zupy a drugą. W kolejce do kasy. W przychodni na korytarzu..wtedy, kiedy już nic innego do roboty nie mam.
Nie chce uścisku w biegu. Szybkiego cześć, jak się masz.. Chce rozmawiać jak kiedyś.
Chce wziąć mnie w ramiona, przytulić. Pobyć tylko ze mną, sam na sam. Żeby nic mojej uwagi nie rozpraszało. Żebym mogła Mu w oczy popatrzeć i na Nim jedynie się skupić. Żebym tęskniła jak dawniej i doczekać się nie mogła, aż Jego głos znowu usłyszę.
Nie chce o moją uwagę zabiegać. Dwoić się, troić, grać na emocjach, wzbudzać poczucie winy czy obowiązku..
On zawsze chciał szczerej bliskości. Prawdziwej relacji. Nie takiej na pokaz i tylko od niedzieli i święta.

Myślę o mojej pierwszej miłości do Niego i wiem, że codziennie muszę lepiej o nią dbać. Świadomie do niej wracać każdego dnia i pielęgnować jak najcenniejszy skarb.
W wielkich i małych sprawach codziennych kochać Go całym sercem i duszą. Z całych moich sił i ze wszystkich myśli.
Tęsknić i pragnąć jak kiedyś. Robić wszystko, żeby tak jak na początku On widział wyraźnie, że całym życiem jest dla mnie. Wszystkim we wszystkim. Że On mi wystarcza.
Bo taki był właśnie Jego plan. Tak właśnie miało być zawsze.

I wiem, że chcę do niej wrócić. I wracać jak tylko znów zacznie stygnąć.
Nie tylko o niej myśleć i ze smutkiem wspominać jak było, a żyć nią codziennie.

Bo przecież cały mój świat w tym pięknym imieniu się kryje:

Jezus


                              














Kochać to czasownik

Ostatnio znowu zostało mi przypomniane, że  KOCHAĆ  to czasownik.

Nie wystarczy mówić, o miłości. Miłość trzeba pokazać.
Do tego nie musisz być misjonarzem w Afryce, ani wolontariuszem w hospicjum. Nie musisz robić wielkich rzeczy, które widzi cały świat, choć takich ludzi też nam na świecie potrzeba.

Możesz codziennie robić kanapki z serem i ketchupem, i herbatę z sokiem malinowym mimo, że jest tak bardzo nieposłuszny.
Możesz oddać ostatni kawałek pizzy, chociaż tak bardzo masz na niego ochotę. I kawę z lepiej spienionym mlekiem jemu podać, i większy kawałek ciasta.
Możesz kolejną godzinę nosić i przytulać w ciemnościach ściskając jej małe rączki i śpiewając szeptem ulubioną kołysankę.. zdaje się, że już na stojąco zaśniesz za chwilę, ale ona przecież cierpi z powodu wychodzących ząbków.
Możesz pościgać się autkami, choć w zlewie nie ma już miejsca nawet na łyżeczkę od herbaty.
Możesz podrzucić pół chleba i dwie bułki, bo są już schorowani i trudno im wybrać się do sklepu po świeże pieczywo. A tak przecież lubią z prawdziwym masłem do śniadania.
Możesz też zatrzymać się na ulicy dla tego człowieka, co wygląda jakby znowu za dużo wypił.. a może wcale nie pił, a w parku na ziemi leży. Możesz sprawdzić, najwyżej pójdziesz dalej w swoją stronę spokojny.
Możesz pomóc pomarańcze na parkingu w Biedronce tej starszej Pani pozbierać.

Wszystko to możesz, bo to twój wybór.


Miłość to nie wielkie słowa. 
To często małe, codzienne, może czasem błahe czyny.
Czasami też wielkie i dla wszystkich widoczne. Te nawet łatwiej nam przychodzą, bo ktoś patrzy.
I pochwali, po plecach poklepie i dobrze o nas pomyśli.
Czasami trudno jest pozostać wiernym w tym, co małe. Za zamkniętymi drzwiami naszych domów.

Miłość nie tylko swoim okazywać, a i tym, których pierwszy raz w życiu widzimy. Albo tym, którzy nas skrzywdzili, lub krzywdzą nadal..to prawdziwa sztuka.



A czasami najwięcej miłości okażesz kiedy po prostu się zatrzymasz. 
Zainteresujesz, zapytasz i coś ZROBISZ z odpowiedzią.

Ten krótki film nie tylko mnie wzruszył, ale zmotywował i uświadomił pewne kluczowe prawdy, o których ostatnio zapominałam..




Możesz mówić, że kochasz. 
A możesz też kochać na prawdę.

Bo miłość to trud.
Bo miłość to czyn i nie myśl, że jest inaczej.

Nie przegap okazji, żeby zatrzymać się dla kogoś dzisiaj i miłość w działaniu okazać.